Quantcast
Channel: raz uchem / raz okiem

W sieciach abstrakcji / Lech Nienartowicz „Nici”

0
0
Lech Nienartowicz, jedna druga elektroakustycznego duetu Porcje Rosołowe i współzałożyciel labelu Pawlacz Perski, kasetą „Nici” debiutuje w katalogu kalifornijskiej eksperymentalnej oficyny Dinzu Artefacts.

„Nici” kontynuują elektroakustyczne poszukiwania Nienartowicza, o których pisałem przy okazji jego splitu wydanego wespół z Michałem Wolskim. Tym razem amalgamat nagrań terenowych, szumiących tekstur, akuzmatycznych odgłosów, drobinek dźwiękowych i pojawiających się okazjonalnie amorficznych plam nabiera fabularnego kształtu. Bieg narracji napędzają kolejne zdarzenia dźwiękowe, których źródła jesteśmy w stanie zinterpretować jako odgłosy uliczne, czy wokalne onomatopeje. Między nimi roztacza się abstrakcyjna przestrzeń trudna do opisania, ale ze względu na dramaturgię i dużą atrakcyjność brzmieniową znakomita do zasłuchania się. Przypomina fascynujące elektroakustyczne słuchowisko„Miseri Lares”, autorstwa tworzącego na taśmę i zestawy modularne Vallerio Tricol'ego. W przeciwieństwie jednak do Włocha, Polak tworzy swoją muzykę jedynie przy pomocy mikrofonów kontaktowych, rejestratorów i oprogramowania. To zaskakujące bo jego nagrania, brzmią niezwykle organicznie, zaś ich zjawiskowa plastyczność nie ma wiele wspólnego z sekwencyjnością.

Nienartowicz zjawiskowo operuje planami kompozycji. Pod teksturami niczym halucynacje przemieszczają się ambientowe widma, zagadkowe zewy. Zmodyfikowane wokale mruczą do ucha niezrozumiałe mantry, a towarzyszące im jęki wzmagają poczucie dziwności. Rozdygotana dźwiękowa materia okazuje się z maestrią skomponowaną konstrukcją o drobnych gabarytach. Jesteśmy świadkami spektaklu formowania się i przepoczwarzania elektroakustycznych struktur, przybierających różne osobliwe, eteryczne formy. Ów pasjonujący spektakl to tryumf wyobraźni nad wszelkimi ograniczeniami estetycznymi, czy gatunkowymi. Eksperyment wymagający, ale jak najbardziej słuchalny i absorbujący uwagę.

 
LECH NIENARTOWICZ „Nici”
2017, Dinzu Artefacts

Mitologia lubelska / „Pępek świata”

0
0
Miasto Lublin to jeden z tych pępków świata, do których wciąż nie udało mi się trafić. Za sprawą wydanej przez Fundację Kaisera Söze kompilacji poświęconej dziejom tego miasta, w mojej wyobraźni wykiełkował jego obraz tak osobliwy, że wydaje się, aż niemożliwym do doścignięcia przez rzeczywistość.

Osiem epizodów, kilkunastu bohaterów. Mitologia Lublina obfituje w postaci na poły ludzkie, na poły magiczne. Cadycy, mazacze, bomb łapacze, herosi i heroski. W ich tle cuda objawień, jasnowidzenia, tornada, epidemie, pożary, niepodległościowe zrywy, wojenne blizny wyrżnięte na tkance miasta. Kwintesencja realizmu magicznego; pełna kolorytu, obskury i melancholii.

Do dźwiękowego zilustrowania epizodów z historii siedemsetletniego miasta zostali zaproszeni twórcy związani z rodzimą sceną eksperymentalną. Nagrania zostały zatem osadzone w mocno awangardowej konwencji, która przez wielbicieli jubileuszowych festynaliów może okazać się repertuarem granicznym. Zawarte tu kompozycje bliskie są dźwiękowej obskurze. Kostropate, temperamentne, wyraziste emanują hałaśliwą antyestetyką, zgiełkiem, szumem, teksturami, sonorystycznym ekstremum, gwałtownymi eskalacjami. Wyraziste historie zostały oddane w adekwatny sposób.

Antologię otwiera zjawiskowa Antonina Nowacka, połowa uwielbianego przeze mnie kolektywu audiowizualnego WIDT; performerka, wokalna improwizatorka. Jej adaptacja historii Henryki Pustowójtówny to imponująca przemiana somnambulicznych wokaliz w nawałnicę elektronicznych blastów. Kompozycja brutalna, pełna dramaturgii i imponująca dźwiękową drapieżnością. Efekt akustyczny wywołany przez deszcz elektrycznych wyładowań jest spektakularny; poraża mnie przy każdym kolejnym odsłuchu z taką samą przenikliwością. (Szczerze nie mogę doczekać się kolejnych nagrań tej jednej z najbardziej obiecujących artystek dźwiękowych młodego pokolenia w Polsce). Kompozycję Nowackiej tonizuje nieco Krzysztof Topolski. Jego polirytmiczna transowa solówka na bębnach ma nawiązywać do metafizycznej osobowości Icchaca Horowica, światowej sławy cadyka. Kontrastuje z nią dynamiczna, sonorystyczna improwizacja tria Mateusza Bąkały, Sebastiana Maca i Sabaha Al Aniego (z ciekawością słuchał bym tego projektu w dłuższym, płytowym wydaniu). Swoją zadziornością i wigorem nawiązuje do kompozycji Nowackiej, podobnie z resztą jak utwór Patryka Zakrockiego na preparowane skrzypce i elektronikę. Doskonale odnajdujący się w formach teatralnych i radiowych kompozytor ma o ułatwione dramaturgicznie zadanie. Przypadło mu bowiem w udziale zilustrowanie żywiołu tornada, które spustoszyło Lublin w 1931. Zaledwie osiem lat po kataklizmie, miasto zostało zniszczone na skutek niemieckiego bombardowania. Do tych tragicznych wydarzeń nawiązuje Kamil Szuszkiewicz. Jego szumiące, ziarniste tekstury unoszą się niczym kłęby pyłu, zaś widmowe zadęcia trąbki snują się po ruinach miasta smutnym nokturnem. Mroczny woal przykrywa też opowieść o „Mazaczach”, rzekomo umyślnie roznoszących po Lublinie epidemię dżumy. Historię tę dźwiękami rekonstruuje Marcin Dymiter, posługując się przede wszystkim dronami, szumami i hałaśliwymi przesterami. Kompozycja Emitera wzmaga dramaturgię przed znakomitą akuzmatyczną kawalkadą, jaką okazuje się być utwór lubelskiego artysty audiowizualnego Macieja Połynko. Fascynująco zmieniająca się dramaturgia wpisuje się w historię Jana Gilasa, który podczas bombardowania własnoręcznie złapał i wyniósł spadający niewybuch z budynku lubelskiego Magistratu. Zestaw wieńczy „Siła ognia” Sebastiana Maca, nawiązująca do wielkiego pożaru z 1575. Masywna brzmieniem kompozycja stylowo wycisza dramaturgię całej kompilacji.

Gdyby pod wpływem lektury „Pępka świata” wysnuwać diagnozy jakim miastem jest Lublin, to wnioski mogłyby rozminąć się z informacjami przekazywanymi przez liczne foldery promocyjne i przewodniki. Charakter nagrań zrywa bowiem z wizerunkiem miasta urokliwego i klimatycznego. Z perspektywy słuchacza jawi się jako miasto pokryte bliznami, doświadczające okrucieństw ze strony natury i ludzkiej ręki. Ale również miasto charakterne, zadziorne i dynamiczne, zdolne do społecznych zrywów, i mimo ciosów jakie otrzymało, stale odradzające się.

Zaproszeni do udziału w projekcie twórcy pokusili się o ambitną muzyczną osnowę dla losów patronujących im postaci i wydarzeń. Wydawnictwo nie jest zatem wynikiem kompromisu wynikającego z partycypacji funduszy budżetu miejskiego w koszty projektu. Na straży artystycznej wolności stanęli Renata i Marcin Kamola prowadzący Fundację Kaisera Söze. Ich wieloletnia działalność wydawnicza i kulturotwórcza, a co za tym idzie doświadczenie i intuicja, zaowocowały wysokim poziomem repertuarowym wydawnictwa. Znakomicie wydany artbook / kompilacja „Pępek świata”, (jeszcze gdzieniegdzie dostępny ) jest znakomitym podsumowaniem dotychczasowej działalności oficyny.


VA „Pępek świata”
2017, Fundacja Kaisera Söze

16⅔ okrążeń na minutę / Joanna Szumacher „Bambino”

0
0
WG-264 Bambino 4 to bodaj najpopularniejszy polski gramofon. Produkowany w Łódzkich Zakładach Radiowych Fonica od swoich poprzedników różnił się m.in. mechanizmem i wariantami prędkości obrotów. W związku z odchodzącą do lamusa płytą szelakową zrezygnowano z prędkości 78 obr/min, wprowadzając wartość 16⅔. Bambino do dziś jest darzone szczególnym sentymentem, będąc wcale nierzadkim elementem wystroju polskich mieszkań. Wspomina o tym w wywiadzie dla portalu Miej Miejsce Joanna Szumacher, która gramofonowi zadedykowała swój najnowszy projekt, zatytułowany oczywiście „Bambino”.

Dla artystki, która w ubiegłym roku wraz z Pawłem Cieślakiem, oczarowała słuchaczy wydawnictwem „Kopyta zła”, „Bambino” jest koleją odsłoną parasłuchowiskowej kreacji. Bardziej tradycyjnej niż musicalowe „Kopyta”, ale równie multidyscyplinarnej. Fizyczną formą wydawnictwa, mocno z resztą limitowanego (10 egzemplarzy), jest artystyczna książka w skład której wchodzą fotografie, tekst tytułowego opowiadania, oraz utwór „Mija”, wydany w formie transparentnej kartki dźwiękowej, wytłoczonej w laboratorium Sebastiana Buczka – Altanova Press. Opowiadanie, zostało również zaadaptowane na słuchowisko radiowe i udostępnione publicznie w sieci. W takiej formie praca nabrała nowych kontekstów, które mogłyby pozostać niezauważone, albo których w samym (znakomitym skądinąd) tekście nie ma, gdyż wiążą się nierozerwalnie ze sferą audio. I właśnie to słuchowisko (nie miałem przyjemności zapoznać się z artbookiem) stało się przedmiotem niniejszej recenzji.

<Uwaga spoilery> Gramofon Bambino 4 pełni w opowieści funkcję wehikułu czasu, który przenosi słuchacza w lata 70-te, oraz wprowadza do fabuły, traktującej o 19-letnim Łukaszu, który postanawia zerwać z siermięgą wiejskiego życia i wyjechać do miasta w celu realizacji swojej pasji. Jest nią muzyka. Bohater przybywa do Łodzi taszcząc pod pachą ukochane Bambino. Jego wizycie towarzyszą typowe lęki „obcego”. Poczucie niedopasowania i zagubienia, ale i ambicja odnalezienia się w zgiełku miasta. Wtóruje mu ludzki tumult, wszechobecny zamęt, bród, oraz korowód zjawiskowych osobowości. Sam gramofon znajduje swoje miejsce jedynie w kilku epizodach opowieści. Początkowo jako symbol emancypacji bohatera z czasem okazuje się być dźwiganym przez niego brzemieniem, bez żalu porzuconym w finale.

Warstwa literacka „Bamino” jest niezwykle wciągająca. Posiada dobry rytm opowiadania historii, której siłą są przede wszystkim doskonałe epizody, zaludnione przez pełne kolorytu, wyraziste postacie. Te, obleczone grubą warstwą cynizmu, zniechęcenia i życiowego rozczarowania, wewnątrz skrywają tęsknotę i odruchy serdeczności. Szumacher, która sama jest łodzianką z wyboru, w sugestywny sposób oddała chropowatość i surowość łódzkiego PRL-u. Można u niej znaleźć z jednej strony obskurne zaułki, chaotyczne targowisko, zadymiony dancing, ale i zachwyt nad magią neonów, czy wdzięczną estetyką sklepowych witryn. Opis rzeczywistości, celny i obrazowy, przytomnie nie dominuje nad fabułą. Ta z kolei pomimo swojej narastającej posępności, za sprawą lekkiego pióra Szumacher nie przytłacza słuchacza / czytelnika. W adaptacji słuchowiskowej wpływ na to ma również lektor wcielający się zarówno w rolę narratora, głównego bohatera, jak i wszystkich pozostałych postaci. Lektorem „Bambino” jest Patryk Pietrzak wokalista łódzkiego indie rockowego zespołu Ted Nemeth, a przy tym także aktor filmowy i teatralny. Jako słuchacz bardzo szybko przekonałem się do jego nieco naturszczykowskiej kreacji, aby po chwili zżyć się z nią na dobre. Pietrzak w zajmujący sposób wczytuje się w opowiadanie, ciekawie akcentuje słowa i moduluje dialogi. Jego głos w zabawny sposób ulega delikatnym egzaltacjom, które nie przekraczają granic zmanierowania, mieszcząc się w aktorskiej konwencji.

Na oddzielne uznanie zasługuje reżyseria dźwięku, o którą zadbała sama autorka „Bambino”, choć jak mniemam niemały wpływ na jej pracę miały doświadczenia ze współpracy z Pawłem Cieślakiem. Lektorowi towarzyszy nieustanny podkład dźwiękowy; różnego rodzaju szumy, szmery, elektroniczne tekstury, odgłosy miasta, o typowo łódzkich, industrialnych proweniencjach oraz przede wszystkim trzask winylowej płyty. Wiele tu również akustycznych detali, onomatopei nadających uroku całości. Błyskotliwym zabiegiem montażowym jest antycypowanie niektórych wydarzeń fabularnych, wypowiedzi, czy pojedynczych słów, odgłosem, bądź dźwiękową, często karykaturalną ilustracją. Równie absorbująca jest epizodyczna obecność żeńskiego głosu, który niczym intuicja, zaświatowym szeptem podaje bohaterowi słowa, bądź powtarza wypowiedziane wcześniej przez niego.

Słuchowisko wieńczy wydana na pocztówce piosenka „Mija”. Kompozycja o solidnie zniekształconym cyfrowym akompaniamencie, widmowej melodii i takiej samej wokalizie, mogłaby pochodzić z repertuaru uznanej wytwórni Blackest Ever Black. Słowa „wszystko znika... wszystko mija.." snują się jak senne mary. A wieńcząc słuchowisko, nadają, tej dotąd raczej realistycznej opowieści, akcentu sennej poetyki.

Podobnie jak projekt Joanny Szumacher jest realizacją łączącą w sobie różne dyscypliny sztuki (muzyka, literatura, fotografia, słuchowisko), tak również samo opowiadanie i jego adaptacja dźwiękowa splatają wiele motywów literackich. Począwszy od toposów; „ucieczka ze wsi do miasta”, oraz „podróż zakończona przemianą wewnętrzną bohatera”, poprzez fabułę wpisującą się w nurt powieści społeczno-obyczajowej, egzystencjalizm, aż po akcenty nadrealistyczne (sny spajające klamrą opowieść, czy kafkowski robak we śnie bohatera i jego w ekranowym odbiciu). Mnie jednak (ze względu na czas i miejsce akcji, a także ze względu na poczynania, przemyślenia i losy bohatera) „Bambino” wiedzie w stronę rodzimej kinematografii z lat 70. W rozterkach życiowych bohatera, moralnych zwątpieniach, w jego inicjacji w dorosłość, oraz w potyczkach z gorzką i nieprzejednaną rzeczywistością dostrzegam codzienność w jakiej funkcjonowali bohaterowie fabuł i dokumentów Krzysztofa Kieślowskiego. Z kolei wzorów nieporadnej i zagubionej w wielkim mieście postaci Łukasza szukałbym wśród bohaterów filmów Janusza Kondratiuka. Natomiast cały pejzaż lat 70-tych, który tak nienachalnie przytoczyła Szumacher jawi się niczym rzeczywistości zarejestrowana na taśmach Polskiej Kroniki Filmowej w latach 70.

Szumacher okazała się niezwykle bystrą obserwatorką i pomysłową adaptatorką, potrafiącą za pomocą detali i subtelności oddać wiarygodny i sugestywny obraz świata przedstawionego. Jej organiczna praca zaprocentowała udaną rekonstrukcją gierkowskiej epoki, oraz wiernym przedstawieniem włókienniczego miasta, uwiarygodnionych sugestywnymi epizodami, postaciami, dialogami. Autorce udało się stworzyć wielce przekonującą scenografię, w zaskakująco subtelny sposób. Tutaj bowiem świat opowieści kreują nie gesty, bądź czyny bohaterów, a pojedyncze słowa, dźwięki, detale architektoniczne, nazwy ulic, tytuły piosenek („Strange is this world”). Jednak kluczowym w tym zagadnieniu wydaje się fakt, że kreacja Szumacher nie została skażona retrosentymentem, czy melancholią. Sama zaś fabuła mimo tak sugestywnej scenerii okazuje się być niezakotwiczona w przedstawionej rzeczywistości i równie dobrze mogłaby toczyć się w zupełnie innej epoce.

 „Bambino” jest słuchowiskiem bliższym tradycyjnym formom radiowym, niż podejściu eksperymentalnemu. Po awangardowych, formalnych ekscesach i rekonstrukcjach twórców pierwszej fali zjawiska „niezależnych, pozaradiowych słuchowisk” nadszedł czas na bardziej klasyczną, acz pogłębioną treściowo narrację. Obok „Bambino” dowodzą temu choćby tegoroczne realizacje Krytyki Politycznej, jak i prace Michała Turowskiego.




JOANNA SZUMACHER „Bambino”
2017, Altanova Press




Muzyka towarzysząca / Józef, Zofia + Sujka + Bionulor + Psi-Acoustic

0
0
Cztery tytuły zapodziane na przestrzeni ostatniego półrocza, o których warto sobie przypomnieć pod koniec 2017.

JÓZEF, ZOFIA „Chłodna pasywna głowa” / 2017, Ciche Nagrania

W swoich recenzjach jak ognia staram się unikać cytowania informacji prasowych dołączanych do muzycznych wydawnictw. W przypadku „Chłodnej pasywnej głowy” nie mogłem się oprzeć urokowi zarówno samej muzyki, jak i rekomendującego ją tekstu, dlatego w drodze absolutnego wyjątku pozwoliłem sobie przytoczyć go w całości. „Tu Józef. Prowadzę wydawnictwo muzyczne Ciche Nagrania, które jest miejscem dla wolnej, spokojnej i cichej muzyki. Pierwszą pozycją w katalogu,
jest album „Chłodna Pasywna Głowa”. Nagrałem go razem z moją przyjaciółką Zofią. Brzmi trochę jak: szumy z pudełka, podwodne gitary, strach przed lataniem, czarno biały kot, machanie głową bardzo wolne, nic szczególnego”. Ten bezpretensjonalny i pełen uroku opis jest jakże adekwatny do warstwy muzycznej wydawnictwa.

Zofii i Józefa nie znam, nie wiem kim są i czym się zajmują. Mało tego, nie odczuwam potrzeby aby wnikać w ich biogramy, śledzić relacje na muzycznej mapie. Szanuję chęć pozostania na wpół anonimowymi, która w tym przypadku nie jest bynajmniej zasłoną dymną, mającą wzmóc zainteresowanie słuchaczy. Wynika raczej bezpośrednio z intymnego  charakteru muzyki duetu, nagranej z myślą o kameralnym gronie odbiorców. Z niekłamaną sympatią ulegam tej bezpretensjonalnej idei, z całym jej niewymuszonym, nastrojowym anturażem.

„Chłodna pasywna głowa” to gitarowa inkarnacja kulinarnego ruchu / pojęcia slow food. Muzyka spokojna i nieśpieszna. Oszczędna, acz smakowita. Natchniona delikatnym fluidem melancholii i sennej poetyki. Nagrana została przy pomocy gitary i  kilku efektów, oraz analogowych instrumentów elektronicznych; obstawiam prymitywny syntezator, generator szumów i automat perkusyjny, choć nie ma tu mowy gwałtowej dynamice. Dominuje narracja bliska definicji ambientu ukutej przez twórcę gatunku Briana Eno; jednostajna, jednorodna, pozbawiona niespodzianek, a przy tym wszystkim waloru rozrywkowego; zlewająca się z otoczeniem. Józef z Zofią generują zatem trochę dronów, amorficzne plamy, rozrzedzone gitarowe pętle, okazjonalnie wzbogacając je o szum morskich fal, warkot silnika czy świergoczące lfo, znakomicie wpasowane w nastrojową całość. Wszystko pozostaje utrzymane w estetyce lo-fi, przykurzone, przytłumione, sprawiające wrażenie amatorskiego nagrania. I choć „Chłodna pasywna głowa” to w stu procentach home recording, to świadomość środków jakie zostały użyte i jakie rezultaty osiągnięte, nie daje podstaw do zarzucania autorom amatorstwa. Tymczasem podczas słuchania miewałem częste i silne skojarzenia z wyciszonymi nagraniami Ewy Braun („Niegogolewskich”) i gitarą Marcina Dymitera, minimalistyczną, smutną i impresyjną. Post rockowa pulsacja „>>>” w mojej pamięci przywoływała z kolei nagrania niemieckiego To Rococo Rot z czasów „The Amateur View”

Muzyka Józefa i Zofii ma właściwości tonizujące, stanowiąc remedium na hałas, chaos i nawałnice bodźców. Pomaga wyciszyć umysł i zachować chłodną pasywną głowę. Z namiętnością, można rozkochać się nawet w czterech dźwiękach gitar zapętlanych w nieskończoność. Skromna, urokliwa, melancholijna, leniwa, dryfująca, minimalistyczna i roztropna lecz przede wszystkim absolutnie pozbawiona jakichkolwiek pretensji. Taka jest ta płyta.

SUJKA „Banitka” / 2017, Trzy Szóstki

Nadzieje rozbudziła Lauda. Podtrzymała Kobieta z Wydm. Mam na myśli nadzieje na pełnoprawne wejście Iwony Król w rolę muzyka. Solowy debiut Sujki pozwala ów oczekiwania zweryfikować.

Już na wstępie trzeba zaznaczyć, że „Banitka” to nie jest muzyka wyrafinowana, przynajmniej pod względem konstrukcji. Ale nie taki jest też jej zamysł. Jej moc polega raczej na alchemicznej intuicji w doborze dźwięków, które wchodząc ze sobą w reakcję intensywnie oddziaływują na słuchacza. Dzieje się tak za sprawą syntezatorowych plam, powtarzanych w prostych sekwencjach, do których stopniowo dołączają kolejne rozmyte warstwy. Ciepło analogów i szum lo-fi, generują muzykę dryfującą, zamgloną, widmową, ale i urokliwą, choć czasem niepokojącą. Podobnie jak w Laudzie, oraz w Kobiecie z Wydm, tak i u Sujki słyszalne są inspiracje wpływami niemieckiej muzyki elektronicznej. Począwszy od klasyków syntezatorowego koschmische music, aż po wizjonerów click'n'cuts jak Oval, czy Gas. Psychotyczne pętle, pastelowe plamy i osiadający szum nabierają psychotycznego charakteru, w niezwykle dusznych, chwilami może nieco zbyt monotonnych kompozycjach.

Muzyka Iwony Król przypomina zabawę kolorowymi szkiełkami, kiedy to nakładamy na siebie barwne, transparentne kawałki, uzyskując zupełnie nowe odcienie, często dodatkowo rozmyte, tracące kontury i tworzące surrealistyczne, widmowe projekcje. „Banitka” to zaledwie kilka plam nałożonych na siebie, odtwarzanych w powolnych powtórzeniach. Reszta to wyobraźnia; oddziaływanie przenikających się plam i powstających z nich powidoków. Sujka wie jak mieszać składniki, i w jakich proporcjach je ważyć. Brakuje jej nieco wyrafinowania, oraz odciśnięcia mocniejszego indywidualnego śladu na swojej twórczości. Należy jednak zachować póki co rezerwę, bo jak sama twórczyni podkreśla, jej muzyczna przygoda dopiero się zaczyna.

BIONULOR „Furniture Music” / 2017, Shimmering Moods Records

Mieliśmy już wcielenie autorskiej wizji ambientu Briana Eno, zrealizowane przez Józefa i Zofię. Mieliśmy też nawiązania do niemieckich mistrzów glitch ambientu w przypadku Sujki. Teraz zaś Sebastian Banaszczyk aka Bionulor, prezentuje własną interpretację koncepcji muzycznego mebla Erica Satie. Bardziej jednak niż do przeźroczystości muzyki towarzyszącej, która interesowała francuskiego kompozytora, rodzimy producent nawiązuje do twórczości Williama Basinskiego.

 „Furniture Music” to dwie długie kompozycje. Precyzując zaś, dwie krótkie pętle, zapętlone do kilkudziesięciu minut, które z biegiem powtórzeń przechodzą proces erozji. W przypadku utworu pierwszego mamy do czynienia z mozolnym przesuwaniem akcentu dynamicznego, z początku zupełnie niezauważalnego, pod koniec zaś wyraźnie odznaczającego się basowym tąpnięciem. W utworze drugim muzyczna pętla stopniowo zamiera, wypierana sukcesywnie przez ciszę.

W muzyce Bionulora kryje się metafora przemijania. To co zaczyna się łagodnie, z każdym kolejnym powtórzeniem nabiera ciężaru i znaczenia, aby później z biegiem czasu zanikać, aż do ostatecznego wybrzmienia. Nie jesteśmy w stanie znaleźć różnicy w krótkim odstępie czasu, ale przy większej cezurze jest ona na tyle wyraźna, że za późno jest aby zapobiec rozpadowi. Owo nieodwracalne widmo końca naszkicowane tu przez Banaszczyka, w zestawieniu z liryczną instrumentacją tych krótkich pętli, opartych (jak przystało na inspiracje Satie'm) na dźwiękach fortepianu sprawia, że „Furniture Music” emanuje przygnębieniem i krańcową melancholią.

„Furniture Music” jest realizacją uderzająco wręcz wtórną, wobec nagrań Basinskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z płytą nad wyraz urokliwą i przejmującą. Przez dłuższy czas, nagranie Banaszczyka towarzyszyło mi przy zasypianiu i w tej roli spisywało się doskonale. Jeśli więc mielibyśmy dosłownie odnieść to wydawnictwo do koncepcji muzyki - mebla, to najbardziej pasującym meblem byłoby łóżko. I w takiej pozycji lekturę tej płyty zalecam.

PSI-ACOUSTIC „Collage” / 2017, Pionierska Records

Na tle wszystkich wyżej wymienionych wydawnictw, kaseta Psi-Acoustic jest bodaj najbardziej różnorodna i najbardziej dynamiczna, choć również i tu nie uświadczymy regularności rytmu, sama zaś rytmika stanowi jedynie dodatek. Może to zaskakiwać o tyle, że Psi-Acoustic to poboczny projekt Kuby Sojki jednego z najbardziej rozpoznawalnych producentów rodzimej sceny techno.

Kolaż ma charakter procesualny, sprawiający wrażenie improwizowanego setu. Sojka, specjalista zarówno od hardware'u, jak i abletonowy guru z biegłością prześlizguje się pomiędzy estetykami. Przepoczwarza materię dźwiękową, demonstrując zarazem swoje wysokie techniczne umiejętności. Jego opowieść rozciąga się gdzieś między kosmicznymi syntezatorowymi pasażami, które z powodzeniem mogłyby funkcjonować jako alternatywny soundtrack do Blade Runnera, czego najdobitniej dowodzą charakterystyczne vangelisowe pasma klawiszy; zachwycające lejtmotywy „Collage”. Przepasają one obie znajdujące się na kasecie kompozycje, pojawiając się to znikając w ambientowej przestrzeni. Z kolei tam gdzie pojawiają się nieregularnie porozrzucane uderzenia, tam odzywają się echa wczesnych nagrań Autechre.

Jednak największe wrażenie Psi-Acoustic robi kreując przestrzeń. Korzysta z metody ambientowej, operując rozwlekłymi, zanurzonymi w pogłosie plamami, bądź sięga po podskórną dubową pulsację. Proces operowania przestrzenią i przechodzenia między ambientem a dubem zjawiskowo ilustruje kompozycja „Nocturne”.

Statyczna narracja, budowanie atmosfery, szumiące obłoki i mroczny dźwiękowy nieboskłon. Wszystko wymuskane brzmieniowo, miękkie, przestrzenne i hipnotyzujące. Zarejestrowane przez szpulowy magnetofon na taśmie magnetycznej, która mam stała się idealnym nośnikiem dla analogowego instrumentarium Kuby Sojki.


Co kto lubi 2017

0
0
(foto: archiwum rodzinne)

Jak przed rokiem postanowiłem zapytać grupę artystów, producentów, wydawców, kuratorów; ludzi tworzących u podstaw scenę muzyki alternatywnej / eksperymentalnej / awangardowej / niezależnej [niepotrzebne skreślić] w Polsce, o to czego najchętniej słuchali w 2017 roku. Ten plebiscyt w zamierzeniu ma być całkowitym przeciwieństwem dorocznych rankingów. Jedynym kryterium było to aby wybrane wydawnictwa były nagrane przez rodzimych twórców, a ich ilość zawężona do pięciu. Pozostawiłem moim gościom całkowitą dowolność nie ograniczając ich z żadnej strony. Jeśli chcieli skomentować swój wybór, tak czynili; jeśli jedynie wymienili płyty to również uszanowałem ich wolę. Jeśli wmieszali w to kilka pozycji z zagranicy nie cenzurowałem. Jeśli podali nieco mniej, lub nieco więcej płyt, nie protestowałem. Jeśli ktoś zamiast płyt chciał podzielić się innymi muzycznymi refleksjami byłem jak najbardziej za. Nie mam w zamiarze ani komentować poszczególnych wyborów, ani na podstawie wszystkich wysuwać jakichkolwiek ogólnych wniosków (moje podsumowanie w styczniu 2018). Kolejność podanych płyt jest oczywiście zupełnie przypadkowa, podobnie jak kolejność uczestników. Serdecznie dziękuję wszystkim za chęć współpracy.

Wszystkie poniższe teksty, są oryginalnymi wypowiedziami uczestników plebiscytu.

***

WOJTEK KUCHARCZYK (Mik.Musik.!.)
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Rec.) - klik - na koncertach/przedstawieniach poraża.
  • Nagrobki – „Granit” (BDTA) - klik - wiadomo
  • Kurws – „Alarm” (Gusstaf Rec.) - klik - co za zgranie!
  • Gazawat – „Wampir” (BDTA) (czy jak to tam było, obydwie wersje, radiowa może lepiej)
  • Emiter – „Sinus Balticus” (Fundacja Kaisera Söze) - klik 

W innych zestawieniach może dam inaczej, pewnie inaczej, nieco. Jeśli miałbym wybrać jedną plytę tylko, to bezapelacyjnie „No Fun”, nikt tak dobrze jak Piernik nie oddał atmosfery kraju w którym żyjemy.


BARTEK KUJAWSKI (Tsvey / 8rolek)

W tym roku było dużo fajnej polskiej muzyki, ale tylko dwa albumy miałem ochotę przesłuchać więcej niż raz. A były to:
  • Jakub Lemiszewski – „2017 [nielegal]” (Magia) - klik
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Rec.)
Spośród pozostałych do piątki dobieram:
  • Lutto Lento – „Dark Secret World” (Where to now?) - klik
  • Mchy i Porosty – „Hypnagogic Polish Music For Teenage Mutants” (Recognition Rec.) - klik
  • Sorja Morja – „Sorja” (Thin Man Records) - klik 


ADAM WITKOWSKI (Nagrobki / Woda)

Czas spędzany przeze mnie przed głośnikami lub w słuchawkach, to przede wszystkim produkowanie własnych nagrań, a mój telefon wypełniony jest po brzegi nieopublikowanymi jeszcze płytami, w których aktualnie grzebię. Na nagrania kolegów nie starcza zazwyczaj miejsca. Po pracy natomiast nie ma nic bardziej odprężającego niż zatyczki do uszu lub po prostu cisza. Dlatego właśnie od ponad roku mój gramofon stoi zepsuty i jakoś nie spieszno mi do jego naprawy. Przyznaję ze wstydem, że istnieje wielkie prawdopodobieństwo iż w roku 2017 przesłuchałem mniej niż dziesięć płyt w ogóle nie tylko polskich. Moje wybory są więc nie tylko subiektywne, ale również mało miarodajne.

Oto one:
  • Pin Park – „Krautpark” (Instant Classic) - klik - Mimo mojej silnej awersji do muzyki elektronicznej z elementami zaloopowanymi, ta płyta daje mi dużą przyjemność osłuchu. Czuję tu bark spiny i spokój wynikający z dojrzałości twórców. Pięknie to brzmi i donikąd się nie spieszy. Super!
  • Stefan Wesołowski – „Rite Of The End” (Ici d'ailleurs) - klik - Płyta Stefana ukazała się klika dni przed moim wyjazdem na weneckie Biennale Sztuki. Wgrałem ją na telefon, a po wylądowaniu na miejscu, gdzie mój roaming szlak trafił, okazało się, że to jedyna niewłasna muzyka do której mam dostęp. Przez kolejny tydzień, pływając od pałacu do pałacu, słuchałem wyłącznie tego materiału - trochę z przymusu, trochę z wyboru. Piękny soundtrack dla tego bardzo specyficznego miasta oraz jego historycznych wnętrz. Doceniam również ogromy jakościowy skok w porównaniu do poprzedniczki (Leibestod).
  • Trupa Trupa – „Jolly New Songs” (Ici d'ailleurs) - klik - Dla mnie osobiście, to właściwie płyta zeszłoroczna. Miałem okazję przygotowywać demo tego materiału, więc już we wrześniu zeszłego roku byłem aż nadto osłuchany z tymi piosenkami. Wówczas podjęliśmy też decyzję, że nie będziemy dalej wspólnie pracować. Po ukazaniu się płyty posłuchałem jej chyba tylko razy, głównie po to, aby sprawdzić jak to wyszło. No i wyszło bardzo dobrze i niezwykle się cieszę, że udało mi się ostatecznie zeswatać chłopaków z Michałem Kupiczem.Mimo tego, że od ich poprzednich płyt w muzyce zespołu nie zmieniło się wiele, to tu jakby wszystko wskoczyło na właściwe tory. Ten rozwód dobrze nam zrobił.
  • The Kurws – „Alarm” (Gustaff Records) - To kolejna płyta, na którą byłem skazany podczas wyjazdu. Tym razem powodem był bardzo słaby zasięg telefonii komórkowej, a więc ponownie - niemożność korzystania z serwisów streamingowych. O ile „Rite Of The End” był dopełnieniem weneckiego, miejskiego pejzażu, o tyle Alarm stanowił silny kontrapunkt dla wijących się w górę i w dół dróg Sardynii i jej pięknych zachodów słońca. Kurwsów zdecydowanie bardziej wolę na koncercie i przyznam, że tak jak poprzednie wydawnictwa tego zespołu, tak i to słuchane jest przeze mnie na raty, w pakietach dziesięciominutowych. Mam jednak wrażenie, że najnowsza płyta jest najbliższa ich energii koncertowej. Bardzo fajna realizacja.
  • Mapa – „No Automatu” (Gustaff Records) - klik - Ucieszyłem się, że Mapa znów nagrywa. Fudo, obok pierwszego longplaya Księżyca i Legendy Armii, to jedna z tych płyt, które najmocniej pozmieniały w mojej głowie. Chwała Bogu i Szatanowi, że chłopcy nie wpadli na pomysł nagrania Fudo jeszcze raz!!! Z przyjemnością stwierdzam, że Mapa mimo braku powtarzania się pozostała Mapą. Bardzo fajnie też prezentuje się okładka, którą zaprojektowała moja żona Ania. Oczywiście najlepiej prezentuje się w formacie 32x32 centymetra!

P.S. Zabawne jest to, że całkiem niechcący wyszedłem na lokalnego, trójmiejskiego patriotę (Trupa Trupa, Stefan Wesołowski, Maciej Polak, Mapa) ze skłonnościami do muzyki wrocławskiej (The Kurws, Maciek Bączyk + demo Trupy nagrane na koncercie we Wrocławiu).


SZYMON LECHOWICZ (Sorja Morja / Polonia Disco)
  • wszystko, co zrobił Młody Osa - klik
  • wszystko, co zrobiły moje koleżanki w ramach Warszawskiej Szkoły Disco Polo 
  • Anatol – „Fantasy Violence” (Trzy Szóstki) - klik
  • Jakub Lemiszewski – „2017 [nielegal]” (Magia)
  • Mitch & Mitch & Kassin – „Visitantes nordestinos” (Lado ABC) - klik


  • Marcin Masecki – „Chopin Nokturny” (Lado ABC) - klik
  • Raphael Rogiński plays Henry Purcell (feat. Olga Mysłowska & Sebstian Witkowski) (Bôłt Records) - klik
  • Kobieta z wydm – „Bental” (Thin Man Records) - klik
  • Dominik Strycharski – „Flauto Dolphy” (Fundacja Słuchaj) - klik
  • Marcin Świetlicki i Zgniłość – „Siedmiościan”  (Fundacja Na Rzecz Kultury I Edukacji Im. Tymoteusza Karpowicza) - klik


KUBA ZIOŁEK (Milieu L'Acéphale)

Hm, właśnie sobie uświadomiłem, że nie przesłuchałem żadnej polskiej płyty w tym roku poza swoimi, więc moja lista wygląda następująco: 1) Zimpel Ziołek 2) Alameda Duo 3) Zimpel Duo 4) Alameda Ziołek 5) Zimplomeda 2


ŁUKASZ KACPERCZYK (solo / Paper Cuts)

Spojrzałem na swoje typy z poprzedniego roku i tym razem będzie jeszcze skromniej:

  • Kurws – „Alarm” (Gustaff Records) - no jak nie to, to co?
  • Bastarda – „Promitat eterno” - (Lado ABC) - klik - gdyby ktoś mi powiedział, że tak dobrze mi wejdzie ta płyta, to bym nie uwierzył. Ale weszła.
  • Maniucha Bikont/Ksawery Wójciński – „Oj borom, borom” (Wodzirej) - klik
  • Rychlicki/Szpura – „Walec” - no niestety, takiej płyty nie ma, ale chłopcy grają takie koncerty, że ja bardzo bym chciał, żeby jednak taka płyta była. Nie upieram się przy tytule… 


KAMIL SZUSZKIEWICZ (klik)
  • Bogusław Schaeffer – „Travel Notes” (Bôłt Records) - klik
  • FOQL – „Lower Your Expectations” (Always Human Tapes) - klik
  • Maniucha Bikont/Ksawery Wójciński – „Oj borom, borom” (Wodzirej) - klik
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)
  • Poly Chain – „Music For Candy Shops” (Transatlantyk) - klik


RADOSŁAW SIRKO (Audile Snow)
  • album roku: dobra muza dj dla was – „czapki” (Wypas muzyczna Grupa) - klik
pozostałe spoko:
  • Lutto Lento – „Dark Secret World” (Where to now?)
  • Mchy i Porosty – „Untitled” (Brutaż) - klik
  • Nadziej – „nie lubię myśleć o niemiłych sprawach gdy nie jestem w stanie” (enjoy life) - klik
  • High Fall – „C_” (Sinesia) - klik


PAWEŁ PAIDE DUNAJKO (Outlines Label)
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)
  • Jakub Lemiszewski – „2017 [nielegal]” (Magia)
  • Genetics and Windsurfing – Nonlinear” (Orange Milk Records) - klik
  • Rhythm Baboon – „Baboonism” (Pawlacz Perski) - klik
  • Fischerle – „Post​-​functional Dub Objects” (Czaszka Records) - klik


TOMEK MIRT (klik / Saamleng)

2017 trochę przehibernowałem grzebiąc w starociach, więc wśród rodzimych wykonawców mogę wyróżnić głównie znajomych… nie mam skrupułów, bo w mijającym roku wyjątkowo się postarali. 
Chronologicznie pierwszy był 
  • Gazawat – „Wampir” (BDTA) - Michał publikuje trochę za dużo (hej, sam wiem coś o tym!), łatwo więc przeoczyć wyjątkowo wartościowe jego wydawnictwa, a taki na pewno jest Wampir. Płyta nosi znamiona słuchowiska i jest oparta na konkretnej historii, ale szczęśliwie wszystko służy budowaniu bardziej abstrakcyjnej atmosfery. 

Następna w kolejności jest 
  • Ter – „Remains” (Jasień) - klik. Sam w sumie byłem zaskoczony tym co przygotowała w naszym wspólnym studiu i jak spójna płyta z tego powstała, sprawdźcie zanim posądzicie mnie o stronniczość!

Trzecia płyta, którą szczerze mogę polecić to 
  • Palcolor – „Wróg” (Kosmodrone Rec.) - klik - Do tej pory nie mogę zrozumieć dlaczego ktoś tak aktywny i zdolny jak Emil jest cały czas tak mało popularny. „Wróg” to absolutny sztos!


MACIEJ WIRMAŃSKI (Szara Reneta / Kultura Staroci)

Na początku wybacz mi za moją przewrotność oraz na naruszenie reguł gry. Nie robię tego z przyrodzonej przekory, lecz z przekonania, iż na ocenę, które wydawnictwa 2017 roku są najlepsze jest zdecydowanie za wcześnie. Wiesz doskonale, że rankingi nie mają dla mnie większego znaczenia - bardziej cenię sobie indywidualną ekscytację z odkrywania dla siebie twórczości, z recenzji, która jest w stanie umiejscowić muzykę w żywej tkance życia i w odniesieniu do innych dziedzin twórczości. Myśląc zatem o najważniejszych wydawnictwach 2017 roku myślę nie tylko o 2017 roku, ale o przyszłości w ogóle - o tym, które wydawnictwa będą pamiętane jako ważne, dla których estyma zeroduje, bo okazało się, że ulegliśmy hajpowi, a które staną się klasykami, choć w swoim czasie były zupełnie pominięte. Wspominam przy tym wpis Daniela Bożka, który widziałem ostatnio na fb, w którym pisał, że najlepsze nagrania 2017 roku w jego mniemaniu to nagrania sprzed kilkudziesięciu lat. Zapytam zatem, dosyć retorycznie - czy możnaby w rankingu najważniejszych wydawnictw danego roku wyznać, że słuchało się namiętnie rzeczy z przeszłości i że te rzeczy są dla niego w danym roku najważniejsze? Przypuszczam, że redaktorzy popularnych portali o scenie niezależniej i peji o niezalu skrzywili by się na taką propozycję w zażenowaniu. Muzyka ze swym organoleptycznym rozumieniu odbywa się przede wszystkim w przebiegu czasowym; moją osobistą perspektywą są predyktywne zdolności znawcy muzyki, co do tego co będzie uznawane za ważne w przyszłości. Są to zdolności, których, co z pokorą wyznaję, nie posiadam.

Mam jednak przypuszczenia, że najistotniejszym wydawnictwem muzycznym, które będzie miało niemały wpływ na przyszłość wcale nie są nagrania, lecz książka autorstwa Michały Libery, Michała Mendyka oraz Aleksandry i Daniela Mizielińskich pt. "M.U.Z.Y.K.A" z edukacyjnej serii "S.E.R.I.A" w wydawnictwie Dwie Siostry. Wraz z komplementarną do niej stroną internetową muzykownik.pl jest to kompendium najważniejszych wątków w dwudziestowiecznej sztuce dźwięku, która swoim rozmachem stanowi także doskonałą lekturę dla dorosłych. Sam nie raz dałem przyłapać się przy lekturze tej książki swojej niewiedzy; z zachwytem zaczytywałem się w rzeczach, których nie rozumiałem z akademickich wywodów, a które wyjaśniły się dopiero podczas lektury książki przeznaczonej dla dzieci. Książka w zwięzły sposób przedstawia bogatą tradycję sztuki słuchania oraz grania, bez paternalizmu, bez udawania, że nie istnieje pop, bez udawania, że nie każdy może rozumieć marzenia "akademickich awangard", bo przecież skąd się mieli do tej pory dowiedzieć i skąd mieli ją zrozumieć? Uwrażliwia na świat dźwięków, także tych niemuzycznych i być może pozwoli na to, że któraś z osób z pokolenia naszych dzieci doskonalić się w sztuce dźwięku; być może zaś masa krytyczna młodych czytelników będzie w przyszłości tworzyć prężnie działające środowiska twórcze.

Ale to perspektywa przyszłych pokoleń, które nie zostaną jeszcze ujęte w 2017 roku.


KRZYSZTOF OSTROWSKI (Soundscape Mirror)

Oto albumy polskich artystow 2017 ktore zapadły w mojej pamieci:

  • Pin Park – Krautpark (Instant Classic)
  • Melatony (Hubert Zemler) – „Melatony” (Pawlacz perski) - klik
  • Grupa Etyka Kurpina – „Wendy” (Pawlacz perski) - klik
  • Lotto – „VV” (Instant Classic) - klik
  • Zimpel/Ziołek – „Zimpel/Ziołek” (Instant Classic) - klik

 Gdybym miał wskazać jeden to najwięcej w moim odtwarzaczu gości Pink Park.


MICHAŁ TUROWSKI (Mazut / BDTA)

W tym roku odkryłem, że zostałem już na sto pro starym dziadem, który interesuje się głównie marudzeniem i muzyka przestała mi sprawiać aż taką przyjemność jak wcześniej, poza tym zupełnie przestałem odczuwać potrzebę śledzenia tego co się dzieje i sprawdzania tego wszystkiego. Wielu płyt, które mogłyby się tu znaleźć wciąż po prostu nie słyszałem, bo nie mogłem się do tego zmotywować. Możliwe, że gdybym na przykład posłuchał na spokojnie nowego Lotto to by się tutaj znalazło, no ale wyszło jak wyszło. Nie wgryzłem się też na przykład w ostatniego Mirta, którego uwielbiam i szanuję i też pewnie by wskoczył na listę, no ale też porządne przesłuchanie tej płyty jest dopiero przede mną, kiedyś. Jak i wielu innych.

Ale są trzy płyty których nie dość że posłuchałem to potem jeszcze regularnie do nich wracałem i są to:

  • BNNT – „Multiverse” (Instant Classic) - klik
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)
  • Ter – „Remains” (Jasień)


IWONA I BŁAŻEJ KRÓL (Sujka / Kobieta z Wydm)

  • Furtek – „Słabe słowa” (Trzy Szóstki) - klik
  • MEF – bez tytułu (DYM Records) - klik
  • Lotto – „VV” (Instant Classic)
  • Tutti Harp – „Chmury” (Purlieu Recordings) - klik
  • Coals – „Tamagotchi” (Agora) - klik


rrrkrta (Brutaż

Oto 5 ulubionych polskich kawałków z 2017:
  • Earth Trax – „HG” (Phonica) - klik
  • Judo – „Za kulisami” (Disco Polonia) - klik
  • Lumpex – „Purge” (Forbidden Planet) - klik
  • Mytron & Ofofo – Czary Mary (Multi Culti) - klik
  • Ola Bilińska – „In der Fincter” („Zwierściadło. Slavic Mirror” - Requiem Records) - klik

i 5 ulubionych polskich płyt:

  • Aheloy! – If (Super) - klik
  • B.YHZZ – „Via” (Infinite Machine) - klik
  • Jeals – „Flux” (Lobster Theremin) - klik
  • Palace Lido – „Concrete” (Czaszka Records) - klik
  • Ter – „Remains” (Jasień)

W roku 2017 w Polsce wciąż jakby nikt nie wpadł na to, że najlepszym sposobem na promocje niezalowej muzyki jest granie jej na nocnych i wieczornych imprezach, w barach, w piwnicach i oborach. I to nie jako ściany dźwięku, a z poszanowaniem dla poszczególnych utworów, nośników, na których z jakiegoś powodu wciąż są wydawane oraz w imię tworzenia tzw. klimaciku. Gdyby taki klimacik był, wówczas i muzycy mieliby pod co robić muzykę. Tymczasem cały ten wspaniały kraj nie doczekał się choćby jednej osoby zdolnej prezentować cudzą muzykę na żywo w interesującej formie. To znaczy takie osoby poniekąd są, ale po stronie tej okropnej muzyki tanecznej, nocnej i straceńczej - a z nią nie wypada przecież wchodzić w interakcje, bo to by groziło ryzykiem nie bycia tak fajnym i niezależnym. Szczęście, że twórcy wyjeżdżają za granicę lub przekraczają progi komercji, bo inaczej musieliby zacząć chodzić na techno. 

Also - spróbujmy porządnie nagłośnić jedno miejsce i stwórzmy warunki do słuchania choćby w jednej danej przestrzeni, a potem narzekajmy na zepsucie wszystkiego i ostateczny upadek wartości. Taki był Las w Poznaniu, taka mogła być warszawska Eufemia. Ale w 2017 zabrał je kapitalizm. Póki co - niech żyje Pogłos (Warszawa), niech żyje Szpitalna 1 (Kraków), no i Dym (Gorzów)! 

W 2017 nie byłem w stanie dotrzeć ani razu do Kolonii Artystów (Gdańsk), na Osobliwy Poniedziałek (Kraków), na serię V/A Various Artist (Warszawa) ani do Farb (Poznań), ale coś mi się wydaje, że tam coś się święci.


MACIEK STANKIEWICZ (Instant Classic)
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)
Wybór był dla mnie oczywisty, ale jego uzasadnienie już niestety mniej. Bo pisać, że teksty Roberta trafiają do mojego cebulowego serduszka to przecież truizm. Analiza i rozbieranie na czynniki pierwsze jego beatów to z kolei zadanie dla redaktorów pisma "Estrada i studio", a nie gościa od wydawania płyt. Wydaje mi się, że Piernikowski wygrał tym, że jako jednemu z nielicznych udało mu się tak wiernie zobrazować ten atakujący nas zewsząd marazm i smutek. Ten zasyfiony, choć niegdyś pastelowy i w założeniu zboczeńców od elewacji budynków pewnie radosny, krajobraz polskich blokowisk. I małe, ludzkie tragedie, które rozgrywają się tuż pod naszym nosem, ale które uciekają nam gdzieś w trakcie codziennej gonitwy za kasą. "No Fun" jest cholernie ciężką płytą. Ciężką zarówno emocjonalnie, jak i muzycznie. Mam tylko nadzieję, że nie przepadnie w zalewie niepotrzebnych dźwięków, które atakują nas z każdej strony. 


HUBERT ZEMLER (Melatony)

Nie miałem jakoś czasu zapoznać się z wieloma nowościami, ale to są rzeczy które zwróciły moją uwagę (kolejność losowa): 

  • Miłosz Pękala – „Monoperkusja” (Bôłt Records) - klik
  • Bastarda – „Promitat eterno” - (Lado ABC)
  • Jazz band Młynarski / Masecki – „Noc w wielkim mieście” (Lado ABC) - klik
  • Lotto – „VV” (Instant Classic)
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)
  • Mitch & Mitch & Kassin – „Visitantes nordestinos” (Lado ABC)

W mijającym roku ostatecznie straciłem poczucie czasu i przestrzeni w kontaktach z muzyką. Nie za bardzo mnie interesowało, czy to co słucham było nagrane 2017, 1980 czy przed pięćdziesięcioma latami, a jeszcze mniej, czy to polskie, kenijskie czy rosyjskie. Jeśli moda to bycie poinformowanym (o tym co jest na czasie i kogo należy słuchać), to jestem out. Dość uważnie za to staram się słuchać i przyglądać temu, jak muzyka wybrzmiewa w moim otoczeniu, więc zamiast polecać płyty postanowiłem podzielić się krótkimi przemyśleniami na ten temat:

1. Podoba mi się to, jak Resident Advisor podszedł do podsumowań rocznych (rezygnując z rankingu). W tzw. mainstreamie niektórzy twierdzą, że świecka tradycja rocznych rankingów to zabawa, inni że wychwytywanie trendów, czy obiektywizm. Równie dobrze można powiedzieć, że to manewry, których finalnym efektem, są większe gaże, budżety, nakłady. Może nawet ta druga perspektywa przyjęta bez osłody i osłony jest bardziej ekscytująca, bo, jak pisał Walter Benjamin “bezstronność to kłamstwo, jeśli nie zupełnie naiwny wyraz płaskiej nieodpowiedzialności. Najistotniejsze dziś, merkantylne wejrzenie w serce rzeczy nazywa się: reklama” („Ulica jednokierunkowa”, s. 151).

2. Z ciekawości włączyłem radio, przeleciałem przez gazety szukając rankingów. Muzyka plączę się między Puszczą, Konstytucją, Komisją, Sądami. Fajnie, że tak wielu ludzi w czasie wolnym interesuje się muzyką, słucha, czasem kupią płytę, porozmawiają o niej, niektórzy coś napiszą, jeszcze inni grają. Większość (choć nie całość) głównego nurtu muzyki niezależnej, prawie cały rynek popowy żyje sobie własnym życiem, spójnym, stylowym, coraz lepiej wyprodukowanym, wizualnie też to się trzyma kupy. Myślę sobie za Caetano Veloso: „Se voces em politica, forem como sao em estetica, estamos feitos” (co znaczy: jeśli jesteście w polityce, tacy jak w estetyce, to już przegraliśmy). 

3. Cieszyły mnie wszystkie momenty muzyki zdecentralizowanej i rozbijającej esencje i granice. Pewnie było wśród tego mnóstwo dźwięków nagranych w Polsce w 2017 roku ale programowo zignorowałem te informacje.

4. Zasmuciło mnie bardzo zamknięcie BDTA. Kurcze, pomyślałem, jeśli taki label gaśnie sobie nagle w nicość, czym jest ten nasz(!) rodzimy niezal. Dziś jesteśmy, jutro nas nie ma i za kilkanaście lat pozostanie po nas wspomnieniowy artykuł na jakimś vintageowym blogu, czy co się będzie wtedy oglądało. Bieda, panie, na dotacje mogą liczyć zombie-“muzycy tożsamościowi”, a kiedy nam odetną fundusze i gaz to i ci nie dostaną grosza. (A jednak mam przekonanie, że i wtedy tak jak teraz muzyczki i muzycy będą produkować wyzwalające dźwięki.)

(5. Na marginesie i zupełnie nie w polskim kontekście: bardzo ekscytujące rzeczy dzieją się w technologiach muzycznych, które przekraczają jak najwięcej podziałów na digi a analog, sample a synthy, ciała a instrumenty. Tam bym wypatrywał nowego wschodu słońca. I oczywiście w Afryce.)


KAROL MAJEROWSKI (WCIAS)

  • Borixon – „Koktajl” (New Bad Label) - klik
  • Kapela Kożuch – „Idzie burza!” - klik
  • Maniucha Bikont/Ksawery Wójciński – „Oj borom, borom” (Wodzirej)
  • Warszawska Orkiestra Sentymentalna – „Tańcz mój złoty” - klik


FILIP MAJEROWSKI (WCIAS)

Część płyt z rankingu brata znalazłaby się i w moim top5, ale wykorzystując jedno wolne miejsce dorzucam dodatkową szóstkę, trochę jako post scriptum, jednak bez zdradzania kolejności.

  • Kaz Bałagane – „Narkopop” - klik
  • Marcin Masecki – „Chopin Nokturny” (Lado ABC)
  • Raphael Rogiński plays Henry Purcell (feat. Olga Mysłowska & Sebstian Witkowski) (Bôłt Records
  • Rogal DDL – „Nielegal 217” - klik
  • Skład Niearchaiczny – s/t - klik
  • Tęgie Chłopy – „Wesele” (Wodzirej) - klik


MATEUSZ WYSOCKI (Pawlacz Perski / Fischerle)

  • Michał Wolski – „The New World” (Nonplus Records) - klik
  • Maciej Maciągowski – „DGGDRM” (Pointless Geometry) - klik
  • Mchy i Porosty – „Untitled” (Brutaż)
  • TransMemories – „The Sound History Of The Earth” (Antidepressant Records) - klik
  • Mirt + Ter – „Bacchus Where Are You?” (Monotype Records) - klik


ANTONINA NOWACKA (WIDT)

  • Zebry a mit – „Laumes” (Fundacja Kaisera Söze) - klik
  • Jakub Lemiszewski – „2017 [nielegal]” (Magia)
Te dwie pozycje uważam za najlepsze w tym roku pańskim. Wspaniała, dziwaczna muzyka, groteskowa, minimalistyczna i surowa, a przy tym nie odgrzewająca kotleta tylko mówiąca swoim własnym, osobistym językiem.



MARCIN PRYT (19 Wiosen / TRYP)

 Tylko tak bez żadnej kolejności i omówienia, oczywiście płyty znajomych, którymi mnie obdarowali więc to mój NEPOT TOP, brak monet pozbawił mnie zapewne czegoś innego :
  • 1988 – „Gruda” (Latarnia Records) - klik
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)
  • Kurws – „Alarm” (Gusstaf Rec.)
  • TSVEY – „Tsvey” (Mik.Musik.!.) - klik
  • Gazawat / Bookwar – „Split” (Bookwar Records) - klik
  • Jude – „Pigment” (Requiem Records) - klik
  • V/a – „Śpiewnik władczyń i władców Polski” (Nasze Nagrania) - klik
  • Siksa / Alles – „Newspeak” (Antena Krzyku) - klik / klik
zagranica: tylko i wyłącznie Alan Vega „It”



JOANNA SZUMACHER (Bambino / Galeria W Y)

  • Maciej Maciągowski – „DGGDRM” (Pointless Geometry)
  • Wood Organization – „Wood Organization” (Insula jazz / Gotta Let It Out / Love & Beauty Music) - klik
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)
  • Makemake – „Something Between” (Zoharum) - klik
  • Sharif Sehnaoui & Adam Golebiewski – "Meet The Dragon" (Uznam) - klik
  • BNNT – „Multiverse” (Instant Classic) - klik
Zagranica: Lean Left „I forgot to breathe”; Jlin „Black Origami”; Olivia Louvel „Data Regina”; Kaitlyn Aurelia Smith „The Kid”



PAWEŁ KLIMCZAK (Naphta)

  • BNNT – „Multiverse” (Instant Classic) - BNNT najlepiej doświadczyć na żywo, ale część tej energii znaleźć można na płycie. Absolutnie wciągająca muzyka - pierwotna, transowa, innowacyjna.
  • EABS – „Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)” (Astigmatic Records) - klik - Odświeżająca fala polskiego jazzu trwa - i zespół EABS zdecydowanie jest na jej czele. Mamy do czynienia z hołdem dla Komedy - ale poza drobnymi motywami, „Repetitions” to stylowy manifest autorski septetu.
  • Blaze Of Perdition – „Conscious Darkness” (Agonia Records) - klik - Ten zespół będzie wielki. Bardzo dojrzały black metal o inspirujących tekstach, zapadających w pamięć riffach i wyśmienitym brzmieniu.
  • Tamten – „Diamentowa Sutra” (Transatlantyk) - klik - Polski elektroniczno-klubowy underground ma wręcz nadwyżkę talentu i fajnie widzieć w nim kolejny autorski głos. 'Diamentowa sutra' jest wrażliwa, oryginalna i zaskakująca.
  • Zimpel/Ziołek – „Zimpel/Ziołek” (Instant Classic) - Dwóch tytanów polskiego niezalu równa się świetny album. Psychodela lekko kojarząca się z Animal Collective spotyka wolnościowego ducha jazzu. 


ŁUKASZ DZIEDZIC (JOHN LAKE)

Plebiscyty to zawsze jakiś kompromis/problem, muzyki jest bardzo dużo, czasu jest bardzo mało, zwykle słucham tego co wydają koledzy, a i tak na większość nie mam czasu. A, że koledzy wydają świetne rzeczy, to potem słucham ich non-stop. Zwykle w samochodzie. I to jest lista czego z 2017 roku najczęściej słuchałem w moim samochodzie. Dziękuję bardzo, że to zostało nagrane i mogłem tego słuchać. 
  • 1988 – „Gruda” (Latarnia Records)
  • OONDOOD – „QSTNS?” (Pointless Geometry) - klik
  • TSVEY – „Tsvey” (Mik.Musik.!.)
  • Nagrobki – „Granit” (BDTA)
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)


1988 (klik)

Polska muza jaka towarzyszyła mi w 2017 to głównie nasze wydawnictwa, wydajemy rzeczy które sami lubimy, dlatego mój top należy do nas, więc pojadę egoistycznie z całą ekipą latarniowych białasów:
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)
  • 1988 – „Gruda” (Latarnia Records)
  • Normal Echo – „Kaskady” (Latarnia Records) - klik
  • Yot – „Sowizdrzał” (Latarnia Records) - klik
Oprócz tego odkryłem FOQL oraz Kosela, ten drugi mógłby tylko więcej nagrywać. Do zestawu, nie będąc pewnie zbyt oryginalnym, dorzucę płytę LOTTO - VV, którą uważam za genialną. Odkryciem były też sety DJ'skie Janka Mieczkowskiego, czyli Janin & Gunnin kilkakrotnie na trasie.



EMIL MACHERZYŃSKI (Palcolor / Jasień)

W tym roku starałem się nie słuchać muzyki, żeby się nią za bardzo nie inspirować (oraz nie porównywać, bo zawsze wypadam gorzej). Obstawiam, że jak już rozfoliuję i posłucham albumu Lutto Lento będę bardzo żałował że go tu nie umieściłem. Ale póki co, bez jakiejś logicznej kolejności.

  • Gazawat – „Monolit” (Mozdok) - klik - Tak jak do tej pory muzykę Michała bardzo szanowałem (jak mówi się o rzeczach które są fajne ale nie wracają do rotacji), to tutaj już poważnie się wciągnąłem. Świetny album przypominający mi jeden z moich ulubionych zespołów - Vehicle Blues. Jako że znam go pewnie tylko ja i Jakub Adamek, wytłumaczę że w szczytowych momentach są to bardzo śliczne, przesterowane melodie, zapętlone w nieskończoność. Tak jak „Monolit”. Świetna rzecz.
  • Poly Chain – „Music For Candy Shops” (Transatlantyk) - To jest powód dlaczego nie słuchałem za dużo muzyki. Jak wrócić do normalnego życia i tworzenia kiedy wiesz że ktoś stworzony z krwi i kosci umie wytworzyć tyle bogatych i ślicznych przestrzeni, melodii, tekstur. Muzyka zupełnie znikąd, bez rozumnych dla mnie punktów odniesienia. Lekką ręką mój album roku.
  • Łukasz Ciszak – „Before We Fall” (samowydanie) - klik - Łukasz tak się nie mógł doczekać aż zakończymy cykl promocyjny albumu TER (poważnie to brzmi), że wydał się sobie sam - dzięki czemu mogę z czystym sumieniem umieścić ten album w podsumowaniu. Nie jest to taki szok jak poprzednik, ale wspaniale go rozwija i sensowne buduje na jego kanwie kolejne, post-unwoundowe historie pełne dysonansu. Piękna rzecz. 
  • BNNT – „Multiverse” (Instant Classic) - "God is nothing more than an acoustic hallucination” to mój utwór ROKU. Można go używać do podważania prób obiektywizacji muzyki - bo nie ma absolutnie żadnego powodu dlaczego ten akurat rytm brzmi dobrze nie zmieniając praktycznie się przez 10 minut, przy statycznym akompaniamencie jednego dźwięku bomby i bzyczenia z pieca. A przynajmniej ja nie potrafię sobie tego jakoś sensownie wytłumaczyć. Niektóre rzeczy po prostu są zjawiskowe i nie ma co ich roztrząsać. Lepiej słuchać.
  • Goralenvolk – „Organy” (Szara Reneta) - klik - Jestem wielkim fanem twórczości Maćka, który jest jeszcze większa pierdołą jeżeli chodzi o autopromocje niż ja. To jest taki odpowiednik zeszłorocznego albumu MAAAA, czyli muzyki w ogóle spoza moich stref komfortu, która mnie bardzo wciąga i fascynuje. Może jest wtórna, może są takich setki - ale ja ich nie znam. Ignorance is bliss.

SUAVAS LEWY (Nasze Nagrania)

  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records) - Najczęściej słuchany przeze mnie album tego roku. Nie ma sensu pisać więcej
  • Radosław Kurzeja – „Noce” (BDTA) - klik - Ta płyta super sprawdziła się, gdy pożyczonym autem, latem jeździłem wieczorami w okolicach Bornego Sulinowa. Lasy, półmrok, długie światła, przebiegające zwierzęta.
  • Artur Piasecki – „Unearth” (Pionierska Records) - klik - Dobrze mi robi ten album, odpoczywam, spokojnie oddycham. Czuję się dobrze.
  • Maniucha Bikont/Ksawery Wójciński – „Oj borom, borom” (Wodzirej) - Przepięknie podane poleskie pieśni bez wykorzystania techniki wielogłosowej tak charakterystycznej dla tych rejonów. Odważne. Oboje świetni w swoich dziedzinach i na tyle mocni by nie bać się wyjść poza konwenans. Bardzo dobre.
  • LStadt – „L.Story” (Mystic Production) - klik - Bardzo szanuję Łukasza Lacha, uwielbiam jego melodyjność i sposób aranżowania utworów. To poziom światowy. Apeluje by nie bał się pisać swoich tekstów. 

MARCIN OLEJNICZAK (Antena Non Grata / Radio Noise Duo)

Mijający rok dostarczył mi sporo ciekawych doznań muzycznych – za co jestem wdzięczny wykonawcom i wydawcom. Obok tradycyjnego u mnie nośnika (CD) częściej niż wcześniej sięgałem po kasety i płyty winylowe. Żywię przekonanie, iż podział na polskie i zagraniczne wydawnictwa muzyczne jest czysto umowny. Słuchanie, a w zasadzie doświadczanie/przeżywanie słuchania, jest dla mnie praktyką osobistą, niekiedy wręcz intymną – mam wrażenie, że często dookreślającą moją tożsamość. W ostatnich miesiącach na pewno ważne dla mnie (nieobojętne - zachwycające, ekscytujące, inspirujące, prowokujące, denerwujące…) były spotkania między innymi z (kolejność przypadkowa):

  • Micromelancolié – „No respect for grace and virtue” (Plaża Zachodnia) - klik
  • Mirt + Ter – „Bacchus Where Are You?” (Monotype Records)
  • Makemake – „Something Between” (Zoharum)
  • BNNT – „Multiverse” (Instant Classic)
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records) 

RADOSŁAW KURZEJA (klik)


Gdy Bartek Nowicki poprosił mnie o wybranie najlepszych polskich płyt roku 2017, to w pierw spanikowałem, zdało mi się, że nie przesłuchałem żadnego rodzimego albumu, poza jednym „DGGDRM” Marcina Maciągowskiego. Szczęśliwie zaraz przyszły do głowy kolejne najciekawsze nagrania kończącego się roku, przy czym „DGGDRM” wydaje mi się najlepszym z listy najlepszych, którą serwuję w kolejności alfabetycznej:

  • Artur Piasecki – „Unearth” (Pionierska Records) - warto z publikowaniem wszelkich podsumowań czekać do końca grudnia, choćby dla tak niepozornych i pięknych ambientowych płyt.
  • Maciej Maciągowski – „DGGDRM” (Pointless Geometry) - energia, radość, lekkość.
  • Micromelancolié – „No respect for grace and virtue” (Plaża Zachodnia) - melancholijny zimowy ambient. Potwierdzenie, chyba już ugruntowanej pozycji, na polskiej eksperymentalnej scenie.
  • Ogród – „Feeria” - klik - baśniowa, filmowa muzyka opakowana fantastycznym brzmieniem.
  • Palmer Eldritch – „Natural Disaster” (Skwer) - klik - mieszać z taką łatwością odległe gatunki i brzmienia to trzeba umieć, ba trzeba się z tym urodzić.
  • Stay Nowhere – „Stay Nowhere” (Antena Krzyku) - klik - znakomite rozwinięcie zeszłorocznego mini albumu, świetne aranżacje i  przebojowe, energetyczne granie.
  • Walkmani – „Troppenatt” - klik - wyciszony, piękny ambientowy reportaż z podróży po Skandynawii.


MICHAŁ WOLSKI (klik)

Oto pięć rodzimych wydawnictw, które w mijającym, 2017 roku zwróciły moją uwagę. Tak naprawdę wiele nagrań zwróciło moją uwagę, tak naprawdę powinienem wskazać znacznie więcej tytułów, aby oddać sprawiedliwość temu, co działo się w minionych miesiącach. Te tytuły przykuły ją jednak na dłużej — część z nich na „dużo dłużej”. Muzyka ma się wspaniale.

  • Mirt + Ter – „Bacchus Where Are You?” (Monotype Records)
  • Melatony (Hubert Zemler) – „Melatony” (Pawlacz perski)
  • Fischerle – „Post​-​functional Dub Objects” (Czaszka Records)
  • Grupa Etyka Kurpina – „Wendy” (Pawlacz perski) 
  • V/a – „Pępek świata” (Fundacja Kaisera Söze) - klik



  • High Fall – „C_” (Sinesia) - klik
  • Passive Status – „Papier” (Plaża Zachodnia) - klik
  • MEF – bez tytułu (DYM Records) - klik
  • DMNSZ – „OUIJA” (Pointless Geometry) - klik
  • Rhythm Baboon – „Baboonism” (Pawlacz Perski) - klik


MIKOŁAJ TKACZ (Wszystko)

W sumie są to albumy może nie moim zdaniem najlepsze ale te które najbardziej mnie pochłonęły w tym roku i których najwięcej słuchałem. w tym roku zacząłem sie po prostu cieszyć muzyką nie myśląc sb za dużo:
  • 1 Jakub Lemiszewski – „2017 [nielegal]” (Magia) 
  • 2 muza do fury "muza do fury.zip" - klik
  • 3 Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)
  • 4 Otsochodzi – „Nowy kolor” (Asfalt) - klik
  • 5 nadziej – „Live at Wszystko na Brutażu 18.11.2017” - klik


RENATA i MARCIN KAMOLA (Fundacja Kaisera Söze)

W tym roku z różnych powodów słuchaliśmy znacznie mniejszej ilości tytułów, ale za to przy zdecydowanie większej liczbie odsłuchów. Nie przyznajemy poniższym płytom miejsc w zestawieniu, ich kolejność nie ma znaczenia. 

Najczęściej słuchane przez nas polskie płyty z 2017 roku to: 
  • Nagrobki – „Granit” (BDTA)
  • Piernikowski – „No Fun” (Latarnia Records)
  • 1988 – „Gruda” (Latarnia Records)
  • BNNT – „Multiverse” (Instant Classic)
  • Lotto – „VV” (Instant Classic)
  • V/a  „Zwierściadło / Slavic Mirror” (Requiem Records) - klik
i oczywiście te wydane przez nas: TeChytrze „Chłopaki czekajta"; Zebry a Mit „Laumės"; emiter „Sinus Balticus"; V/a „Pępek świata / Navel of the world"

Najczęściej słuchane przez nas zagraniczne płyty z 2017 roku to: Sleaford Mods „English Tapas”; Run the Jewels „RTJ3”; LCD Soundsystem „American Dream”; Mount Kimbie „Love What Survives”; Vince Staples „Big Fish Theory”


DAREK PIETRASZEWSKI (Pointless Geometry

Ten rok przyniósł dla mnie tak samo wiele rozczarowań co miłych zaskoczeń i nadziei że na polskiej scenie muzyki niezależnej będzie tylko lepiej. W moim odczuciu 2017 był przełomowym dla samych artystów i publiczności/słuchaczy, zwiastującym koniec pewnego status quo, ale też początkiem nowych inicjatyw muzycznych, krystalizowania się wielu linii wydawniczych labeli i dojrzałych pomysłów artystów na własną muzykę. Z jednej strony dało się odnieść wrażenie powtarzalnych, bezpiecznych ruchów wydawniczych, blazy i bezzasadnie przehajpowanych albumów, a z drugiej strony z mocne momenty wyjścia polskich artystów do zagranicznych wydawnictw, którzy nie znaleźli na rodzimej scenie zrozumienia albo mieli większe uznanie u zagranicznych słuchaczy i krytyków.

Próżno było też szukać wśród dziennikarzy muzycznych głębszego zainteresowania polską sceną, za to co rusz można było natknąć się wśród recenzentów na ekstatyczne branie się za bary z muzyką tuzów niezalu ;), pozostawiających przy tym smutne wrażenie muzycznego elitaryzmu.

Czekając z niecierpliwością na to co dopiero nadejdzie i wyznając mało popularny w dzisiejszych czasach pogląd że bardziej od osiągnięcia celu liczy się sam proces czy droga do niego, paradoksalnie nie będę lamentował z powodu zamknięcia warszawskiej Eufemii, czy ogłoszenia końca działalności wytwórni BDTA. Tak jak wspomniałem na początku, ciesze że jest miejsce dla nowych inicjatyw takich jak INTRUDER ALERT (klik) czy SYNTETYK (klik). Coraz mocniejsze jest również zainteresowanie projektami audiowizualnymi >  Biuro Dźwięku Katowice (klik); MTV Modulartelevision, WIDT (klik) czy wcześniej wspomniany SYNTETYK, gdzie część wizualna traktowana na równi z muzyczną, a nie tylko wyłącznie dodatkiem. Czekam na kolejne edycje małych kameralnych festiwali jak Borderline Noise Festival (klik), Sanatorium Dźwięku (klik) czy Dym Festival (klik). Przed nami również premiera serialu dokumentalnego „Antyfonie” za którym stoją Andrzej Załęski oraz Jacek Staniszewski (8 stycznia 2018 - TVP Kultura). Polskie labele nadal maja się dobrze i nadal wydaja świetną muzyczkę na kasetach > Pawlacz Perski (klik), Dym (klik), Pionierska (klik), Czaszka (klik), Plaża Zachodnia (klik), Outlines (klik), Mondoj (klik). Jestem więc dobrej myśli i wiem że przyszły rok przyniesie jeszcze więcej ciekawych koncertów, albumów, labeli i inicjatyw.

W nadchodzącym roku życzyłbym wszystkim więcej szukania muzyki na własną rękę oraz krytycznych tekstów o polskiej scenie niezależnej i zjawiskach jej towarzyszących, zamiast recenzji samych albumów. Muzyka dzieje się tu i teraz i warto o tym pamiętać rezygnując z kolejnego koncertu na rzecz zamuły przy serialu z Netfixa ;) ... no i więcej nieprzychylnych recenzji, bo wydaje mi się że czas propagandy sukcesu mógłby już się skończyć w 2018 roku ;)

Zapraszam do odsłuchu 10 + wydawnictw kasetowych, które zawróciły mi w głowie w 2017. Znajdziecie tu kasetowe albumy tylko polskich artystów, chodź niekoniecznie wydane w polskich labelach. Pomijam wydawnictwa z Pointless Geometry i V/A - Various Artist (z wiadomych przyczyn ;))
  • Melatony (Hubert Zemler) – „Melatony” (Pawlacz perski)
  • Rock ‎– „You Fit Into Me Like A Hook” (Dreamland Syndicate) - klik
  • FOQL – „Lower Your Expectations” (Always Human Tapes)
  • Tutti Harp – „Chmury” (Purlieu Recordings) 
  • Facebug – „Facebug” (Dym Records) - klik
  • Genetics and Windsurfing – „Nonlinear Record” (Orange Milk Records) - klik
  • High Fall – „C_” (Sinesia) - klik
  • Fischerle – „Post​-​functional Dub Objects” (Czaszka Records)
  • PSI-ACOUSTIC – „Collage” (Pionierska Records) - klik
  • Bouchons d'Oreilles & Wojtek Kurek – „Hokmah” (Dinzu Artefacts) - klik
i na dokładkę:

Łukasz Kacperczyk – „Kosmos” (Plaża Zachodnia) - klik 
Faxada – „Cohost” (Darling Recordings) - klik
Lech Nienartowicz – „Nici” (Dinzu Artefacts) - klik
Grupa Etyka Kurpina – „Wendy” (Pawlacz Perski) - klik
Wolne Pokoje – „Teren przyległy” (Plaża Zachodnia) - klik
Wydawcy 1 – Triangle Records (MAAAA / TORBA / NEUTRAL / ARV&MILJÖ) CSW Zamek Ujazdowski. - klik

JUSTYNA BANASZCZYK (FOQL / Oramics)

  • #METOO – Tak - ja też. I wiele innych kobiet także. Jestem szczęśliwa, że rok 2017 przyniósł w końcu poważną dyskusję na temat seksizmu na polskiej scenie elektronicznej. Rychło w czas! Podziwiam dziewczyny, które jak Anja Kraft odważyły się opowiedzieć o tzw. kulisach i publicznie nazwać pewne rzeczy po imieniu. Cieszę się, że podczas Unsound mogłam wziąć udział w panelu z dziewczynami z Discwoman i wymienić doświadczenia. W końcu jaram się też, że powstało Oramics i mam nadzieję, że w 2018 dyskusja na ten temat wskoczy na wyższy poziom. Odwagi dziewczyny!
  • INTRUDER ALERT (klik) – Młoda warszawska ekipa, odważnie poczynająca sobie z modą, designem i przede wszystkim - brzmieniem. Jak dla mnie to najciekawsza polska muzyka, z którą zetknęłam się w 2017 roku. Zero paździerzu, 100% świeżego brzmienia, polska odpowiedź na post-club, zero analogowego pustego fetyszyzmu. Czekam na więcej i myślę, że zajdą daleko. Już mają za sobą trasę koncertową w Japonii. Koniecznie sprawdzić: KRY, B.yhzz, Immune, GRAŃ
  • SYNTETYK (klik) – Syntetyk przywrócił mi wiarę w to, że na scenie klubowej wydarzyć się może zawsze wszystko i nic nie stoi na przeszkodzie by było inaczej. Szanuję za konsekwentną estetykę, szerokie horyzonty i to, że można grać wolno, brudno i brzydko, a w dodatku ludzie do tego tańczą.
  • BDTA ZDECHŁA – I nic się nie stało :-) Czasem lepiej nie wydawać płyt jeśli nie chce się tego robić dobrze.
  • NADAL WSZYSCY MAJĄ GDZIEŚ MUZYKĘ Z EUROPY ŚRODKOWO-WSCHODNIEJ – Jasne. Kilku artystów i artystek wypłynęło na szersze wody. Generalnie jednak kończy się rok 2017 i niewiele się zmieniło w stosunku do 2016 roku. Ze świecą szukać artystów i artystek z naszego regionu na tzw. istotnych festiwalach, imprezach i w klubach. Nikt nie pisze o świetnych labelach, muzykach i kolektywach (pomijam wszelakie drobne wyjątki) z tzw. wschodu. I co z tego? No nic. Musimy dalej pracować i przede wszystkim przestać oglądać się na zachód. Nauczmy się mówić własnym językiem. Działajmy i pracujmy jeszcze więcej. Organizujmy się bo nikt tego za nas nie zrobi. Przestańmy narzekać, pls. Dziekuję. Amen.
  • POLSKIE DZIENNIKARSTWO MUZYCZNE JEST MARTWE – Czy w 2018 zmartwychwstanie? Światełko nadziei w inicjatywach pokroju Progrefonik - szanuję za profesjonalną robotę. Może coś się zmieni jeśli tak zwani dziennikarze zaczną zauważać zjawiska odmienne od estetyki Instant Classic, a może nawet zauważą, że w polskim undergroundzie funkcjonuje nie tylko Kuba Ziołek w swoich dwudziestu wcieleniach (z szacunkiem ziomek, zajebista muzyczka). W roku 2017 całą robotę dziennikarską (znowu) odwalili blogerzy. Podziwiam zapał.
  • DYM FESTIWAL – Wielki szacunek dla wszystkich lokalnych aktywistów, którym nadal chce się walczyć z tym polskim pastelowo-narodowym, wszechogarniającym kiczem. Życzyłabym sobie by w każdym mieście wielkości Gorzowa Wielkopolskiego był taki lokalny festiwal DYM, by komuś się chciało tak jak Mateuszowi Rosińskiemu zmieniać lokalną scenę, by nie wszyscy jednak uciekali do Warszawy. Trzymam kciuki za kolejną edycję.
  • 2018 – Będzie dziwny. Chyba jeszcze bardziej. Dlatego muzyczka powinna być jeszcze ważniejsza. Róbmy ją serio.

KAROLINA KARNACEWICZ aka DJ MORGIANA (klik / klik)
(Bueno Víbro, Emancypacja dźwiękiem / Sound Emancipation, za duszno (w hibernacji), Trzecia Fala)

  • Najpiękniejszym i najwięcej wnoszącym muzycznym zdarzeniem tego roku jest dla mnie poznanie i przyjaźń z Granią (Intruder Alert, Genome 666 Mbp, S H ❌ M E). Orbitowaliśmy wokół siebie przez jakiś czas, by w totalnym rezonansie zacząć się też wspólnie bawić dźwiękami. To niesamowita postać, która owszem - ma na swoim koncie kilka album(ik)ów, jednak żyje głównie w soundcloudowej przestrzeni karmiąc słuchaczy coraz to nowymi kąskami - sypie nimi jak z rękawa i ciągle zaskakuje. Niestrudzony digger, który całą swoją energię kieruje w tworzenie - i to słychać. Podlinkowuję po prostu soundcloud (klik) - znajdziecie tam pełno traków, jak i wyśmienite miksy. Pamiętam, że "YMMOM" z kompilacji S H ❌ M E i "Enough" ze wspólnej EPki z Avbvrn "Candles" (wydany przez IA - swoją drogą polecam też ich najnowszą inicjatywę - "Larum") słuchałam na ripicie. Grań był też pierwszym gościem w mojej audycji Bueno Víbro - gdy tylko będzie online - podrzucę. Kto spędza przedsylwestrony czas w Hangzhou, bądź Szanghaju - proszę obczaić Genome'owe bibki. Ach, no szkoda, że nie umiemy się teleportować. Póki co. ;) 
  • Kolejną ważną postacią nie tego roku, ale i połowy dekady jest (selecta) Piotr Tkacz (klik) - którego muzyczne aktywności można wymieniać przez tydzień, ale spróbuję przybliżyć choć kilka - muzykuje i improwizuje, zaczął tez komponować (specjalna praca dla/na Sanatarium Dźwięku), produkuje (zapewne za chwil parę ujawni te traczki - będzie zabawnie), pisze (ale nie tylko o muzyce), prowadzi audycję "zasypywanie kanonu", wcześniej "Audiosferę" (przez 10 lat), tka, zawiązuje i szykuje wydarzenia różnych maści, a także didżejuje - pod wieloooma (dziwnymi ;) ) aliasami (najdłużej/najczęściej używane ksywki to DJ 2 Lewe Ręce (klik) i DJ Viagem ao Fim da Noite (klik). Gdy wchodzi za didżejkę - jest tak gorrrąco, że aż pękają żarówy. Na dodatek Piotrek w tym roku właśnie celebrował dziesięciolecie organizowania koncertów. Człowiek instytucja. Sledźcie to indywiduum, bo zawsze ma pełno świeżych pomysłów i uwielbia nieźle namieszać. :)
  • Lamella - the house of queer arts (klik) + NESS (seria wydarzeń będąca tzw. "odtrutką na festiwale" ;) ) - założycielkami jest duet Vala Tanz (taniec, poezja, choreografia) i Justyna Stasiowska (odpowiadająca za tkankę dźwiękową, znana szerszemu gronu z przeróżnych publikacji (klik) + chociażby dla Glissanda). Gościli mnie w przestrzeniach swojego domu, otworzyli też swoje serca i zaszczepili we mnie iskrę (dłuuugiego) performowania. Miałam okazję usłyszeć |ust|n|ę w kilku akcjach / odsłonach - także didżejskiej (klik) - podczas pewnego letniego wieczoru grała nam z okienka lamellowego domu, a słuchający leżeli przy ognisku. Jest niesamowicie wyczulona nie tylko na muzykę, ale i na wszelkie odgłosy i szmery. Dużo się nauczyłam podczas tego NESSowego pobytu - jak się prawdziwie kieruje produkcję kultury i np. że dźwięki nie są już takie efemeryczne, gdy nosi się samej wielgaśne głośniki. ;)
  • DYM Festival + CKN Centrala - dziękuję wszystkich zadymiarzom z Gorzowa za nieustanną misję, pokochałam tych ludzi i miasteczko całą sobą. warto napomknąć, że nową inicjatywą Mateusza Rosińskiego i przyjaciół jest SEJF - trzeba koniecznie odwiedzić. hmm, co wspominam najczęściej? gdy festiwal się skończył, ludzie nadal byli nienasyceni dźwiękami, szybka wymiana wzrokowa pomiędzy Wrong Dialsem i za duszno, no i wraz z DJ Viagem ao Fim da Noite - graliśmy spontaniczny ponad 5-godzinny b2b2b, a dołączali do nas inni goście festiwalu. klub Centrala leży na jakimś dobrym miejscu mocy - nie mogę się doczekać kolejnej wizyty. :)
  • Sounds Queer? (klik) i kuratorka tej niecodziennej serii - Zosia Hołubowska (klik). Czarodziejka syntezatorów z potężnym głosem, która nagrywa i wydaje jako Mala Herba. W swojej twórczości łączy szamanizm, słowiańską mitologię i demonologię, a nawet zajawki ziołolecznicze. ta muzyka jest tak autentyczna, bije z niech siła i to mnie porywa. Tutaj pocztówki dźwiękowe.
  • Myśląc o tegorocznych super-płytach - czyli takich, do których często wracałam - przypomniały mi się wakacje, kiedy to podczas podróży na czeski Machov z moją boulderową ekipą wsłuchiwaliśmy się w „Dark Secret World”Lutto Lento. muszę przyznać, że gdy Lubomir po jakimś czasie skręcił mocno w stronę house'u - zupełnie straciłam zainteresowanie tym co robi (a był jednym z pierwszych gości na imprezie, którą po czasie nazywaliśmy zaczynem "za duszno"). Ta płyta jest genialna, kawałka „Gyal a Devil” słuchaliśmy na ripicie, aż jeden z przyjaciół po prostu "musiał" to zremiksować na wieczornej imprezce (a to był jego debiut didżejsko - producencki). 
  • Drugą płytą wakacji był „Baboonism” od Rhythm Baboona. wspominam nocne, a w sumie poranne spacery, kiedy to śmigałam sobie po Wawce ze słuchawkami w uszkach, nie mogąc przestać skakać. Szymon, prócz zajawek  producenckich, to też wielki pasjonat winyli i świetny didżej. Bardzo lubię, jak bada nowe dźwiękowe obszary i wykręca takie dziwaki. Końcówka "Mxlxkx" jest tak hipnotyzująca, że z niecierpliwością czekam na więcej. 

Podsumowanie 2017 / Diagnozy - prognozy

0
0


Po plebiscycie Co kto lubi 2017, w którym zgodziło się wziąć udział szacowne grono artystów i promotorów rodzimej muzyki, trudno było mi pokusić się o oryginalne spostrzeżenia końcowe. Zwłaszcza w wypowiedziach Darka Pietraszewskiego, Piotra Cichockiego i Justyny Banaszczyk znajduję wiele opinii pod którymi podpisałbym się osobiście. Zebrałem zatem garść refleksji, które wydają mi się najbardziej istotne dla minionych dwunastu miesięcy.

DIAGNOZY

1. Wiele ubiegłorocznych dyskusji jakie przewinęły się głównie w social mediach dotyczyło funkcjonowania; kondycji i istoty tego czy(m) jest tak zwany niezal; rozważań czy funkcjonuje coś takiego jak wspólna scena, gdzie przebiegają granice zależności i niezależności. Śmiem stwierdzić, że żadna z dyskusji, które obserwowałem, bądź w których wziąłem udział nie zaskoczyła jakimiś unikalnymi wnioskami (wynika to też z formatu facebookowych debat, które rzadko prowadzą do konstruktywnych podsumowań i pozostawiają uczestników na pozycjach wyjściowych). Ciężko bowiem dyskutować o zjawiskach dość umownych i rozumianych wielce indywidualnie. Osobiście wolałbym się spierać o muzykę, o postawy twórcze, ważność bądź nieważność zjawisk, niż o to czy coś jest niezal, czy nie. Chciałbym aby fakt, że debatujemy o rzeczach tak kulturowo nieistotnych (przy jednoczesnym urodzaju muzycznym) świadczył o tym, że czujemy się dopieszczeni jakością i wielowątkowością polskiej muzyki i że jej dzisiejsza dobra kondycja jest bezdyskusyjna. Ów samozadowolenie rodzi rzecz jasna pewne patologie (vide 2), jednak jestem zdania, że przy takiej objętości i różnorodność repertuaru nie wypaczają one wizerunku rodzimej „sceny“. 

2. Zbyt wiele status quo. Polska scena muzyki alternatywnej, awangardowej, tanecznej, czy eksperymentalnej ma się w mojej opinii dobrze. Nie ma co szukać dziury w całym. Jeśli chodzi o wartość artystyczną nie ma powodów do narzekań (problemem realnym jest wciąż niezadowalające zainteresowanie ze strony publiczności, przekładające się na rentowność przedsięwzięć). Jesteśmy zasypywani taką ilością ciekawych wydawnictw, że czasu brakuje na przyzwoite ich wszystkich przesłuchanie. Problemem staje się jednak oryginalność; to że wśród naprawdę wielu rzetelnych i udanych wydawnictw, zaledwie garstka próbuje przełamać status quo, poszukiwać, sięgać w nieznane. Doskonali jesteśmy już w ogrywaniu tego samego, a to rozleniwia słuchacza, przyzwyczaja do łatwych rozwiązań. Ze sztuki zaś robi rozrywkę. Zachowawczość to nie tylko przypadłość wielu polskich artystów i wydawców, ale również, a może i przede wszystkim piszących o muzyce, których rolą (jak mi się wydaje) jest być o pół kroku przed czytelnikami. To trudne w czasach powszechnego dostępu do muzyki. Warto jednak chociaż promować rzeczy nowe, odważne, próbujące naginać status quo. Wyłuskiwać z nich to co wartościowe i wspierać. Dlatego w 2018 życzyłbym wszystkim, przede wszystkim jednak sobie, więcej odwagi w poszukiwaniach i częstszego wychodzenia poza własną strefę komfortu, wrażliwości, przytomności umysłu, szaleństwa i spontaniczności, większego kredytu zaufania do rzeczy z pozoru dziwnych, bądź nieznanych, oraz równie mocno odwagi krytycznej. W przeciwnym wypadku prędzej czy później skiśniemy we własnym sosie... czego symptomy w 2017, roku naprawdę świeżych, unikalnych i odważnych produkcji są zauważalne (vide 3)

3. Prestiżowe plebiscyty w Polsce jednogłośnie wygrywa płyta Stefana Wesołowskiego. Pewnie zdążyliście się zorientować, że nie jest to moja ulubiona płyta 2017. Jednak podobnie jak w ubiegłym roku pokrótce odniosłem się do analogicznego tryumfu Lotto, tak w tym roku staram się zastanowić co ten fakt mówi o piszących w Polsce o muzyce. A mówi to; że jako słuchacze jesteśmy przywiązani do konwencji; że wolimy kompromisy i bezpieczeństwo niż ryzyko; że stawiamy na sprawdzone rozwiązania i kunktatorstwo; że mniej stać nas na spontaniczność i poszukiwanie nowego; że w obawie o utratę lajków (vide 4) boimy się zagrać vabank. Nie patrząc w przód cofamy się, czego najlepszym przykładem jest zachwyt nad „Rite of the end”. Jeśli jako piszący czujemy się odpowiedzialni za kreowanie mody na polską muzykę to nie zadowalajmy się kompromisami. Lepiej zbłądzić szukając, niż skisnąć słuchając topu wszech czasów.

4. Rzeczywistą patologię stanowi jednak dla mnie dyktatura klikalności, która coraz częściej dotyka opiniotwórcze media zajmujące się kulturą. Nie potrafię i nie chcę zrozumieć etyki, która zamiast rzeczowej opinii, schlebia klikalnym paszkwilom. Wyścig za lajkami to prosta droga do utraty tożsamości i zaufania czytelników. Klikalna gównoburza niewiele kulturotwórczego wnosi do dyskusji, nawet jeśli przynosi wymierne korzyści w postaci ilości wyświetleń. Pewnym tytułom to po prostu nie przystoi.

5. Jedne z najbardziej istotnych tegorocznych zjawisk, sięgających daleko poza kontekst muzyczny to kwestia buntu w sztuce (muzyce) i akcja #metoo. Zaskakująco, znalazły one swój wspólny mianownik w symbolicznej koincydencji zdarzeń, jaka miała miejsce w okresie letnich festiwali, (na którą to zbieżność faktów notabene chyba nikt z piszących nie zwrócił uwagi). Jak donosiły media; podczas występu grupy Hey na festiwalu Woodstock, wokalistka zespołu Katarzyna Nosowska zaśpiewała piosenkę z repertuaru Kultu „Arahja”. W trakcie występu, przy słowach „Mój kraj murem podzielony” artystka płakała ze wzruszenia. Dokładnie w tym samym czasie w oddalonych o niemal 500 km Katowicach Siksa wprawiała w zakłopotanie, jakże przecież wyrobioną publiczność OFF Festiwalu skandując m.in. „w imię Polski narodowcy gwałcą Polki”. Dwie artystki, dwa pokolenia. Artystka kultowa i artystka kontrowersyjna, jeszcze chwilę temu niemal anonimowa. Po jednej stronie kapitulacja, po drugiej gniew, determinacja, potrzeba „ewangelizacji” w formie bezpośredniego kontaktu. Gesty vs. czyny. Eskapizm vs. bunt. Mówienie o zmianie wart byłoby zbyt daleko idącą interpretacją. Ale ta sytuacja zdaje się wiele mówić o politycznej sytuacji w naszym kraju, w którym jedni załamują ręce, kiedy inni starają się coś zmieniać; co ważne zaczynając wokół siebie. Seria warsztatów dla kobiet prowadzonych przez Siksę dowodzi, o tym że wraz z widowiskowym scenicznym, (dla niektórych zbyt wulgarnym) wyszczekaniem idzie w parze praca u podstaw i świadomość misji realizowanej w obronie kobiet przed patologiami patriarchatu (a to tylko jeden z wielu aktualnych i wywołujących emocje tematów poruszanych przez Siksę) Działalność Siksy, przełamywanie przez nią schematów i stereotypów (zarówno kulturowych, jak i scenicznych) to również istotny przykład transgresywnego myślenia o muzyce jako ewolucji, potrzebującej wciąż świeżego spojrzenia i nowego głosu, który nadaje jej żywotności i istotności w czasie. Opłakiwane przez krytyków artystki, sprzedane punkowe ideały zostały przez Siksę zaadaptowane do naszych czasów. Stąd jej występy, przybierają formę performansu, quasi stand-upu, czy radykalnej parafrazy coachingowych mów motywacyjnych (istotne w tym przypadku wydaje się również świadome posługiwanie się ironią, co wczasach gdzie ironia wymknęła się spod kontroli wydaje się przytomnym posunięciem) stając się bardziej komunikatywne i poruszające niż niejeden truskulowy załogancki gig. Transgresywność i adekwatność w czasie objawia się również w funkcjonowaniu siksowego przekazu poza kontekstem wydawniczym. Nagrania Siksy na fizycznych nośnikach stanowią margines jej działalności, której clou jest sceniczny przekaz i konfrontacja z odbiorcą twarzą w twarz (to kwestia również wielce znacząca w kontekście współczesnej społecznej komunikacji, oraz recepcji kultury za pośrednictwem interfejsów). Siksa znalazła sposób aby być słyszalna i dostrzegalna. Może się on podobać, bądź nie, jednak trzeba sobie uświadomić, że jest skutecznym narzędziem do niesienia ważkich treści, których wartość trudno podważyć.

6. Siksa to tylko jeden (najbardziej bodaj krzykliwy) przykład muzyków, artystów, kuratorów, którzy traktują muzykę jako platformę szerszego społeczno-edukacyjnego działania (niektórzy z zainteresowani pewnie obruszą się tym określeniem). Istotą działania takich inicjatywy jak Brutaż, Intruder Alert, Oramics, czy łódzka Kosmopolitania jest propagowanie postaw równościowych, przeciwdziałanie wykluczeniom, organizowanie zbiórek, warsztatów, prelekcji. Co warto zaznaczyć, mamy tu do czynienia z działalnością pozbawioną zewnętrznego, instytucjonalnego wsparcia.

7. Jeśli już wspomniałem o buncie to rok 2017 pokazał dobitnie, że nowym buntem; buntem wyrażanym głosem młodych ludzi jest konserwatyzm. Z mojej perspektywy jedynym pozytywnym przejawem tej postawy jest polski jazz, na którym w 2017 unaoczniła się wyraźna zmiana warty i wartości. EABS, Kuba Więcek, cały zastęp absolwentów i studentów kopenhaskiego konserwatorium, zamiast smażenia fryt wziął na warsztat klasykę (EABS), bądź (i) kompozycję (Więcek). Ta siła ożywiła polski jazz witalnością, lekkością, komunikatywnością i w dużej mierze przebojowością. Na tym tle scena improv okazała się o wiele bardziej przewidywalna.

8. To był znakomity rok tekściarzy. Intrygujące polskie teksty Nagrobków, Sorji Morji, Piernikowskiego, Normal Echo, Kobiety z wydm, WCIAS, czy 19 Wiosen, urzekły nie tylko mnie (klik). To co połączyło piosenki wykonawców w jedną narrację, to dojmujący smutek, poczucie rozczarowania, zmęczenia rzeczywistością. Tendencje głęboko pesymistyczne, rozciągały się również na muzykę instrumentalną. Jak podzielił się ze mną jeden z muzyków „robienie czegoś w takich warunkach jest utrudnione, wyobraźnię ograniczają czynniki zewnętrzne”.

9. Zamknięcie BDTA. Wieść o końcu BDTA wywołała spore poruszenie wśród obserwatorów sceny niezależnej. Jeżeli jednak w zamian otrzymujemy tak dobre nagrania jak „Atlas” Mazutu, czy słuchowisko „Tymczasem” to uważam, że dobrze się stało. Tym bardziej, że na przestrzeni ostatniego roku zauważalne było, że label zaniedbywany jest przez gospodarza kosztem jego własnych ambicji muzycznych i nie działa tak prężnie jak miało to miejsce 2-3 lata temu. W ostatnim czasie rozpęd BDTA nadawała już właściwie jedynie współpraca wydawnicza z Mik Musik; Nagrobki, oraz Radosław Kurzeja.

10. Pożegnaliśmy BDTA, ale natura nie lubi próżni, w związku z czym pojawiły się bądź rozwinęły tak interesujące inicjatywy jak Intruder Alert, Antena Non Grata, Uznam, czy Mondoj. Mocny i równy repertuar prezentują Latarnia, Pawlacz Perski i Fundacja Kaisera Soze. W ten obieg solidności i rozpoznawalności weszły Pionierska Rec i Plaża Zachodnia. Jasień zaś odnotował udany winylowy powrót. Pomimo nikłego prestiżu i sprzedaży, oraz związanych z tym frustracji, do działania nie zniechęcają się Wojtek (Mik.Musik.!.), Łukasz (Requiem), czy Michał i Maciek (Zoharum), co jest nie mniej istotne od pojawiania się nowych wydawnictw. Na potentata i wizytówkę eksportową polskiej muzyki alternatywnej wyrósł Instant Classic (co oprócz splendorów narzuca dużą odpowiedzialność repertuarową, przy tak mocno zaznaczonym kierunku wydawniczym jaki wytyczył sobie IC nietrudno bowiem o powtarzalność i rutynę). Pointless Geometry, Audile Snow, czy Magia, funkcjonują na marginesach niszowości, jednak to właśnie w ich katalogach, upatrywałbym nowych estetycznych doznań. Z zaciekawieniem wypatruję tekstowych objawień z Thin Man, awangardowych odkryć z Bolt i nowych tanecznych trendów z Transatlantyku i Brutażu, Po Naszych Nagraniach spodziewam się niespodziewanego. Ciekawą propozycją są netlabele (enjoy life, WYPAS Muzyczna Grupa) działające na przecięciu post-ironii, muzycznej memiczności i internetowych heheszek. Pod bekowym kamuflażem skrywają bowiem wielce przytomną kulturową refleksję. Chciałbym w 2018 bliżej przyjrzeć się ich działalności.

11. Warta uwagi jest tendencja do zakładania labeli przez piszących o muzyce i zajmujących się ich propagowaniem. Wielce zróżnicowanym i obszernym katalogiem mogą pochwalić się Trzy Szóstki prowadzone przez Krzysztofa Kwiatkowskiego. Swoją niszę stara się zagospodarować również Szara Reneta nieocenionego Maćka Wirmańskiego. Trzymam kciuki za powodzenie tych inicjatyw i jestem ciekawy jakie przełożenie będzie mieć intuicja krytyczna autorów na wydawniczą selekcję.

12. Powoli przestaje robić wrażenie fakt, że Polacy śmiało i w dużych ilościach wydają w dobrych wytwórniach za granicą. W zasadzie nie powinno to nikogo dziwić, już dawno powinniśmy się wyleczyć w tej materii z kompleksów. Nie można mówić co prawda o boomie na polską muzykę spowodowanym fascynacją lokalnością sceny. Są natomiast artyści dla których niczym nadzwyczajnym jest wydawanie poza polską i odbywa się to na tych samych zasadach na jakich wydawane są nagrania innych artystów z całego świata. Jedynym kryterium zdaje się być przede wszystkim jakość. Natomiast wydawanie przez polskie labele twórców zagranicznych, to wciąż jeszcze rzadkość (może poza jazzem, ale to zupełnie inna kategoria ze względu na to, że w większości są to koncertowe nagrania). Uznanie należy się Pawłowi Paide Dunajko, który w swojej post-footworkowej, kasetowej oficynie Outlines ugościł (i również w przyszłym roku będzie gościł) artystów dużego (przynajmniej jeśli chodzi o elektronikę) formatu. Również pokrewny gatunkowo label Polish Juke może poszczycić się zacnymi importowymi rilisami w 2017

13. Osobne słowa uznania należą się Piotrowi Cichockiemu i jego Stowarzyszeniu 1000Hz, którego działalność była dla mnie najbardziej inspirującym wydarzeniem w 2017. Fenomen wydawania muzyki afrykańskiej w Polsce (osobiście odnalezionej i własnoręcznie zarejestrowanej; wspieranie tamtejszych artystów i próba zainteresowania nimi świata), o którym pisałem w maju na łamach Polityki, to historia do której na przestrzeni 2017 często wracałem, za sprawą zarówno muzyki Tonga Boys i Kukaya, jak i fascynujących relacji Piotrka. Z zaciekawieniem oczekuję kolejnych wieści z Malawi i innych inspirujących miejsc. Piotr dzięki za współpracę! Kapitalna robota i godne podziwu podejście!

PROGNOZY

2018 (wróżę ze starych taśm magnetofonowych) przyniesie:

1. Czas na nowe muzyczne doznania, jeśli 2018 rok ich nie dostarczy to zaczniemy się kisić we własnym sosie.

2. Zacznie następować zmiana pokoleniowa w muzyce alternatywnej, przyjdą młodzi, ze świeżym spojrzeniem, spoza starych koterii i będą robić nowe rzeczy. Ta wymiana widoczna jest już w jazzie i dobrze rokuje temu gatunkowi.

3. Radykalizacja gatunków i postaw artystycznych, oraz poszukiwanie nowego oryginalnego języka zwłaszcza w elektronice. Powstawanie wyrazistych hybryd wymykających się szufladkowaniu. Posłuchajcie nadchodzących premier z Pointless Geometry (Fischerle, Duy Gebord, Drvg Cvlture), nagrań kolektywu Intruder Alert, abstrakcyjnych rilisów z Magii, czy Audile Snow, jak również muzyki Macieja Maciagowskiego; które nierzadko pozostają trudne przy pierwszym kontakcie, czasem chaotyczne, jednak bezkompromisowo wymykają się jakimkolwiek próbom uformowania w konkretnym gatunku. Poszukują własnego, nowego języka, może jeszcze nie do końca płynnego, nie w pełni komunikatywnego, ale z pewnością wartościowego.

4. Schyłek wytwórni muzycznych. Odnoszę wrażenie, że alternatywni artyści powoli będą uniezależniać się od labeli, coraz częściej decydując się na samowydania.

5. Mazut zacznie nagrywać dobre płyty. A hitem sprzedażowym staną się koszulki z napisem „Nie płakałem po BDTA” ;)

LISTA 2017

Po mimo częstego sięgania do sprawdzonych patentów, czy estetyk, restaurowania ich bądź dekonstruowania, zdarzyły się wydawnictwa, które z mniejszą lub większą skutecznością starały się przesunąć granice, wyznaczyć je na nowo, bądź funkcjonować zupełnie poza nimi. Postanowiłem je wyróżnić, bo to właśnie te płyty, zapewniały mi coś ponad radość słuchania (tych już nie wymieniam, ale są to niemal wszystkie, które w tym roku recenzowałem na blogu); dreszcz ekscytacji z tego, że dziej się coś nowego / innego. Oto one:

  • Jakub Lemiszewski „2017 [Nielegal]” - (Magia) - recenzja - słuchaj - Płyta roku 2017. To ten rodzaj bezkompromisowości, fantazji i twórczego szaleństwa, radykalności, które zawsze będzie u mnie bardziej doceniane niż najlepsza produkcja i najbardziej wyrafinowana wirtuozeria.

KĄCIK MUZYCZNY



Nowa ekspresja (Elektroniczne emancypacje) / Fischerle, Drvg Cvltvre, Duy Gebord, Zaumne, Jakub Lemiszewski

0
0

Tak jak zapowiadałem w podsumowaniu 2017, nowy rok zaczyna się niezwykle obiecująco dla fanów rodzimej elektroniki. Świeża dawka rilisów z mikrolabeli to brawurowa ucieczka od gatunkowych szufladek.

Jest to prawdopodobnie kwestia przypadku, że wydane zaledwie na przełomie kilku ostatnich tygodni nagrania, które swoją drogą sporo już odleżały w oczekiwaniu na premierę, tak bardzo odznaczają się tym że wychodzą poza dotychczas osłuchane schematy. Nie odważyłbym się wieścić w tym narodzin jakiegoś trendu, jednak ta koincydencja robi wrażenie, dając nadzieję na zupełnie nową muzyczną jakość w 2018.

Muszę się przyznać, że miałem nie mały orzech do zgryzienia próbując opisać słowami muzykę niżej wymienionych producentów. To jednak paradoksalnie powód do satysfakcji, bowiem w każdym z przypadków, nagrania wymykały się daleko poza znane mi dotąd klisze gatunkowe. Mamy w końcu 2018 rok, najwyższy czas aby muzyka oderwała się od melancholii i zrzuciła z siebie widmo retrosentymentów. Zbyt łatwo uwierzyliśmy że wszystko już było. To co prezentują swoimi nowymi wydawnictwami opisywani w tekście artyści, nie jest póki co muzyczną rewolucją, bardziej  poszukiwaniem nowego muzycznego języka, który dla takiej rewolucji mógłby być całkiem udanym preludium. Nowa ekspresja czerpie oczywiście z tego co już było, ale nie w taki sposób do jakiego zdołaliśmy się przyzwyczaić. Poniższy repertuar uświadamia bowiem, że nagrywający go muzycy, są osłuchani ze starszymi i nowszymi trendami w muzyce elektronicznej, usłyszycie ich tam wiele, jednak nie używają ich jako cytatów, jedynie jako punkt (dalekich) odniesień. Ich twórczość nie jest stylistycznym mash-upem, ani próbą gatunkowej rekonstrukcji, i co chyba najbardziej dla mnie istotne, kolejną próbą dekonstrukcji. Mamy bowiem do czynienia z formą kreacji, gdzie bagaż kulturowego doświadczenia (osłuchania) artystów pozwolił im poszukiwać na tym fundamencie czegoś nowego i odbyć udany eksperyment emancypacji poza gatunkowe narracje. Jestem świadomy faktu, że eksperymentalna muzyka elektroniczna, właściwie w każdym wydaniu jest próbą wykształcenia takiego indywidualnego języka. Co artysta to inna poetyka. Jednak w przypadku Fischerle, Drvg Cvltvre, Duy Geborda, Zaumne, czy Jakuba Lemiszewskiego eksperyment zostaje pozbawiony ciężaru, oraz przypadkowości  improwizacji. Poniższe nagrania posiadają indywidualny sznyt, oraz spójną filozofię brzmieniową i kompozycyjną, które nie są kwestią przypadku ale świadomie rozwijanego warsztatu.

Zadaję sobie pytanie, na jakich podstawach wysuwam tak profetyczne wnioski? Poza intuicją, jest to przede wszystkim dyskomfort jaki napotkałem przy pierwszych odsłuchach nagrań, znanych mi skądinąd artystów. Dyskomfort niewynikający bynajmniej z ciężkiej, czy wymagającej materii muzyki, ale z tego, że przesłuchując ją nie umiałem wstawić żadnego z tych nagrań w znane mi dotąd gatunkowe ramy. O co tu chodzi, dlaczego to nie pasuje, do żadnych z setek klisz, które już zdążyły zadomowić się u mnie w głowie? Przy kolejnych odsłuchach repertuar zaczynał mnie coraz mocniej fascynować, co jednak nie zmniejszyło dyskomfortu związanego z niesatysfakcjonującymi próbami ich nazwania, sklasyfikowania (nawet na potrzeby własne). I dopiero kiedy zacząłem z autentyczną pasją zasłuchiwać się w materiale, dostrzegłem, że mam do czynienia z czymś absolutnie unikalnym, wobec czego czuję się w pewien sposób bezradny. Muszę jednak wyznać, że taka bezradność w połączeniu z estetyczną fascynacją, to to na co będąc fanatykiem muzyki zawsze czekam z wytęsknieniem. Jestem przekonany, że swojego zachwytu nie jestem w stanie tak przekazać, aby oddać esencję opisywanych wydawnictw, bo jak wspomniałem zabrakło mi do tego narzędzi. Ale koniecznie namawiam was do odsłuchu. Są bowiem wśród was pewnie lepiej osłuchani i posiadający bardziej wyważone emocje, którzy z pewnością będą potrafili zweryfikować moje sądy. Jeśli chodzi o mnie to jestem zachwycony i tej ekscytacji nikt mi już nie odbierze.


FISCHERLE „Beard & Parachute” / 2018 / Pointless Geometry

Mateusz Wysocki dał się poznać jako artysta lubujący się w eklektycznych woltach gatunkowych. Słuchowiska, elektroakustyczne eksperymenty, dub techno, nagrania terenowe, to tylko część z jego estetycznych wycieczek. Jeśli z którejś z wymienionych estetyk najbliżej do „Beard & Parachute” to z pewnością jest to dub, który pulsuje w kilku kompozycjach. Mimo wszystko nie jest to ta sama stylistyka, którą możemy spotkać choćby w nagraniach duetu Mech współtworzonego z Michałem Wysockim. Na „Beard & Parachute” dub jest bliżej korzenia gatunkowego, elastyczny, rozedrgany, jamajski. Jednak to właściwie jedyny symptom gatunkowych naleciałości jeśli chodzi o repertuar zgromadzony na kasecie Fischerle. Aby opisać resztę trzeba brodzić po omacku. Sample żywej perkusji, powolne tempa, jazzowe fluidy, brzmienie bliskie lo-fi, ale pozbawione obskury, oraz bogata warstwa melodyczna. Gęsta materia dźwięków, tropikalna temperatura, surrealistyczne melodie; gdybym miał szukać jakiś pokrewieństw do muzyki Wysockiego, to znalazłbym je paradoksalnie bardzo niedaleko; w nagraniach Naphty, Lutto Lento, czy Maćka Maciągowskiego, czyli twórców równie osobliwych. Najlepiej o muzyce Fischerlego opowiada jednak grafika kasety, utrzymana w estetyce okładek vhs do filmów kategorii B; pełna egzotycznych dziwadeł i emanujących neonowym światłem dziwolągów. Owa okładka, autorstwa Darka Pietraszewskiego skierowała mój trop w stronę opowiadań Lovecrafta, a dalej do ... „Rodziny Adamsów”. Zresztą coś musi być na rzeczy, bo wypłowiały mrok i surrealistyczny, wisielczy humor emanują z nagrań Fischerle, czego najlepszy przykład stanowi utwór „Comb Among Thieves”. „Beard & Parachute” jest materiałem niezwykle plastycznym i narracyjnym. Nie będzie zatem stawiać oporów słuchaczowi eksperymentalnym zadęciem. Intrygująco zapowiadają się również dwa inne wydawnictwa Wysockiego, które w nadchodzących tygodniach będą miały swoją premierę; Mech w Pawlaczu Perskim i nowy projekt Ifs tworzony wraz z Krzysztofem Ostrowskim z kolektywu Soundscape Mirror, a który zostanie wydany w portugalskim labelu Crónica.

 
DRVG CVLTVRE „Everybody Cares Now” / 2018 / Pointless Geometry

Drugie ze styczniowych wydawnictw Pointless Geometry, sygnowane nazwą Drvg Cvltvre zostało zrealizowane przez Vincenta Koremana założyciela holenderskiego wydawnictwa New York Haunted. Mocny, mechaniczny rytm, twarde analogowe brzmienia, dystopijna atmosfera to estetyka diametralnie różna od propozycji Fischerle, choć równie hybrydyczna i osobliwa. Połączyć ze sobą w ciekawy i płynny sposób regularny rytm, z połamanymi junglowymi wstawkami, to zadanie karkołomne i nie znam wielu udanych połączeń tego typu. Drvg Cvltvre sięga po tego typu przejścia („Dead Stock”), rozbijając nimi monotonność regularnej narracji, i trzeba przyznać, że w jego nagraniach ten element wypada całkiem przekonująco. Na „Everybody Cares Now” mamy do czynienia z revivalem undergroundowych nurtów z lat 90tych (techno, acid, breakbeat, electro, ebm, industrial) które artysta adaptuje na nowo. Ma do tego mocną legitymację weterana elektronicznej sceny, który po brzmienia wyżej wymienione sięgał m.in w solowym projekcie Ra-X z początków erupcji rave'u w Europie trzydzieści lat temu. „Everybody Cares Now” w mojej opinii wypada najciekawiej („Killscreen”; „Destablization”, „Digital Ascension”) w momentach najbardziej skumulowanych i punkowych (Koreman grał niegdyś na gitarze w garażowych kapelach), gdzie analogowe brzmienie automatów perkusyjnych łączą się, z brudnymi acidowymi arpeggiami i metalicznymi dźwiękami, gęstniejąc w transowej kulminacji.



DUY GEBORD „ʤ” / 2018 / Pointless Geometry

Muzyka Radka Sirko zawsze wybrzmiewała gdzieś pomiędzy gatunkami i nie inaczej jest w przypadku materiału nagranego dla Pointless Geometry. To jednak zdecydowanie najlepszy i najciekawszy, a przy tym paradoksalnie najlżejszy rilis na koncie tego artysty. Tym razem Gebord zdecydował się odchudzić swą eksperymentalną twórczość z okresu ‚Mildew”, czy „Kelp”, nadając narracji transparentną formę. Sprzyja temu regularna rytmika, która staje się osią całej dźwiękowej struktury. Na nią nakładane są atmosferyczne zewy, ale także gruba warstwa glitchowej rdzy, warstwy pogłosów, generujące przestery efekty i noiseowe akcenty. U Sirko dokonuje się emancypacja regularnych, tanecznych taktów w elektroniczną impresję, będącą antytezą parkietowego klimatu i użytkowości tkwiącej w muzyce tanecznej. Jakby na przekór tym słowom w repertuarze pojawia się antyprzebojowy „Hating All Music” (o jakże deklaratywnym tytule) z wpadającą w ucho dźwięczną melodią, ascetycznym bitem zepchniętym w tło, szklistymi arpeggiami i strzelistym pogłosem. „ʤ” zaskakuje brakiem stylistycznych ram, oraz wyobraźnią twórcy, potrafiącego konstruować tak osobliwe i wciągające struktury. Materiał nie jest obciążony eksperymentalnym nadmiarem, który często był obecny we wcześniejszych nagraniach Geborda. To zjawiskowa i niezwykle intrygująca post-gatunkowa mutacja, odtrutka na generyczną elektronikę, całkowicie słuchalna nawet dla tych mniej wtajemniczonych.


 
ZAUMNE „\(´O`)/” / 2017 / Magia

W funkcjonującym na rubieży nisz, mikro labelu Magia od dłuższego czasu dzieją się rzeczy, które poszerzają wyobrażenie o tym jak może wyglądać współczesna emancypacja elektroniki poza gatunkowe ograniczenia i kulturowy resentyment. To w Magii swój znakomity album wydał w ubiegłym roku Jakub Lemiszewski, to tam w wąskiej społeczność niszowych artystów powstaje muzyka „naszych czasów”. Zainspirowany cyfrową, post-internetową rzeczywistością repertuar celnie oddaje obraz sieciowej egzystencji, której towarzyszy nadmiar bodźców, redukcja treści, porozumiewanie sprowadzone do formy obrazkowej (vide tytuł kasety), relatywność opinii, zatracenie w post-ironii. Być może jedynie w tak niszowych miejscach jak label Magia, muzyka przytomnie nawiązuje kontakt z rzeczywistością mówiąc jej językiem. Epka Zaumne, to w zasadzie jeden autorski track zremiksowany dalej przez ehh hahah, Micromelancolie, ETERNAL WOLF, oraz Mchy i Porosty. Na dobrą sprawę mamy do czynienia z muzyką elektroniczną, której słuchanie nie nasuwa prostych inklinacji gatunkowych. Nazwać to ambientem ze względu na nikłą obecność rytmiki, eteryczne plamy i kontemplacyjny nastrój byłoby pójściem na skróty. Zatem muzyka relaksacyjna dla przyklejonych do wszelkiej maści interfejsów (odgłos klawiatury stanowi lejtmotyw nagrań)? Czy raczej wyrażająca zmęczenie nieustanną aktualizacją statusów i odświeżaniem newsfeedów? Muzyka z Magii i jej funkcjonowanie pod pozorem memicznej, tumblrowej ekspresji intrygująco komentuje przeniesioną do sieci rzeczywistość, pobudzając słuchaczy do wytężonej refleksji.



JAKUB LEMISZEWSKI „Bubblegum New Age” / 2018 / Trzy Szóstki

Jakub Lemiszewski jest autorem mojej ulubionej płyty 2017 roku. Po nowym wydawnictwie wcale nie oczekiwałem że zdyskontuje sukces poprzednika. Lemiszewski bardzo rozsądnie robi unik odchodząc od footworkowej estetyki, dryfując w stronę tylko sobie znanych elektronicznych odjazdów. Tytuł sugeruje gatunkową mieszankę new age z bubblegum bass, jednak nie sugerowałbym się nim zbytnio. Dynamika nowego materiału jest stonowana i wyciszona, perkusjonalia pulsują w tle, nie zajmując tym razem pierwszoplanowego miejsca. W głównej roli objawiają się osobliwe arpeggia, kosmiczne plamy, basowe chmury, prześwietlane świetlistymi syntezatorowymi snopami. Muzyk interesująco operuje planami i głębią, a przy tym zmyślnie rozrzuca poszczególne ścieżki między kanałami. Proponuje również przestronne i bardziej rozbudowane brzmienie niż na „2017 [Nielegal]”. Bubblegum New Age” ukazuje potencjał kompozycyjny Lemiszewskiego, który z tarczą wychodzi z kolejnej realizacji, nie schlebiając przy tym gustom i nie idąc na żadne artystyczne kompromisy. Z nagrania na nagranie rozwija swą unikalną ekspresję, zaskakując wyobraźnią i brakiem podatności na wpływy stylistyczne,. Pozwala mu to tworzyć muzykę nowoczesną, energetyczną i wymykającą się gatunkowym klasyfikacjom. Unikat!

Footwork raport 2018 / Wywiad z Pawłem (Paide) Dunajko / vol. 1 - polski footwork

0
0




Polski footwork / juke jest zjawiskiem, które pomimo niszowośći i stosunkowo nielicznej sceny nie daje o sobie zapomnieć. Ubiegły rok obfitował w szereg wartych zapamiętania wydarzeń. Zaliczyć do nich można; szeroki odbiór i entuzjastyczne przyjęcie płyty Lemiszewskiego „2017 [nielegal]”; pojawienie się w katalogu outlines uznanych postaci międzynarodowej sceny footwork (CRZKNY, Skip Club Orchestra) i elektroniki (Aylu, AGF). Również w Polish Juke ukazały się markowe rilisy z zagranicy (K. Locke, Surly) oraz nagrane przez krajowych filarów (COMOC, Lux Familiar). Wspomniana epka Surly'ego „Trip to Warsaw” znalazła się na liście najlepszych nowozelandzkich wydawnictw 2017 w serwisie Beehype i w tym roku zostanie wznowiona na winylu w kooperacji z labelem Astigmatic (EABS, Bitamina). Pojawiły się niestety również informacje o zakończeniu działalności Polish Juke, choć w kontekście wznowienia wspomnianej epki, miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. Również w 2017 piąte urodziny świętowało wydawnictwo Sequel One. W marcu tego roku ma ukazać się w Pawlaczu Perskim kompilacja, na której z footworkowym tempem 160 BPM zmierzą się producenci do tej pory nie nagrywający w tym stylu. Można zatem liczyć na dalszy rozkwit eksperymentalnego oblicza tej estetyki, co przewiduje mój rozmówca Paweł (Paide) Dunajkopromotor muzyki elektronicznej, producent, DJ, założyciel labelu outlines, oraz człowiek odpowiedzialny za przeszczepienie footworku na rodzimy grunt. Zapraszam na pierwszą część rozmowy z Pawłem, w której opowie on historii i dokonaniach polskiej sceny footwork / juke, oraz o przyszłości tego gatunku w naszym kraju. W kolejnej zaś przybliży działalność swojego labelu outlines.

Paweł (Paide) Dunajko - promotor muzyki elektronicznej, producent, DJ,
założyciel labelu 
outlines. (foto: Marek Maziarz)
Jak wyglądały początki footworku w Polsce? 

Paweł Dunajko - Musimy cofnąć się prawie o dekadę wstecz, do roku 2010. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem tę muzykę za sprawą footworkowych wydawnictw Planet Mu (DJ Nate, DJ Rock, kompilacje Bangs & Works). Była to miłość od pierwszego odsłuchu, pogłębiająca się z każdym nowym odkryciem i pozyskaną informacją na temat tej kultury.

W tamtym czasie prowadziłem regularne audycje Bass Me In w radio-alternatorze, gdzie prezentowalem szeroko pojętą muzykę taneczną. Po odkryciu footworka bardzo szybko nawiązałem kontakt z producentami z Chicago i puszczałem ich muzykę w swoich audycjach. W tym czasie Myspace właśnie kończyło żywot, a Soundcloud i Facebook dopiero zaczynały się popularyzować. Można powiedzieć, że dokonywała się komunikacyjna transformacja przybliżająca sobie artystów, promotorów i słuchaczy na niespotykaną wcześniej skalę. Znajdując footwork, miałem poczucie odkrywania czegoś nowego dla siebie, ale również chciałem się tym znaleziskiem z innymi podzielić, zwłaszcza że wtedy w Polsce poza mną footworka nikt nie promował.

Jednym z kanałów promocji moich audycji w Polsce było dubstepforum.pl. Wspominam o tym, ponieważ to właśnie tam część społeczności forum dubstepowego przyswajała sobie footworki z audycji Bass Me In, i to właśnie w wyniku wzajemnej wymiany idei i zafascynowania tym gatunkiem powstał pierwszy polski numer w tempie 160 bpm. Jego twórcą jest K.R. Ufo z szamotulskiej ekipy Ghostmental. Wyprodukował go w 2012 roku.


  
Na jakim etapie rozwoju sceny jesteśmy teraz? Jaka jest jej kondycja i najciekawsze inicjatywy?

PD - Po prawie ośmiu latach robienia w footworku, mogę powiedzieć, że pierwszą falę zainteresowania tą kulturą w Polsce mamy już za sobą. Był to okres odkrywania gatunku muzycznego i jego chicagowskich przedstawicieli, którzy przez wiele lat byli jedynie lokalną atrakcją. W tamtym czasie mogło to być odbierane jako coś świeżego, nowego i wielu polskich producentów za tym impulsem podążyło. Wyrazem tej energii było powołanie do życia w 2013 roku Polish Juke, miejsca w sieci będącego odpowiedzią na potrzebę posiadania pewnej lokalnej narracji, reprezentującej grono osób mających wspólną pasję i ideę, z którą można się było identyfikować. To już nie byłem tylko ja, promujący producentów footworkowych z całego świata. Wydana w Polish Juke kompilacja Ghost Traxx pokazała, że w Polsce posiadaliśmy duży potencjał i sporą grupę zaangażowanych w footwork ludzi – producentów i promotorów. Od tamtego czasu w katalogu Polish Juke przybyło wiele nowych rilisów, za sprawą których trzon reprezentantów Polish Juke się wykrystalizował. Mamy więc Comoca, Rhythm Baboona i Luxa Familiara. Oprócz nich jest też Symbiotic Sounds (choć bardziej kojarzony z labelem Sequel One Records, za który jest współodpowiedzialny), postać bardzo ważna dla naszej sceny – jego produkcje były promowane przez DJ’a Rashada, DJ’a Spinna i Addisona Groove’a. Powinniśmy też pamiętać o działalności U Know Me, którzy odpowiadają za wyprodukowanie pierwszego polskiego winyla footworkowego (Rhythm Baboon – The Lizard King) i regularnie promują ten gatunek w swoich audycjach radiowych.

Teraz zaś do głosu dochodzą producenci i promotorzy, którzy nie wywodzą się w prostej linii z kliki Polish Juke’owej i są to osoby próbujące interpretować footwork na swój własny sposób, dzięki czemu są pozbawione gatunkowego ciężaru i jego tradycji, które mogłyby ich ograniczać. Świetnym przykładem może być tutaj Jakub Lemiszewski ze swoim „nielegalem”, albo Mikołaj Tkacz i jego, póki co, footworkowy „projekt” Wszystko, label Magia, albo reprezentant wrocławskiego Regime’u Baby Meelo.

W obiegowych opiniach spotkać się można ze stwierdzeniem, że polska scena footwork / juke to jeden z najważniejszych ośrodków na świecie, oczywiście poza chicagowskim matecznikiem. Skąd wzięły się takie opinie? Na czym polega unikalność i rozpoznawalność polskiego footworku za granicą?

PD - W dużej mierze ma to związek z działalnością Polish Juke, w której od samego początku, oprócz promowania rodzimych producentów, równie ważnym celem było przybliżanie słuchaczom tej kultury w całej jej rozciągłości. Pokazywanie jej historii, promowanie innych ekip footworkowych i ich przedstawicieli, pozostawanie w bliskich relacjach ze światową społecznością footworkową. Konsekwentne budowanie marki przełożyło się na wyrobienie o naszej scenie takiej opinii. Poza tym kiedy powstawało Polish Juke, poza Chicago, Japonią i Francją, na świecie nie było podobnej inicjatywy. W tej chwili liczba footworkowych kolektywów znacząco wzrosła i działa na podobnym, a miejscami nawet lepszym, poziomie niż Polish Juke, co w moim odczuciu zdezaktualizowało już tę opinię o naszej „wyjątkowości”.

Czy podejście awangardowe i eksperymentalne (outlines, Lemiszewski) napędza ten gatunek w Polsce i jest wyróżnikiem tej sceny na świecie?

PD - Wydaje mi się, że póki co są to bardziej jednostkowe przykłady w kontekście ogólnych trendów panujących w naszym kraju (za sprawą Polish Juke czy Sequel One) i na świecie. Niemniej takie poszukiwania nowych rozwiązań się dokonują, choć tutaj głównie za sprawą artystów zagranicznych: przedstawicieli algowave, Rennicka Bella, Second Woman, Lee Gamble’a, Aylu, Foodmana, czy Jlin. Niewykluczone jednak, że za jakiś czas i w naszym kraju nastąpi mocniejszy impuls do rozwoju. Mam nadzieję, że druga części kompilacji „doubts”, którą składam razem z Mateuszem Wysockim, okaże się alternatywną propozycją dla Polish Juke’owej i Sequelowej tendencji. Do współpracy i eksperymentów nad footworkiem i tempem 160 bpm zaprosiliśmy rodzimych artystów całkowicie nie związanych z polskim paradygmatem footworkowym.


(foto: archiwum Pawła Dunajko)

Oprócz muzyki, footwork / juke to też kultura taneczna, jak wygląda to zjawisko w Polsce pod tym względem?

PD - Kultura taneczna ma się słabo. Poza dwoma albo trzema warsztatami footworkowymi w Polsce z udziałem Kinga Charlesa, na przestrzeni ostatnich kilku lat niewiele się w tej materii wydarzyło. Jedynymi tancerzami/footworkerami (wywodzącymi się ze środowiska house’owego) są Burza i Tarniu. Jednak z racji ograniczonego dostępu do zajęć z footworkerami brakuje im możliwości rozwoju swoich umiejętności. Niemniej kilkoma sukcesami możemy się pochwalić. Udało się nam nagrać pierwszy (i jak do tej pory jedyny) w historii polski klip footworkowy. Zaś razem z RP Boo (twórcą muzyki footwork) zorganizowałem występ Burzy i Tarnia razem z RP na scenie, w Hotelu Forum w trakcie chyba jednej z najlepszych edycji Unsoundu w 2015 roku – Surprise.

Jak sprawdza się footwork w polskich klubach?

PD - Odpowiem mało obiektywnie, ale dla mnie sprawdza się on idealnie:) Jest energetyczny, posiada chwytliwe momenty dzięki odpowiednio dobranym samplom, a za sprawą właściwie podanego seta potrafi rozgrzać najbardziej wybredną publiczność. Jednak, wchodząc w bardziej obiektywny ton, muszę stwierdzić, że imprezy stricte footworkowe w Polsce nigdy się w pełni nie przyjęły. Zwykle footwork jest uzupełnieniem bardziej zróżnicowanego repertuaru, ale impreza tylko i wyłącznie w tym stylu jest raczej rzadko spotykana (ostatnie takie wydarzenie, w wymiarze epickim, miało miejsce dwa lata temu podczas Unsoundu, kiedy razem z Jakubem Lemiszewskim, Foodmanem, Traxmanem, DJ’em Fulltono, DJ’em Earlem i footworkerami TMO i Tre przejęliśmy Room 2 Hotelu Forum). Inna sprawa, że brakuje w Polsce tzw. fanbase, która regularnie mogłaby zasilać takie imprezy w klubach, co sprawia, że bardziej odważne bookingi są dla promotorów niezwykle ryzykowne.

Jak postępuje popularyzacja footworku w Polsce? Jakie jest zainteresowanie? Jak ludzie odbierają ten gatunek?

PD
- Pamiętam jak kilka lat temu byłem na afterparty wernisażu przeglądu wrocławskiej sztuki podczas festiwalu Survival. Grał tam sobie pewien DJ. Jego selekta mogła budzić wiele zastrzeżeń, bo większość jego wyborów skierowana była do szerszej grupy odbiorców, aż tu nagle Pan DJ zagrał kawałek „Mam tak samo” Symbiotic Soundsa, który został bardzo dobrze przez bawiącą się publikę przyjęty. Wtedy pomyślałem sobie, że footwork jest już w naszym kraju rozpoznawalny:) Jeśli zaś chodzi o popularyzację zakrojoną na szeroką skalę i wymierzoną w everymana, to brakuje jakiejś przemyślanej strategii, działań mogących zwrócić na siebie uwagę większej grupy odbiorców. Sprowadza się to głównie do tego, że najważniejsze polskie inicjatywy footworkowe ograniczają się do rozwiązań wykorzystujących głównie internet i Facebooka, ale nic ponad to.

Jaka jest przyszłość gatunku na rodzimej scenie?

PD - Uważam, że najwięcej w tej chwili mogą namieszać producenci, którzy dopiero będą wkraczać na ścieżkę 160bpm’ów. Im luźniejsze podejście do gatunku i łatwość w przełamywaniu schematów, tym ciekawsze efekty mogą osiągnąć. Świadomie pozwalam sobie tutaj na pewną ogólność i nie będę wskazywał bezpośrednio na konkretnych producentów. Rok 2018 może pokazać całkowicie zaskakującą i nową odsłonę footworka na naszej rodzimej scenie. Jeśli zaś chodzi o ekipy takie jak Sequel One albo Polish Juke, to będą one zbierać owoce swojej wytężonej i wieloletniej pracy, ale na jakieś rewolucyjne i przełomowe działania z ich strony raczej bym nie liczył.


Footwork Raport 2018 / Wywiad z Pawłem (Paide) Dunajko / vol. 2 - outlines

0
0

W pierwszej części Footwork Raport 2018 Paweł (Paide) Dunajko opowiadał o historii i aktualnej kondycji rodzimej sceny footwork / juke. W tej części rozmowy opowie o działalności swojego labelu outlines, w którym od 2016 ukazuje się awangardowa elektronika inspirowana footworkiem i tempem 160 BPM. Jak dowiecie się z rozmowy inicjatywę Pawła cechuje niesłychana spójność koncepcji i imponująca dyscyplina formalna. Na koniec zaś czeka na was krótki opis (mojego autorstwa) dotychczasowych wydawnictw z katalogu outlines.

Porozmawiajmy teraz o twojej inicjatywie outlines. Już nazwa twojego labelu mówi wiele o charakterze wydawanej w niej muzyki. Czy zechciałbyś scharakteryzować, jaka idea przyświeca outlines?

PD - outlines zrodziło się z potrzeby poszukiwania nowych rozwiązań dla mnie jako promotora i wydawcy footworka. Punktem wyjścia stało się pytanie, czy footwork można zredukować do kilku podstawowych warstw, które zapętlone mogłyby płynąć niezmiennie w nieskończoność. Ważnym źródłem inspiracji dla tej metody oraz wyboru nazwy dla serii była płyta „Klick” Thomasa Brinkmanna, który nacinając rowki płyt winylowych, stworzył endless groove’y stanowiące główną oś dla swoich utworów. Dzięki temu zabiegowi poszczególne groove’y z serii i kliki z płyty Brinkmanna można odbierać jako struktury niepełne, które potencjalnie dopiero mogą stworzyć coś większego i bardziej konkretnego, ale równocześnie są już formami domkniętymi. Integralnym uzupełnieniem muzyki w outlines jest oprawa graficzna i współpraca z Iwoną Jarosz. Iwona idealnie oddaje zredukowany i jednocześnie dynamiczny charakter groove’ów swoimi projektami okładek.

Jak ten stosunkowo progresywny gatunek sprawdza się na kasecie magnetofonowej. Czy taśma uwypukla jakieś właściwości tej muzyki?

PD - No właśnie ten gatunek ze względu na swoją historię nie jest aż tak progresywny jakby się mogło wydawać. Footwork jest być może ostatnim gatunkiem muzycznym powiązanym bezpośrednio z erą sprzed internetu, stąd gesty jego twórców są tak naturalne i szczere, bo pozbawione śladów cyfrowej estetyzacji i jej artefaktów. Z kolei taśma uwypukla pewien fakt z historii footworka, o którym już jakiś czas temu wspominałem przy okazji rozmowy z Krzyśkiem Kwiatkowskim. Chciałem w luźny sposób odwołać się do tradycji z początku lat 90. i czasu, kiedy najważniejsi DJ’e ghetto house’owi (protoplaści mającego się pojawić kilka lat później footworka) sprzedawali na kasetach miksy ze swoimi (ale nie tylko) numerami na kolorowych kasetach. W zasadzie, poza imprezami i audycjami w radiu, tylko za sprawą tego nośnika można było usłyszeć swoich ulubionych producentów i ich najnowsze numery. Innym ważnym dla mnie aspektem, dla którego zdecydowałem się na kasety, jest starzenie się nośnika, skazanego na zużywanie się, dzięki czemu nagrana muzyka zmienia swoje brzmienie. Za sprawą „jednorazowego, które staje się powtarzalne”, możemy doświadczyć tej wyjątkowej i nieuchwytnej w długim procesie zmiany.

Wydawnictwa outlines są bardzo mocno zunifikowane. Począwszy od nośnika, przez liczbę tracków, określony czas kompozycji, a skończywszy na serii okładek. Skąd takie przywiązanie do formatu?

PD - Niewykluczone, że jest to pozostałość po moich wcześniejszych zainteresowaniach poezją konkretną, liberaturą, partyturami graficznymi i zamiłowaniu do łączenia różnych aspektów i mediów w jedną wielowątkową całość. Kaseta jest nośnikiem reprezentującym footworkową tradycję i przywołaniem analogowości lat 90., z kolei wybór długości utworów był próbą stworzenia kontinuum, w którym można by wydostać esencję powtarzalności z tej często gęstej, rozedrganej i chaotycznej muzyki. Klasyczne utwory footworkowe potrafiły być bardzo krótkie i trwać nawet kilkadziesiąt sekund.

Jeśli chodzi o repertuar, zdaje się, że również on jest mocno skonceptualizowany. Świadczy o tym choćby podział na cykle.

PD - Repertuar jest podyktowany chęcią poszukiwania nowych rozwiązań dla footworka i 160 BPMów. Ponieważ moje zainteresowania muzyczne wybiegają daleko poza Chicago i bardzo się różnicują, to chciałbym te moje fascynacje w outlines zaszczepić. Cykle są poniekąd wyrazem tego co mnie w muzyce inspiruje i próbą przeniesienia tego w footworkową przestrzeń. Jestem ogromnym fanem clicks n cuts, uwielbiam dub techno, awangardę, dźwiękowe rzeźby Marka Fella i SND, przedstawicieli algowave i wielu innych wciąż aktualizujących się wątków, które mam nadzieję uda mi się w outlines jakoś zapośredniczyć.

Jeden z cyklów jest zadedykowany kobietom nagrywającym footwork? outlines jest w Polsce chyba jedynym wydawnictwem muzycznym, które swoją działalnością wprowadza w życie parytet płci? Jednocześnie nie można zakwestionować wartości artystycznej, bo odnoszę wrażenie, że w 2017 to właśnie kobiety nadawały rozmachu temu gatunkowi? Przy okazji, czy w Polsce są dziewczyny nagrywające footwork / juke?

PD - Nie chciałbym dodtawiać do swojej serii jakiejś ideologii. Chciałem po prostu, na tyle na ile mogę, pomóc w promowaniu tzw. parytetu. Jednak życzyłbym sobie i nam wszystkim takich czasów, w których nie trzeba by aż tak wyraźnie akcentować danej cechy człowieka i moglibyśmy traktować takie działanie jako coś naturalnego; i tak też staram się moją decyzję postrzegać.

Faktycznie bardzo celnie zdiagnozowałeś to, co działo się w ubiegłym roku z footworkiem. Jlin i Jana Rush bardzo mocno odcisnęły swoje piętno na tym jak footwork, jako muzyka, jest obecnie odbierany na świecie. Jeśli prześledzimy historię footworka, to miejsce kobiet w jego rozwoju możemy ograniczyć w zasadzie tylko do tych dwóch producentek, ale i to się na szczęście powoli zmienia i pojawiają się kolejne kobiety (Aylu, Artfruit, Cuenique, Anna Morgan) i serie wydawnicze poświęcone footworkerkom (Femme Fusion).

Jeśli zaś chodzi o pytanie o kobiecy footwork z Polski, to dotychczas swoich sił w tym gatunku próbowała tylko øth, ale od dłuższego czasu nie widzę na jej soundcloudzie żadnych nowych produkcji.

Jak dobierasz artystów do katalogu outlines, jakim kluczem się kierujesz, jakie są genezy współpracy z poszczególnymi producentami i producentkami?


PD - Uwydatnia się tutaj mój zmysł do syntetyzowania różnych zjawisk. Niezależnie od tego, czy pracuję nad gościnnym podcastem, czy też staram się opisywać nowe dla mnie zjawiska muzyczne, zawsze towarzyszy temu pewne wrażenie formułujące się na poziomie ogólności, które z łatwością przypisuję czemuś konkretnemu. Dlatego wybór artystów często jest podyktowany pomysłem na serię, którą chciałbym w danej chwili wydać i tym, czy ich muzyka będzie pasować do tej idei. Chciałbym, aby te wybory były jak najmocniej oderwane od przyjętego schematu dotyczącego postrzegania footworka i tempa 160 bpm. Dlatego staram się, aby zapraszani artyści albo mieli własną indywidualną wizję footworka, albo by potrafili ją w sobie wytworzyć.

Większość dotychczasowych artystów, których wydawałem, miałem przyjemność poznać osobiście. Z Fulltono, CRZKNY’ym i Skip Club’em spotkałem się podczas mojej wizyty w Japonii, w trakcie której odwiedziłem trzy miasta: Tokyo, Hiroshimę i Osakę. Podczas tej wyprawy spotkałem najważniejszych przedstawicieli japońskiej sceny footworkowej i zagrałem z nimi na dwóch imprezach w Tokyo i Osace. Z kolei AGF poznałem podczas wyjazdu na rezydencję na wyspę Hailuoto w ramach projektu Soccos, którym Agee dowodziła. Od tamtego czasu jesteśmy w stałym kontakcie. Niemniej sam pomysł na zaproszenie AGF do współpracy zrodził się w ubiegłym roku.

Plany outlines na 2018 to?

PD - ... kolejne serie i nowi artyści. Mam już w głowie pomysł na dwie z nich i artystów, z którymi chciałbym podjąć współpracę. W międzyczasie finalizuję ostatnią część kobiecej serii groove’a numer 6 z Janą Rush.


przegląd dyskografii outlines wg. 1uchem/1okiem

seria 1



Pierwszą serię w katalogu wrocławskiej oficyny stanowią trzej przedstawiciele japońskiej sceny footworku. Inaugurujący działalność groove 1 doskonale odzwierciedla koncepcję repertuarową labelu, o której wspominał Dunajko; redukcji, repetycji i surowej dynamiki. W przypadku D.J. Fulltono, mamy zatem do czynienia z dwoma dziewięciominutowymi ridimami, o głębokiej basowej podstawie brzmieniowej, minimalistycznej rytmice, przejrzystej architekturze rytmicznej i repetycyjnej, transowej formie. Proste i korzenne zarazem. Groove 2 autorstwa CRZKNY rozwija tę  ascetyczną rytmiczną warstwę wzbogacając ją o zewy, pogłosy, barwy syntezatora i nieliczne tekstury. Całość wydaje się zdecydowanie bardzie frenetyczna i gęsta. Dramaturgia wiedzie te kompozycje wprost do kulminacji, przez co groove 2 sprawdzi się dobrze na parkiecie. Groove 3 w wykonaniu Skip Club Orchestra to pozycja bardziej atmosferyczna, zanurzona głęboko w dubie i przepasana ambientowymi wstęgami. Zagęszczone perkusjonalia o delikatnym, miękkim brzmieniu tkają zwiewną ażurową teksturę wzmacniając kontemplacyjny wymiar nagrania.
 
seria 2



Drugą serię inauguruje argentyńska producentka Aylu. Groove 4 jest dalekim odejściem poza footworkowe ramy, a zarazem błyskotliwą i pełną surrealistycznej fantazji realizacją zainspirowaną tempem 160 BPM. Zamiast masywnych basów, usłyszymy retro arpeggia, zamiast perkusji odgłosy piłeczek ping - pongowych, zamiast synkopujących rytmów, pojedyncze uderzenia i samplowane afrykańskie perkusjonalia. Rwana narracja i zabawa dźwiękiem, elektroakustyka i ornamentujące perkusjonalia, jazzujące wstawki i odzwierzęce odgłosy. Aylu ujmuje radosnym i bezpretensjonalnym podejściem do awangardy, wywołującej uśmiech na twarzy słuchacza. Za groove 5 odpowiedzialna jest AGF jedna z najważniejszych artystek elektronicznych, obecna na eksperymentalnej scenie od początku pierwszej dekady XXI wieku. Niemiecka producentka, proponuje interpretację footworkowej formy zbliżoną wyrazem do nagrań D.J. Fulltono i CRZKNY z pierwszej serii. Punktem wyjścia groove 5 wydaje się być estetyka techno, ciężka i surowa, z wpływami brzmień industrialnych. Brutalistyczne produkcje zostają mocno osadzone w tektonicznym basie poruszając się mozolnym ruchem. Serię zamykać będzie Jana Rush, która podbiła serca nie tylko fanów footworku  ubiegłorocznym albumem „Pariah”. Będzie to zarazem pierwsze wydawnictwo w katalogu outlines, za które odpowiedzialny jest twórca pochodzący z matecznika gatunku - Chicago. Premiera kasety planowana jest na maj 2018.

Film bez obrazów / Rafał Kołacki + Mirt

0
0

Przełom roku przyniósł dwa udane wydawnictwa field recordingowe, w postaci płyt Rafała Kołackiego i Tomka Mirta. Słuchanie tych nagrań w środku polskiej zimy jest wręcz surrealistycznym przeżyciem. Zwłaszcza, kiedy czekasz na przystanku przestępując z zimna z nogi na nogę, a w słuchawkach słyszysz plemienne zaśpiewy z Addis Abeby, czy ptasie trele z Nagarkot. Za sprawą pasji obu autorów i ich subtelności opowiadania wystarczy przymknąć oczy by odbyć podróż do innego świata.

Nagrania terenowe to dziedzina, której do tej pory nie poświęcałem na blogu szczególnie wiele uwagi. Stosunkowo dużo też jej dotąd nie słuchałem, przynajmniej jeśli chodzi o wydawnictwa w całości prezentujące krajobraz dźwiękowy danego miejsca. Jednak jak chyba żadna z dyscyplin muzycznych field recording inspiruje mnie do rozważań dotyczących jego wieloaspektowej istoty.  Stąd też z wytęsknieniem i dużymi nadziejami oczekuję książki „Nagrania terenowe” Filipa Szałaska, licząc na wnikliwe potraktowanie przez autora tematu i wzbogacenie go o nowe konteksty.

Niewiele już chyba na ziemi miejsc nieskalanych cywilizacją, uchowały się natomiast jeszcze te, gdzie lokalność wciąż opiera się postępującej globalizacji. To miejsca, w którym kultura lokalna jest tkanką żywą, na co dzień towarzyszącą egzystencji mieszkańców. W dużej mierze są to lokalizacje zamieszkałe przez społeczności głęboko wierzące, w których praktyka religijna jest głównym nośnikiem tradycji. Do takich miejsc trafili Rafał Kołacki i Tomek Mirt, i sportretowali je z niesłychaną wrażliwością.

Zarówno w „ A'zan. Hearing Ethiopia” Kołackiego, jak i w „Songs and Prayers from the Kathmandu Valley” Mirta, w centrum zainteresowania są ludzie. Zarówno jako społeczności jak i jednostki. Obaj autorzy nagrań płynie przemieszczają się miedzy audiosferą publiczną i prywatną; między zgiełkiem a wyciszeniem; także miedzy cywilizacją a folklorem. Stąd obecne w nagraniach zarówno miejski gwar, wrzask targowiska, unoszące się ponad ulicami modlitwy, obrzędowe zaśpiewy, występy lokalnych artystów, jak i intymny nastrój domowej krzątaniny, czy pełne wytchnienia odgłosy podwórek i przedmieść. Niezwykle istotną rolę zajmuje również lokalna muzyka, najczęściej emitowana z głośników, będąca tłem towarzyskich spotkań i modlitw. Kołacki w didaskaliach towarzyszącym płycie wspomina że; „Etiopczycy są narodem bardzo dumnym, również ze swojej kultury dźwiękowej. Pielęgnują swoje tradycje muzyczne na różnych szczeblach aktywności. Dlatego nie spotkamy tu muzyki znanej ze światowych list przebojów, słucha się przede wszystkim etiopskich wykonawców”. W tym kontekście Addis Abeba mocniej opiera się zachodnim wpływom muzycznym, niż Nepal z nagrań Mirta, gdzie często słyszymy regularne taneczne bity.

W przypadku Kołackiego rejestracja ma charakter dokumentalny i etnomuzykologiczny. Autora mniej interesuje natura bardziej zaś lokalna kultura i religia obecna tu niemal na każdym kroku. Kołacki wchodzi miedzy autochtonów aby zarejestrować ich rozśpiewaną, niezwykle muzyczną ekspresję. W całości nagrywa i emituje pieśni etiopskich artystów zarówno świeckie, jak i religijne. Mirt z kolei zdaje się nasłuchiwać. W jego nagraniach słychać dystans, chęć pozostania w ukryciu i nieingerowania swoją obecnością w zachowanie tubylców i audiosferę. Przyciąga go również muzyczność natury, w której zdaje się poszukiwać rytmu i tekstury (choć wrażenie to jest wyraźniejsze na jego wcześniejszych płytach z katalogu saamleng). Równie często inspiruje Mirta dźwiękowy detal, którego audialną obecność stara się w skupieniu kontemplować. Audiosfera jego nagrań zyskuje przez to niezwykłą nastrojowość, a dramaturgia wydarzeń toczy się niezwykle subtelnie. Obu autorom zależy jednak przede wszystkim na uchwyceniu duchowości, stanowiącej integralną część krajobrazu dźwiękowego tamtejszych społeczności.

Jaka jest zatem Addis Abeba i Nepal widziane oczami i słyszane uszami autorów. Nagrania uchwycają niezwykły... koloryt obu miejsc. Wydają się przepełnione folklorem, tradycją i religią. W obu relacjach zarówno Etiopia, jak i Nepal sprawiają wrażenie raju na ziemi. Krajobraz dźwiękowy pozbawiony jest jakiegokolwiek ciężaru, gwałtowności, czy cywilizacyjnego pośpiechu. Chwilami przypomina widokówkę z folderu biura turystycznego. W przypadku płyty Rafała Kołackiego owa łagodność płynąca z nagrań napotyka jednak na pewien dysonans, którym jest okładka albumu, a konkretniej rzecz ujmując zdjęcia na niej zamieszczone. Zaledwie kilka fotografii z Addis Abeby ukazuje surowość, biedę i chaos miejskiego krajobrazu. Nie epatują nimi, choć czerń i biel uwypukla wrażenia, których próżno szukać w nagraniach. Z tekstu towarzyszącemu płycie można wywnioskować, że Kołacki skoncentrował się na ukazaniu stolicy Etiopii jako miejsca tolerancyjnego, gdzie religie żyją obok siebie w ekumenicznej wspólnocie, co też jasno wynika z nagrania. Skupiwszy się na materiale dźwiękowym autor być może przeoczył, że zdjęcia mające ilustrować nagranie zamiast harmonizować z jego treścią wprowadzają poznawczy dysonans. Można wręcz odczuć jakby to dwie osoby o różnej wrażliwości spoglądały na to samo miejsce, a ich relacje nie były w pełni kompatybilne i nie opowiadały tej samej historii. (Ale żeby było jasne, nie wpływa to przyjemności słuchania.) Podobnego problemu nie mam w przypadku płyty „Songs and Prayers from the Kathmandu Valley” Mirta, opatrzonej barwnymi, egzotycznymi fotografiami i takimi samymi nagraniami.

Oba wydawnictwa zostały doskonale zrealizowane. Ich słuchanie jest prawdziwą przyjemnością, pozwalającą coraz głębiej wnikać w świat przedstawiony. Zwłaszcza rejestracja Mirta, pod względem dźwiękowym wydaje się być chwilami aż hiperrealistyczna, ze względu na niezwykłą klarowność nagrań i soczyste, nasycone brzmienie.

Jednym z najbardziej intrygujących mnie zagadnień związanych z rejestracją krajobrazów dźwiękowych jest następujący paradoks. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ów fenomen zwracający nam uwagę na obecność dźwięku w świecie i mówiący o jego kulturowym znaczeniu, rykoszetem wzmacnia naszą wyobraźnię w i z u a l n ą. Słuchając terenowych rejestracji w pierwszej kolejności w i d z ę. Wizualizuję sobie obrazy, kadry, sceny, sekwencje obrazów. W tym kontekście rejestrator, którego warsztat wydaje się mieć więcej wspólnego ze sztukami wizualnymi i filmem, niż z muzyką, staje się operatorem i reżyserem w jednym. Kadry, ujęcia, plany, montaż, fabuła. Terenowe rejestracje zwłaszcza te z kręgu audioturystyki i etnomuzykologii, jak w przypadku nagrań obu autorów to gotowe fabuły; filmy bez obrazu. Obaj autorzy, skupiając się na audiosferze Addis Abeby i Nepalu za pomocą starannie wyselekcjonowanych nagrań prowokują wyobraźnię słuchacza. Dostarczany do mózgu dźwięk pobudza, naszą wiedzę i pamięć generując wizualną narrację, projekcję odbywającą się pod przymkniętymi powiekami. Im więcej detali tym bardziej sugestywna wydaje się wizualizacja. Kołacki i Mirt poświęcili dużo uwagi i wrażliwości, aby oddać esencję i tożsamość odwiedzanych miejsc. Dźwięk, po dźwięku i warstwa po warstwie. Pokazany przez nich świat wydaje się pełnokrwisty, autentyczny (w przypadku Mirta chwilami, wręcz hiperrealistyczny) i wielowymiarowy, choć przecież stanowi tylko wycinek rzeczywistości, arbitralnie skadrowany według prywatnych preferencji autorów. Field recording podobnie jak fotografia są bezradne w opowiadaniu prawdy o świecie. Widać to dobrze w przypadku płyty Kołackiego i dysonansu jaki powstaje między warstwą audialną i wizualną. W obu nagraniach tkwi jednak niezwykła ciekawość świata, oraz pragnienie uwiedzenia słuchacza nie tyle egzotyką, co samą opowieścią. Pozostaje słuchać i ulegać estetycznym fascynacjom.

 
RAFAŁ KOŁACKI „Ā’zan. Hearing Ethiopia” / 2017 / Zoharum
MIRT „Songs and Prayers from the Kathmandu Valley” / 2018 / saamleng

Trudności dojrzewania / Gruppo Di Construzione / Małe Instrumenty „Samoróbka II”

0
0

Małe Instrumenty urosły i dojrzały. Na nowym koncept albumie zespołu, próżno wypatrywać obecności dźwiękowych zabawek. Tym samym awangarda pozbawiona uroku i dystansu do samej siebie uległa pod ciężarem formalnego dogmatu.

Dojrzewanie i wchodzenie w dorosłość rozpoczęło się dość wcześnie, bo w okolicach 2013 roku, gdy Małe Instrumenty miały za sobą ledwie 7 lat działalności. Wejście w dorosłość wiązało się z rozwinięciem zdolności manualnych, technicznych i muzykologicznych potrzebnych do samodzielnego konstruowania instrumentów. Wraz z ukazaniem się albumu „Samoróbka”, któremu towarzyszył wspaniały album / podręcznik do samodzielnego konstruowania instrumentów, zespół poszerzył swoją działalność o pełnoprawny warsztat konstrukcyjny. W 2016 grupa ochotników - wynalazców, pod kierownictwem Pawła Romańczuka, spiritus movens całej idei, przystąpiła do prac nad prototypami nowych, własnego pomysłu, instrumentów. Owocem tych prac jest najnowsze wydawnictwo „Samoróbka II” sygnowane jako Gruppo Di Construzione / Małe Instrumenty, na którym wszystkie ów wynalazki mogły zaprezentować swój muzyczny potencjał.

Podobnie jak w przypadku pierwszej części, wydawnictwo zostało spektakularnie przygotowane. W tym przypadku oprawione w sklejkę, z wyciętą tarczą i wbudowanym klekoczącym mechanizmem. W środku znajdziemy 7 calowy winyl, płytę CD oraz album z fotografiami przedstawiającymi obiekty dźwiękowe, które posłużyły do nagrania „Samoróbki II”. Wśród nich znajdują się m.in.; obrotowa harfa, mechaniczny sequencer, elektryczna kalimba, modyfikowana piła, flażoletofon, wariacja na temat berimbau, harfa kołowa, ceownik, klarnet hydrauliczny, bębny sklejkowe i inne akustyczne, mechaniczne i elektro-akustyczne (zaopatrzone w rozmaite mechanizmy i silniczki) instrumenty. Zarówno ich koncepcja, jak i konstrukcja byłyby wyzwaniem dla niejednego młodego technika, może nawet i dla inżyniera. Oglądając wyestetyzowane fotografie obiektów dźwiękowych, nachodzi mnie refleksja, że oto samoróbkowe DIY, osiągnęło poziom pełnej rzemieślniczej profesjonalizacji. Małe Instrumenty porzuciły zabawki, na rzecz imponujących mechanicznych dźwiękowych rzeźb. Większość z nich to, jeśli się nie mylę, chordofony i idiofony; metaliczne, z elementami pcv i drewna. Na zdjęciach prezentują się dostojnie, ascetycznie i chłodno zarazem. Nie dojrzymy w nich samoróbkowych skaz, czy DIY-owej prowizorki. Z wyglądu przypominają mi bardziej konceptualne obiekty; pozostałości po łódzkich edycjach (1990, 1993) festiwalu sztuki „Konstrukcja w Procesie”, niż zabawki. No chyba, że jesteście inżynierami rozkochanymi w estetycznym minimalizmie i projektowej precyzji.

Chłodna i wyrafinowana jest również muzyka, wykonywana na tych dźwiękowych samoróbkach. Repertuar osadzony został na kanwie muzyki współczesnej z pełną reprezentacją awangardowych nurtów i estetyk; elektroakustyki, akuzmatyki, muzyki atonalnej, dronowej, czy konkretnej. Wytrawne i wyedukowane ucho wyłapać będzie w stanie zapewne bardziej subtelne proweniencje. Moje słyszy jeszcze fragmenty niejazzowej improwizacji, motywy repetytywne, czy nawiązanie do ascetycznej i kontemplacyjnej muzyki Arvo Pärta („Large Signals”). W pierwszej kolejności „Samoróbka II” odsyła mnie jednak w stronę Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia i taśmowych eksperymentów, tamtejszych tytanów awangardy Włodzimierza Kotońskiego i Bohdana Mazurka. SEPR jest zresztą stałym odniesieniem w dyskografii Małych Instrumentów, podobnie zresztą jak filmy i animacje eksperymentalne lat 60 i 70 ze Studia Miniatur Filmowych, czy łódzkiego Semafora. Wszak Ci sami kompozytorzy twórczo działali na obu frontach. Impresyjna i sugestywna muzyka Małych Instrumentów z „Samoróbki II ” znakomicie sprawdziłaby się jako ilustracja dźwiękowa do filmów Jana Lennicy, czy Ryszarda Czekały.

Gdy patrzę w przeszłość i przyglądam się dorastaniu Małych Instrumentów czuje się autentycznie onieśmielony, oczarowany, a nawet zdumiony. Gdy obcuję z wydawnictwami Pawła Romańczuka czuję jakbym dotykał jakiegoś niezmierzonego uniwersum, przepełnionego ogromem, oraz pięknem idei. Ogromem pozbawionym do tej pory wszelkiej pretensjonalności. Mam wrażenie obcowania ze sztuką totalną w swoim rozmachu (koncepcyjnym, technicznym, muzycznym), a jednocześnie autentycznie wzruszającą, szczerą, a w pewnym sensie nawet intymną. Pozostaję porażony potęga pasji i konsekwencją z jaką wcielana jest w życie.

„Samoróbka II” to kolejna pasjonująca inicjatywa, ale przy tym bodaj najbardziej hermetyczna ze wszystkich dotychczasowych realizacji Małych Instrumentów. Nie jest propozycją dla każdego, podobnie jak wiedza o konstruowaniu instrumentów i potrzebne do tego zdolności manualne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku idea przerosła treść. Czuję zachwyt nad pomysłem i jakością jego wykonania, lecz pozbawiona emocji muzyka wydaje mi się zwyczajnie obca. Podobnie jak wspomniane wcześniej rzeźby, będące pozostałością po "Konstrukcji w Procesie", które nie mogąc znaleźć zrozumienia i sympatii mieszkańców, przez lata walały się po mało reprezentatywnych skwerach Łodzi.

Wejście Małych Instrumentów w dorosłość pozbawiło je słyszalnej radości muzykowania, a wyrafinowana forma odjęła im dotychczasowego uroku. Na tym etapie to dorośli i wyedukowani eksperci, mówiący niezrozumiałym językiem i zachwycający się swą dystyngowaną prezencją.

Gruppo Di Construzione / Małe Instrumenty „Samoróbka II” / 2018 / (samowydanie)

Basy Tropikalne - wywiad z Mikołajem Kierskim

0
0

Na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy w muzyce klubowej wiodącym zjawiskiem było poszukiwanie nowych gatunków i inspiracji spoza eurocentrycznego idiomu. Oczy i uszy zostały skierowane szczególnie na Afrykę, Amerykę Południową i Środkową. Parkietami zatrząsł m.in południowo afrykański qgom, czy kwaito, oraz inne korzenno-elektroniczne hybrydy gatunkowe, które królowały choćby na ubiegłorocznym Unsound. Na krajowej scenie niezależnej również znalazło się miejsce na inicjatywy promujące muzykę taneczną z egzotycznych zakątków świata. Jednym z nich jest Stowarzyszenie 1000Hz i działalność Piotra Cichockiego, którą opisywałem w ubiegłym roku na łamach Polityki. Drugą mam zaszczyt przedstawić teraz. Basy Tropikalne to powstała w 2015 inicjatywa Mikołaja Kierskiego. Z początku funkcjonowała jako audycja radiowa i blog z muzycznymi rekomendacjami. Finalnie zaś wyewoluowała w kosmopolityczny label i cykl klubowych imprez promujących muzykę Ameryki Łacińskiej i Afryki. Ale o tym wszystkim Mikołaj opowie w poniższej rozmowie.

Mikołaj Kierski - Basy Tropikalne
Jak powstały Basy Tropikalne?

Mikołaj Kierski - W marcu 2015 roku zostałem przyjęty do redakcji muzycznej Radia Luz we Wrocławiu. Każdorazowo przed startem nowej ramówki można zgłaszać nowe pomysły na własne audycje autorskie i przed ramówką jesienną zgłosiłem pomysł Basów Tropikalnych jako programu, w ramach którego miałem zamiar prezentować współczesną scenę muzyki elektronicznej z tropikalnych regionów świata. Muszę też podkreślić, że chociaż od razu Basy Tropikalne mogą się kojarzyć z gatunkiem tropical bassu, to właściwie obecnie bardzo rzadko prezentuję ten rodzaj muzyki w audycji. Na początku na pewno pojawiał się częściej, ale mimo wszystko to słowo Basy ma sygnalizować muzykę elektroniczną, a nie ten jeden konkretny gatunek. Trzeba jeszcze wspomnieć, że było ponad dwa lata temu, kiedy to współczesna elektronika z Ameryki Łacińskiej i Afryki nie była jeszcze tak modna jak obecnie, a moje umiejętności radiowe nie były wtedy jeszcze zbyt wysokie. Na szczęście Radio Luz jest bardzo otwartą platformą, dzięki której wiele rzeczy jest możliwych, a Konrad Zalewski, ówczesny szef programowy rozgłośni zrozumiał mój pomysł i dostrzegł tam potencjał.

A skąd wzięła się u Ciebie fascynacja muzyką tropikalną?

MK - Nie ma na to prostej odpowiedzi. Przez długie lata pisałem sobie bloga muzycznego i słuchałem mnóstwa nowej muzyki. Starałem się grzebać bardzo głęboko i wynajdywać rzeczy, których nikt jeszcze nie słyszał, a potem pisać o nich krótkie posty, których i tak później nikt nie czytał. W ten sposób trafiłem na artystę o pseudonimie Orquesta. To był rok 2011 lub 2012, nie pamiętam już dokładnie, ale wydaje mi się, że to właśnie był mój pierwszy kontakt z tymi brzmieniami. Tak czy siak, przy okazji Orquesty zacząłem grzebać głębiej w gatunku digital cumbii, a później już nawet ogólnie w muzyce elektronicznej z Ameryki Południowej i Środkowej i byłem zachwycony, jak wiele jest tam świetnej muzyki do odkrycia. Kolejnym moim bohaterem był Kolumbijczyk Dany F, który do teraz pozostaje zresztą flagowym reprezentantem elektroniki z tamtych regionów świata. A potem to już poszło lawinowo - zasłuchiwałem się na przykład w Chilijczyku Motivado, absolutnym meksykańskim geniuszu w postaci Antoniego Gallardo, jego rodaku Siete Catorce, kostarykańskim duecie Do Not (który po latach sprowadziliśmy do Polski w sierpniu 2017 roku na pierwszą imprezę Basów Tropikalnych, to dopiero było coś niesamowitego) czy peruwiańskim składzie Laikamori. Po pewnym czasie doszło po prostu do tego, że zacząłem śledzić tamtą scenę na równi z każdą inną, czekałem na premiery płyt i singli, docierali do mnie nowi artyści.

Jak więc widzisz - Basy Tropikalne na początku były cotygodniową audycją radiową, która funkcjonuje do dziś, ale teraz Basy są czymś więcej (przynajmniej mam taką nadzieję). W 2016 roku Basy Tropikalne zaczęły działać również jako netlabel, a w zeszłym roku wystartowaliśmy z imprezami spod znaku Basów Tropikalnych i do tej pory odbyły się dwa takie wydarzenia w Krakowie. Obecnie myślę o Basach po prostu jako o platformie promującej współczesną muzykę z krajów Ameryki Łacińskiej i Afryki albo do tamtych tradycji się odnoszącą

Pomysł na wydawanie muzyki pojawił się w tym samym momencie co audycja?

MK - Przyszło to do mnie po około pół roku prowadzenia audycji. Zauważyłem, że prawie wszystkie platformy/kolektywy/netlabele zajmujące się muzyką z Ameryki Łacińskiej (lub po prostu tam działające) wydają kompilacje. Stwierdziłem, że chcę też spróbować coś takiego zrobić. Miałem już wtedy bezpośredni kontakt z pewną grupą artystów i zacząłem rozsyłać wiadomości z pytaniem czy będą chętni wziąć udział w tym moim przedsięwzięciu. Oczywiście w ogromnej ilości przypadków nie dostałem w ogóle odpowiedzi i po pewnym czasie myślałem, że nic z tego nie będzie. Potem udało mi się zebrać chyba z pięć czy sześć utworów i pomyślałem sobie, że puszczę to w takim formacie, trudno. Trzeba też zaznaczyć, że moim wymaganiem było, żeby utwory były wcześniej niepublikowane - w zasadzie trochę ostre obostrzenie dyktowane przez jakiegoś gringo, ale wiedziałem, że tylko w takim przypadku składanka będzie dużo warta. W pewnym momencie jednak dostałem nagle zaległe odpowiedzi od szeregu artystów i wraz z dwoma editami od europejskich producentów (w tym od Polaka, jednego z pierwszych przyjaciół Basów Tropikalnych DJa Ryan R) uzbierałem 12 utworów. Większość z nich rzeczywiście była wcześniej nigdy nieopublikowana. Koordynowanie tego wydawnictwa wcale nie było takie łatwe. Im więcej osób zaangażowanych w jedno wydawnictwo - a tu przecież każdy utwór to inny autor - tym więcej czasu trzeba poświęcić na komunikację, a tu dochodzi fakt, że byli to artyści z różnych stref czasowych i co ciekawe z różnym stopniem dostępu do internetu! Jeden z producentów dowiedział się o tym, że kompilacja została już opublikowana dopiero kilka tygodni po premierze, bo dopiero wtedy po raz kolejny podłączył się do internetu. Od momentu wysłania pierwszej wiadomości w sprawie tego wydawnictwa do jego opublikowania minęło prawie pół roku.


  
Jaki był odzew słuchaczy na pojawienie się nowej oficyny?

MK - W ogóle nie wiedziałem czego się spodziewać po tej składance i w zasadzie nie spodziewałem się niczego konkretnego. Pamiętam, że jak w końcu udało mi się kliknąć 'publish' na bandcampie, to po prostu czułem dużą ulgę. A potem okazało się, że ta kompilacja wzbudza duże zainteresowanie, że recenzują ją poczytne latynoskie portale i że znajdują się ludzie, którzy ją kupują mimo tego, że można ją pobrać za darmo. To dało mi dużo motywacji i wiedziałem, że będę tą działalność 'wydawniczą' kontynuował.

Następna w katalogu była epka młodego producenta z Portugalii.

MK - Na początku 2017 roku pomyślałem, że czas zacząć pracować nad kolejnym wydawnictwem, żeby utrzymać płynność. Po doświadczeniach z kompilacją stwierdziłem, że lepiej będzie jak teraz będzie to autorskie wydawnictwo jednego autora. Zacząłem kontaktować się z różnymi producentami, najszybciej odpowiedział nastolatek z przedmieść Lizbony - DJ Doraemon. Poznałem go przy okazji jego EPki z 2016 wydanej przez Generation Bass i wtedy wróżyłem mu, że następne jego wydawnictwa będą wydane przez słynną Principe Discos, bo prezentuje muzykę, która idealnie by do ich katalogu pasowała. DJ Doraemon ma jednak nastawienie typu no-fucks-given i nie bardzo przejmuje się promowaniem własnych dokonań i po prostu tworzy muzykę, bo to lubi. Podoba mi się to. Od razu zgodził się na to, żeby wydać u mnie EPkę i co lepsze - miał ją właściwie gotową. Wszystko poszło bardzo sprawnie tym razem. To bardzo dobre wydawnictwo prezentujące afrykańskie hybrydy z lizbońskich gett. Miałem informacje, że było grywane na imprezach nawet w Afryce.





Kolejne wydawnictwo to kolumbijska wokalistka/raperka Stefficrown

MK - Trochę nietypowa sprawa jak na Basy Tropikalne, ale spodobała mi się remiksogenność jej materiału. Poznałem ją zresztą dzięki temu, że jej pierwszą zeszłoroczną EPkę remiksował sam Imaabs, to absolutny top producentów z Ameryki Łacińskiej. Zaproponowałem jej więc wspólne wydanie EPki, ale zależało mi właśnie na tych remiksach, które ja miałem zebrać. Fajnie się złożyło, bo wydaliśmy tą EPkę 1 grudnia, dzień przed jej występem na festiwalu Sónar w Bogocie, także całkiem poważna sprawa. Udało mi się zdobyć cztery remiksy. Jeden, najbardziej klubowy na tym wydawnictwie, pochodzi od duetu Lua Preta, co zapoczątkowało naszą współpracę wydawniczą. Jest jeszcze przeróbka od Bigote, a oprócz tego remiks od Desdela Barro z Argentyny i Sikuriego z Boliwii. Przyjemny zestaw z różnych zakątków.


   

I w końcu mamy też polski wątek w Basach

MK - Bardzo ucieszyłem się, że pojawił się ten projekt na polskiej scenie muzycznej. Wcześniej miałem okazję prezentować muzykę produkowaną w krajach, po których w ogóle nie spodziewalibyśmy się tropikalnych akcentów i na szczęście za sprawą Lua Prety Polska dołączyła do tej listy. Przy singlu 'Quero Mais' maczałem palce od samego początku, bo podsunąłem Lua Precie pomysł współpracy z Moreną Lerabo z Lesotho i kontaktowałem się z nim w tej sprawie. Jego głos jest niesamowity, więc bardzo się cieszę, że zgodził się wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Mentalcut z Lua Prety znów wyprodukował afrykańskie cudo w warstwie muzycznej, a Luzia coraz bardziej rozwija się na wokalach. Przed Lua Pretą ciekawa przyszłość.

Jeżeli już mowa o wydawnictwach Basów, to duże podziękowania należą się polskiej artystce mieszkającej w Hiszpanii - Marcie Chojnackiej, która zajmuje się okładkami. To jedna z tych osób, które od razu pojęły ideę Basów Tropikalnych i nie trzeba było ich długo przekonywać do współpracy, dzięki czemu ciągle mogę ten projekt rozwijać.


   

Muzyka świata (osobiście nie lubię tej nazwy) z roku na rok zyskuje co raz większe grono sympatyków? Skąd się bierze tak duże zainteresowane tą muzyką?

MK - Tak, masz rację, zdecydowanie tak jest. Chociaż trzeba z tym uważać, bo nie zawsze są to zjawiska całkowicie pozytywne. Kiedyś zadałem identyczne pytanie Lechudze Zafiro i Pobvio, założycielom świetnego urugwajskiego labelu Salviatek, z którymi robiłem wywiad podczas Unsounda w 2016 roku (zapytałem, czy zauważyli tą rosnącą popularność muzyki z Ameryki Łacińskiej i skąd to się bierze) i byli wręcz urażeni i zaczęli opowiadać o neokolonializmie i wykorzystywaniu tradycyjnej muzyki przez białych ludzi z tzw. pierwszego świata. I po wielu kontaktach z artystami/aktywistami zarówno z Afryki jak i z Ameryki Łacińskiej ja zacząłem to widzieć i rozumieć. A mam wrażenie, że nie wszyscy to pojmują. Dlatego na przykład wspomniani Lechuga Zafiro i Pobvio, którzy stworzyli genialną mieszankę elektroniki i afrourugwajskiego gatunku candombe (klik), przyjechali na Unsounda z tradycyjną bębniarską grupę Efe5, choć mogli spokojnie wykorzystywać zsamplowane dźwięki bębnów. Szczególnie, że powiększając swój skład o tyle osób na pewno nie ułatwiają sobie europejskich bookingów. Ale o to właśnie chodzi - skoro korzystają bezpośrednio z dziedzictwa takich grup jak Efe5, to jak mogą z czystym sumieniem czerpać z tego korzyści nie włączając w to autorów oryginalnych dźwięków? Popatrzmy również jak działa Fran Cucchi, szef wytwórni Gqom Oh!, który de facto wprowadził na europejskie salony gatunek gqom. Kiedy zmarł jeden z producentów związanych z jego labelem - opublikował on singiel z którego dochody miały zostać przekazane rodzinie. Kiedy złodzieje okradli i zniszczyli studio składu Formation Boyz - wytwórnia opublikowała składankę, z której dochód pomógł wszystko odbudować.

Moda ma też swoje cienie? 

MK - Mam nadzieję, że to zainteresowanie nie bierze się z - podświadomego nawet - neokolonialistycznego nastawienia w stylu: o zobaczcie co oni sobie tam tworzą w tej Afryce. Ta muzyka musi być traktowana na równi, to jest po prostu DOBRA muzyka. Spodziewam się też, że wielu ludzi było po prostu przesyconych tym, co działo się od wielu lat na 'głównych' rynkach muzycznych i stąd ich zainteresowanie czymś nowym, nieodkrytym, świeżym. Chciałbym jednak, żeby wszyscy zdawali sobie sprawę, że rosyjski producent ripujący z youtube'a plemienne śpiewy i podkładający pod to house'owy bit nie ma nic wspólnego z Afryką.

A jak ta muzyka odnajduje się w polskich klubach?

MK - Jeżeli chodzi o scenę klubową w Polsce, to jest teraz kilku DJów i DJek grających egzotyczne klubowe brzmienia i robią to dobrze. Osobna kwestia to produkcje polskich artystów, które do tropików się odnoszą - tu też pojawiają się wartościowe propozycje. Wystarczy wspomnieć Lua Pretę, Naphtę (a 2018 rok przyniesie płytę jego nowego projektu Naphta & The Shamans) czy katalog wytwórni Mik Musik ze szczególnym wyróżnieniem arcydzieła jakim jest brazylijska płyta 'M0NKYY BL00D' RSS B0YS. To samo tyczy się festiwali - Unsound od dwóch lat ściąga najciekawsze tropikalne zjawiska, a Wojtek Kucharczyk bardzo ciekawie kuratoruje swoją scenę na Tauronie. Producenci są też ściągani do Polski - był Dinamarca, Branko, Daniel Haaksman, DJ Marfox w Warszawie, DJ Khalab, Juana Molina i Rafael Aragon w Białymstoku, Batuk w Gdańsku i my zrobiliśmy dwie imprezy w Krakowie z zagranicznymi bookingami, a na pewno o czymś tutaj zapominam. Także zainteresowanie jest duże, zmęczenie technem też jest duże i ludzie szukają nowych klubowych wrażeń.

Muzyczny kosmopolityzm mógłby być doskonałym antidotum na rosnąca ksenofobię?

MK - Oczywiście, że tak! Przynajmniej mam taką nadzieję! Celowo o tym nigdy nie wspominam na antenie, ale mam to z tyłu głowy. Przecież duża część muzyki, z którą się stykam w ramach Basów Tropikalnych to brzmienia wyprodukowane przez imigrantów mieszkających w Europie czy Stanach Zjednoczonych - i to imigrantów, którzy potrafią później tworzyć ciekawe przedsięwzięcia i inicjatywy, z których korzystają później całe społeczności. Inna sprawa to czy takie argumenty są w stanie dotrzeć, do najbardziej zatwardziałych ksenofobów i obawiam się, że odpowiedź nie jest tutaj optymistyczna...

Eklektyzm Basów polega nie tylko na różnorodności etnicznej wykonawców, ale i wielości gatunków po które Ci artyści sięgają . Rdzeniem jest klubowa elektronika, a co z tradycyjnymi nagraniami, interesują Cię z perspektywy wydawcy?

MK - Dobre pytanie i trzeba jasno powiedzieć, że nie zajmuję się w ogóle tradycyjnymi nagraniami - i to zarówno w audycji jak i w tym aspekcie wydawniczym. Interesuje mnie to, co się dzieje w Ameryce Łacińskiej i Afryce tu i teraz albo nawet to, co będzie się dziać w przyszłości.

W jaki sposób nawiązujesz kontakt z artystami i jak pozyskujesz nagrania?

MK - Zacząłem interesować się tymi brzmieniami zanim dla wielu z tych artystów nadeszła fala popularności, więc kiedy kontaktowałem się z nimi w sprawie tego, że mam zamiar zagrać ich muzykę w radiu gdzieś w Europie, to byli bardzo zadowoleni i ten kontakt pozostaje do dziś. Dużo producentów lub wytwórni po prostu wysyła mi swoje nagrania. Bardzo dobrą platformą jest Bandcamp, można tam znaleźć bardzo dużo ciekawych rzeczy, które można od razu zakupić.

Inna sprawa to rynek afrykański, gdzie w niektórych kręgach producenci wysyłają swoje nagrania bezpośrednio na telefony fanów za pomocą WhatsAppowych grup. Po wielkich bólach udało mi się wkręcić w kilka takich grup i w pewnym momencie byłem w to bardzo zaangażowany, spędzałem dużo czasu filtrując wiadomości i szukając prawdziwych perełek, których jest tam mnóstwo. Ale trzeba przekopać się przez nagrania modlitw, głupich filmików i linków do porno... Teraz trochę wypadłem z obiegu, bo brakowało mi czasu, a bywało tak, że dziennie przybywało ponad 1000 wiadomości. Nie było łatwo się dostać do tych grup, bo jestem dosłownie jedyną osobą spoza RPA na całej liście kontaktów i ludzie podchodzili do mnie dość nieufnie. Musiałem na przykład nagrywać filmiki, jak grałem ich utwory w radiu, żeby mi uwierzyli, kim jestem - i wtedy podsyłali te piosenki bardzo chętnie. Tu możesz posłuchać mojego miksu z nagraniami zdobytymi tylko i wyłącznie z WhatsAppa (klik)

Tropikalne plany na 2018?

MK - Na pewno chciałbym utrzymać liczbę dwóch wydawnictw w ciągu roku, a może nawet ją zwiększyć. Mam kilka pomysłów w głowie, ale do ich realizacji jest jeszcze daleko, więc nie chcę zapeszać. Myślę o drugiej części kompilacji i być może uda się to dopiąć do jesieni. Wydaje mi się, że teraz mógłbym zdobyć jeszcze lepszy zestaw producentów.

Przede wszystkim chciałbym rozszerzyć działalność Basów Tropikalnych jeżeli chodzi o wspominane już imprezy. Ciągle jednak waham się, w jakim kierunku to wszystko powinno iść i nie podjąłem jeszcze decyzji. Zaznaczę, że dosłownie przez rok próbowaliśmy znaleźć klub, który byłbym zainteresowany zrobieniem z nami pierwszej imprezy. Tutaj słowa uznania dla ekipy krakowskiej Szpitalnej 1, która potwierdziła swoją otwartość na nowe pomysły. Teraz będzie już dużo łatwiej, bo za nami dwie udane edycje Basów Tropikalnych, ale oczywiście ciągle finanse są problemem. Przy okazji imprez muszę podziękować Oskarowi Pacutowi, z którym organizujemy je wspólnie - bez niego by się to nie udało. Mimo tego, że były dopiero dwie takie imprezy, to widzę, że wytworzyła się też grupa ludzi, którzy mam wrażenie będą zjawiać się na każdym z wydarzeń, z czego bardzo się cieszę.

Czy wydawnictwa Basów doczekają się formy fizycznej?

MK - Zastanawiałem się, czy powinienem to w ogóle rozważać i doszedłem do wniosku, że chyba nie. Oczywiście ze względów finansowych. Wystarczające koszty pochłania mastering, a jeżeli jeszcze miałbym cokolwiek tłoczyć... Chociaż może jakiś bardzo limitowany nakład by się sprzedał. Niczego nie wykluczam, może w przyszłości coś będzie się cieszyć bardzo dużą popularnością i będą do mnie docierać sygnały z takim zapotrzebowaniem, ale na razie nie mam tego w planach.

Hub recenzyjny vol. 1 (2018) >>> PALCOLOR / MAZUT / CALINECZKA / IFS / MECH / DOCETISM / WE WILL FAIL / N K L O W / MOTHERTAPE / RADIO NOISE DUO / WSZYSTKO / PIOTR PŁOZ

0
0

Muzyka elektroniczna wydawana w Polsce (bądź przez polskich artystów za granicą) wciąż rośnie w siłę. Oczywiście wobec ogromu stylistycznych dyscyplin jakie się kryją pod terminem „muzyka elektroniczna”, muszę doprecyzować, że mam na myśli muzykę wydawaną w małych, niezależnych oficynach, często w niewielkich nakładach, bądź jedynie w sieci. To że rodzima myśl elektroniczna i eksperymentalna, oraz jej kulturotwórczy potencjał zdają się być szerzej niedostrzegalne wynika nie tylko z tego że ów progres rozwija się w marginalizowanych przez media niszach, ale również ze względu na rozdrobnienie gatunkowe i stylistyczne utrudniające ukazanie tych oddolnych ruchów jako jedno zjawisko. Zebrałem poniżej jedenaście różnorodnych wydawnictw, które ukazały się na przestrzeni kilku ostatnich tygodni, bądź premiera dopiero przed nimi. Nie każde jest w pełni udane, jednak znajdziecie tu dość szerokie spektrum interesujących poszukiwań na polu muzyki elektronicznej i eksperymentalnej.

PALCOLR „Wróg” / 2017 / Kosmodrone Rec

Muzyka Emila Macherzyńskiego (Palcolor) jest prosta i transparentna. Pozbawiona awangardowego nadęcia, rzewnej melancholii; nieschlebiająca gustom. Kompozycje pochodzące z „Wroga” są jak przeniesione w kapsule czasu i odhibernowane pierwszy raz od lat 90. kiedy to wczesne albumy Boards of Canada wywoływały rumieńce na policzkach, spragnionych nowych dźwięków słuchaczy. Macherzyński zręcznie unika, kontaktu z tym wszystkim co od tego czasu aż do dziś było aktualne w elektronice, jakby sam został zahibernowany przez te trzy dekady, choć wiadomo że Emil aktywnie udzielał się zarówno jako dziennikarz muzyczny, muzyk, wydawca, oraz jako animator, czynnie zaangażowany w funkcjonowanie rodzimej sceny niezależnej. Jak mało kto jest zatem zorientowany we wszystkich muzycznych hajpach ostatnich dekad. Godna podziwu przez to jest jego stylistyczna dyscyplina i nieuleganie pokusie tego co modne i na czasie. Modułowo układane kompozycje „Wroga”, zagęszczają się do gęstych transowych form, unikając jednak typowych patentów klubowej dramaturgii opartej na spiętrzeniach i wyciszeniach. Ikry tym nagraniom nie sposób odmówić; „Prima Tera, czy „Kush Komfort” nie pozostawią waszych nóg obojętnych na taneczne pokusy. Palcolor niemal jak bracia Hartnoll z Orbital, plecie z prostych form hipnotyzujące struktury, oparte na oszczędnych partiach automatów perkusyjnych, łagodnie pełzających liniach basu, oraz wachlarzu rozłożystych analogowych brzmień. Podstawą jest pętla i plama, między którymi autor poszukuje harmonii. W kulturze w której głównym nurtem pozostaje deformacja i reinterpretacja, proste patenty Palcolora powinny widowiskowo odcinać się od tła, tymczasem giną w zgiełku i nawale nowych dźwiękowych bodźców. Być może brak tym utworom nieco przebojowości, bądź charyzmy, ale nie można odmówić im precyzyjnego warsztatu i autorskiej świadomości, pozwalającej stworzyć koherentny i w pełni wiarygodny koncept stylistyczny. Płyta Emila to trudny do uchwycenia fenomen, dla którego kluczem do zrozumienia będzie porzucenie współczesnych przyzwyczajeń do gonienia w muzyce za tym co nowe, dziwne i ekstremalne.

  
MAZUT „Atlas” / 2018 /BDTA

„Atlas” skrzy elektrycznością i klepie niczym wypity na czczo sześciopak energiksów. Gdy podsumowując ubiegły rok w rodzimej muzyce zasugerowałem jakoby Mazut nie nagrał do tej pory dobrej płyty, nie żartowałem. Jeśli mierzyć bowiem wszystkie wydawnictwa duetu Starzec - Turowski, przez pryzmat najświeższej premiery, to nie sposób potraktować ich inaczej niż demo, czy przedpremierowe wprawki, które równie dobrze mogłyby spoczywać w archiwach na dyskach obu twórców, bez straty dla ludzkości. Krotochwilne zajawki na sekwencer, automat perkusyjny, tekstury i manifesty polityczne raziły dotąd swoją szkicowością. Jeśli chodzi o przepis na muzykę duetu to zmieniło się niewiele. A jednak, zmieniło się wszystko. „Atlas“ jest absolutną petardą trzymającą za gardło od pierwszej do ostatniej minuty. Rządzi tu bezkompromisowość, rozmach, napędzana intensywnym tempem dramaturgia i podszyta chłodem przebojowość, będące wynikiem przecięcia się kilku syntetycznych stylistyk jak ebm, industrial, czy electro. Kostropate struktury, gęste drony, noisowe rezonacje, kwaśne arpeggia, czy gęste linie basu z impetem niesione na ciężkich  perkusjonaliach, wybrzmiewają z głośników z zaskakująca lekkością. Jest to zasługą doskonale zniuansowanego brzmienia i niespotykanej dotąd w nagraniach Mazutu selektywność materiału. Pomimo tej krystalicznej wręcz produkcji zespół nie traci nic ze swojego drapieżnego charakteru.

  
CALINECZKA „Wydatek neutronów podczas pobudzonej wybuchowo kompresji deuter​-​tryt w układzie cylindrycznym z warstwą o dużej inercji” / 2018 / Szara Reneta

Tytuł tego wydawnictwa ma duży potencjał aby być dłuższy, od opisu jego dźwiękowej zawartości. Statyczny, przeszywający burdon, uchwycony w różnych fazach gęstości. To w zasadzie mógłby być koniec recenzji, gdyby dotykała samej warstwy audio. Ascetyczny charakter nagrania udanie wymyka się jakiejkolwiek ocenie estetycznej. Można oczywiście pozostać przy ściśle fonicznym odbiorze kasety, ale można również dostrzec w tym monotonnym i monochromatycznym snopie dźwięku intrygujacy artystyczny gest. Dron funkcjonuje tu bowiem na zasadzie akuzmatycznej rzeźby, dobitnie wyrażającej prawdę o autonomiczności dźwięku, i jego nieuwikłaniu w semantykę. Ot surowy, elektryczny burdon o nieco chropowatej fakturze, trwa sobie w czasie nie zdradzając nic o sobie i okolicznościach swojego wybrzmiewania. Dodatkowo istotnym elementem kasety Calineczki, czyli Michała Stańczyka, artysty od ponad dekady tworzącego minimalistyczne dronowe obiekty dźwiękowe, jest kontekst nośnika, na który został nagrany materiał. Zwięźle ujmuje to wydawca kasety; Maciej Wirmański z Szarej Renety - „W przypadku duplikacji tak sterylnego materiału jak "Wydatek..." postawiłem się przed nie lada wyzwaniem i kłopotem, bo było to jak dotychczas najbardziej wymagające pod względem produkcji wydawnictwo. Jednolitego szumu kasety w duplikacji naturalnie się nie pozbyłem, niemniej po odsłuchach kontrolnych stwierdzam, że materiał ten jest nieco różny od materiału wyjściowego przesłanego mi przez Calineczkę. Nośnik, ze swą niezmienną naturą i niezmiennym szumem, dodaje to coś od siebie do "Wydatku neutronów...". To coś zdaje się być niedookreślone, niewypowiedziane. W digitalu muzyka ta wybrzmiewa z cyfrowej ciszy; na kasecie wyłania się niepostrzeżenie z właściwości szumowych nośnika”. Pomimo że słuchałem wersji cyfrowej nagrania, moje doświadczenie audialne, podobnie jak doświadczenie Maćka, dalekie było od sterylności. Analogowy, monotonny i rezonujący dźwięk ma bowiem przypadłość adaptowania w swoje wybrzmiewanie wszelkich odgłosów które zdołają wcisnąć się do ucha zza izolowanych słuchawek. Dźwiękowa rzeźba Calineczki chłonie więc wszystkie foniczne zdarzenia i łapczywie je adaptuje. Jeśli zaś wokół siebie nie napotka żadnego, stymuluje mózg do generowania dźwiękowych halucynacji, wywołując symfonię nieistniejących odgłosów. „Wydatek neutronów …” jest absolutnie zjawiskowym doświadczeniem oddziałującym w kontekście konceptualnym i psychofizycznym. Jednocześnie emancypuje się z kontekstu stricte muzycznego, pozwalając na słuchaczowi na przeżycie wielu subiektywnych doznań audialnych. To nie jest nagranie do słuchania, to nagranie o słuchaniu i jego właściwościach.


  
IFS „Manifold Basketball” / 2018 / Crónica

W przyjaznej polskim artystom dźwiękowym, portugalskiej Crónice (wydawali tu wcześniej Piotr Kurek i Porcje Rosołowe) ukazał się właśnie debiutancki materiał duetu Ifs, za który odpowiedzialni są Mateusz Wysocki (Fischerle, Mech, Bouchons d'Oreilles, Porcje Rosołowe) i Krzysztof (Freeze) Ostrowski (Soundscape Mirror, TransMemories). Elektroniczna improwizacja duetu funkcjonuje w odcięciu od łatwych tropów stylistycznych. Drony, amorficzne tekstury i przestrzenne pogłosy tworzą tu gęstą i chaotyczną materię dźwiękową, uchwyconą w momencie procesu przepoczwarzania się i formowania. Niestety niewiele konkretnego z tego doświadczenia wynika, poza zestawieniem ciekawych barw i odgłosów, z których część (wyeksponowana w mocno przetworzonej formie) pochodzi jak mniemam wprost z koszykarskiego parkietu („De Rham's Style”). Szczęśliwie ów eksperymentalny szkic został przytomnie przycięty do dwudziestu minut.


   
MECH „Sub-Clouds” / 2018 / Pawlacz Perski

Mamy dopiero początek roku, a w głośnikach już trzecia premiera z udziałem Mateusza Wysockiego. Tym razem w domowych barwach Pawlacza Perskiego ukazała się kaseta duetu Mech, który Wysocki współtworzy z Michałem Wolskim. Współpraca obu artystów układała się dotąd wokół dekonstrukcji minimal dubu. Tym razem mamy do czynienia z jeszcze dalej posuniętą deformacją gatunku, a finalnie właściwie wyjściem poza jego ramy. Na drugi plan schodzi tutaj rytm, wzięty w nawias i ujęty symboliczną pulsacją, bądź ociężale nawracającą pętlą. Cała magia tego wydawnictwa dzieje się w gęstych amorficznych teksturach i w widmowych pogłosach. Te pierwsze nadają strukturze nagrań jakieś osobliwej nieregularności, te drugie zaś tworzą niezwykle absorbującą atmosferę. Jeśli „Sub-Clouds” to dubowe zwierciadło, to tylko takie, które roztrzaskało się się na setki drobnych elementów. Zebrane na nowo utworzyły już zupełnie nową abstrakcyjną i absolutnie zjawiskową narrację.



DOCETISM „Breast and Vulture” / 2018 / Rohs

Kto zaś kocha tradycyjny minimal dub inspirowany legendarnymi dokonaniami spod szyldu Basic Channel (funkcjonującego już nie tylko jako nazwa kolektywu, ale i osobny gatunek muzyczny) koniecznie powinien sięgnąć po nowe nagrania Docetism, solowego projektu Macieja Banasika. „Breast and Vulture” to esencja gatunku, tłuste, zanurzone w pogłosach ridimy, tętniące basy, szumiące tła i wspaniałe, głęboko nasycone brzmienie. Co prawda może nie aż tak zaklinające i perfekcyjne jak rilisy Rhythm & Sound (choć ta jakość jest zarezerwowana chyba jedynie dla oryginału), a przy tym leżące bliżej korzennego grania, ale niezwykle potężne, mięsiste i atmosferyczne. Muzyka Docetism łączy narkotyczną transowość, z melodyjną swobodą i aranżacyjną lekkością. Jej materia jest niezwykle plastyczna i esencjonalna; pulsuje, hipnotyzuje i odpręża. Dodatkowo jest na wskroś przesiąknięta mistycyzmem tak charakterystycznym dla twórczości tego unikającego rozgłosu producenta.

 
WE WILL FAIL „Schadenfreude EP” / 2018 / Refined Productions

Kubistyczne rozbicie, architektoniczny brutalizm, oraz wagnerowski rozmach zamknięty w czterech aktach elektronicznej miniatury. Epka Aleksandry Grünholz inaugurująca katalog Refined Productions znakomicie wpisuje się aktualne tendencje w elektronice ulokowane wokół chłodnych i nieregularnie zrytmizowanych estetyk. Muzyka producentki orbituje zatem gdzieś na przecięciu noisu i idm, ale przywodzi również na myśl krzykliwość rave i brzmieniowy obskurantyzm industrialu. Podobnie jak w nagraniach kolektywu Intruder Alert na pierwszy plan wychodzi surowość brzmień i chropowatość form, które autorka piętrzy z chłodną, geometryczną precyzją. Dwie autorskie kompozycje, wraz z remiksami to hymn dla formy i jej witalności.

 
N K L O W - The Magnificent Arms Of Skingod / 2018 / Intruder Alert

Jeśli zaś już wspomniałem o estetyce bliskiej poczynaniom kolektywu Intruder Alert, to chętnie wspomnę również o nadchodzącej premierze w rozrastającym się spektakularnie katalogu tej oficyny. Album N K L OW „The Magnificent Arms Of Skingod” to esencja muzycznych poczynań kolektywu, który w sposób absolutnie bezkompromisowy dokonuje artystycznego zamachu na stereotyp postrzegania muzyki / kultury klubowej, jako miejsca łatwej rozrywki i hedonistycznych uciech. Repertuar labelu wypełniają zatem dźwięki zimne, obskurne o industrialnych i noisowych proweniencjach, często łączonych z twardą, wyrazistą rytmiką daleko odbiegającą od klubowego metrum 4/4. W przypadku projektu N K L O W większy nacisk położony został na hałaśliwe, tekstury, harshowe przestery, dronowe pomruki i zgiełkliwą atmosferę. Gdzieniegdzie majaczą spod warstw szumu pojedyncze uderzenia, zgrzytliwe zewy, czy widmowe plamy, choć jest to zaledwie szept w tym pełnym rozmachu zgiełku. Istotne jest również gra nastrojem i dramaturgia oparta na przechodzeniu między wyciszonymi fragmentami, a kolejnymi wzbierającymi falami. Sztuka krępowania bondage, której wycinek widzimy na okładce wydawnictwa, podobnie jak muzyka na nim zawarta jest obietnicą bólu i przyjemności, oraz wszystkiego co się wiąże z ich euforyczną koegzystencją

   
 

MOTHERTAPE / RADIO NOISE DUO „Split” / 2018 / Antenna Non Grata

Drugie wydawnictwo z katalogu Antenna Non Grata to split dwóch duetów. Pierwszy, Mothertape to projekt współzałożycieli Plaży Zachodniej (Marka Kasprzaka i Maćka Jaciuka), drugi to Radio Noise Duo założony przez twórców Antenny; Tomasza Misiaka i Marcina Olejniczaka. Koncepcja ich wydawnictwa zakłada dźwiękowe poszukiwania skupione wokół fal radiowych, radioodbiorników i radionadajników. Programowo zatem w repertuarze niniejszego splitu usłyszymy liczne szumy, trzaski, sprzężenia, radiowe interferencje, czy fragmenty audycji. Jednak formuła labelu pozostawia pełną dowolność w interpretacji wiodącej koncepcji, z czego ochoczo korzysta duet Mothertape. Ich kompozycja jest ambientową impresją, bliską tego co możemy usłyszeć w repertuarze Plaży Zachodniej. Część dźwięków, sampli, czy tekstur z których korzystają kołobrzeżanie jest zaczerpnięta z ich wcześniejszych nagrań. Mamy w końcu (w obu przypadkach) do czynienia z zapisem koncertu. Kasprzak i Jaciuk prezentują słuchaczom napędzaną podskórnym pulsem i wypełnioną intrygującymi teksturami mroczną suitę, w której radiowa materia jest w zasadzie jedynie dodatkiem. Druga część splitu w wykonaniu Radio Noise Duo, jak przystało na twórców Antenna Non Grata w pełni wpisuje się w koncept kuratorski przedsięwzięcia. Duet eksploruje fale eteru w poszukiwaniu szumów, interferencyjnych pisków, ziarnistych tekstur, piętrząc je w ściany hałasu, a przy okazji napotykając na radiowej skali widmowe odgłosy radiowych audycji, brzmiące niczym przekaz z zaświatów. Choć wydaje się, że możliwości ekspresji są tu mocno ograniczone przez specyficzną materię dźwiękową, to jednak udaje się RND zbudować ciekawą i intensywną dramaturgię. Eksperyment z formą jest zatem podporządkowany wewnętrznej narracji, której okazałą kulminacją możemy zachwycać się w finale radiowego performansu. Dodatkowym atutem jest znakomita szafa graficzna autorstwa Diany Lisieckiej, będąca kontynuacją graficznego konceptu zaprezentowanego na inaugurującej działalność wydawnictwa kompilacji.


WSZYSTKO „Muzyka nie ma sensu” / 2018 / enjoy life


Dekonstrukcja muzyki elektronicznej, okraszona dwuznaczną semantyką tytułów i tekstów to już rozpoznawalny krój twórczości Mikołaja Tkacza. 
Muzyka tego producenta który, chętnie to przyznam, nie przestaje mnie ostatnio zaskakiwać, to już kategoria indywidualna, do opisania której trzeba by wymyślać nowe terminy i gatunki, bo nie sposób scharakteryzować ją poprzez porównania do tego co było. WSZYSTKO robi nieprawdopodobne postępy jako projektant zupełnie unikalnej elektronicznej ekspresji. Wnikliwie bada granice gatunkowych horyzontów, coraz śmielej je przekraczając. Wydany w barwach enjoy life materiał, to kolejna tegoroczna propozycja (obok opisanych tutaj), która ukazuje gigantyczny wręcz potencjał rodzimej elektroniki, skrywany w małych zjawiskowych, a często marginalizowanych przez recenzentów labelach (jeśli gdzieś mamy poszerzać granice dźwiękowej wyobraźni to tylko tam). „Muzyka nie ma sensu” to frenetyczne, glitchowe struktury, poszatkowane synkopującymi rytmami, których zdeformowane brzmienie zdaje się tłumić ich dynamiczny / taneczny potencjał. Sciera się tutaj wyszukana konstrukcja rytmiczna z prymitywizmem dźwiękowym. Partie perkusjonaliów potykają się o siebie, a dolne, basowe pasma ledwo przeciskają się przez przesterowaną całość. Autor z upodobaniem sięga po „fabryczne” próbki dźwiękowe i posługuje się rewersem, przez co materiał, który został oparty głównie na koślawych sekwencjach rytmicznych jeszcze mocniej emanuje gorączkowym rozedrganiem. Użycie wokali (oraz ich treść), przepuszczonych przez syntezator mowy, nadaje tym kompozycjom pewnego dystansu, chroniącego progresywną muzykę Tkacza, przed nadmierną konceptualizacją; którą de facto wbrew woli autora tutaj czynię („Badam muzykę... badam i badam”, tymczasem „Muzyka nie ma sensu”). Swoją drogą lapidarne teksty (sic!) w muzyce Mikołaja Tkacza, prowadzą z odbiorcą wyrafinowaną grę semantyczną i są w stanie wyrazić głębszą refleksję o istocie muzyki i sztuki niż naukowe elaboraty.




PIOTR POŁOZ „Shameful Hatred” / 2018 / Mik.Musik.!.
 

Tym razem nie jako Deuce, Tzar Poloz, czy Tsvey, ale solo i pod własnym imieniem i nazwiskiem Piotr Połoz powraca do katalogu Mik.Musik.!. Na „Shameful Hatred” usłyszymy, generyczne, parkietowe techno, być może mało wizjonerskie i o dziwo (w porównaniu z jego innymi muzycznymi wcieleniami) pozbawione nieco charyzmy, ale przemawiające do mnie innymi walorami. W pierwszej kolejności wymieniłbym tu potężne brzmienie i jego przestrzenną architekturę opartą na licznych pogłosach, wymodelowanych partiach basu, oraz niezwykle plastycznej dynamice nagrania. Zjawiskową cechą albumu Połoza jest również subtelne posługiwanie się polimetrią dające wrażenie prowadzenia dwóch równoległych narracji; jednej utrzymanej w wartkim klubowym metrum, drugiej ambientowej, okazale dryfującej w amorficznych plamach. Najbardziej wyraźnym tego przykładem jest otwierająca materiał kompozycja „Honest Misanthropy” gdzie motoryczna rytmika techno nakręca spiralę transowości, podczas gdy syntezatorowe zewy hamują jej dynamikę. Nogi rwą się do tańca, ale na przeszkodzie staje głowa chłonąca posępną materię warstwy melodycznej. Równie subtelnie na „Shameful Hatred” zostają przemycone wątki pochodzące z muzyki afrykańskiej, w postaci zmodyfikowanych plemiennych rytmów, czy unikalnych folkowych instrumentacji („And I Will Always Be Dead”). Brak wizjonerstwa nie zawsze musi być zarzutem, jak w przypadku Piotra Połoza, który w nagrywaniu techno osiągnął status rzemieślnika lokującego swoją wyobraźnie w jakości wykonania i funkcjonalności materiału.

„Fascynuje mnie dźwięk odległych dyskotek” - o nagraniach terenowych opowiada Tomek Mirt

0
0
Foto: Tomek Mirt i Magda Ter
Jak wygląda selekcja i montaż nagrań w przypadku twoich field recordingowych wydawnictw?

Tomek Mirt: Montaż jest banalnie prosty, staram się by nagrania pozostały w nietkniętym stanie, wycinam interesujący fragment, robię wyciszenia na początku i końcu. Unikam przerw między trackami, jeśli łączą się w logiczną całość. Nieraz muszę wyrównywać poziomy - brak mi jeszcze dyscypliny by zawsze nad tym panować podczas nagrań, no i pewne niezgodności wychodzą dopiero przy miksie. Wspominam o tym bo wiem, że niektórzy mają ustalony punkt odniesienia tak by mieć pewność, że nic nie będzie głośniej lub ciszej niż w rzeczywistości - staram się zachować tu równowagę, ale nie podchodzę do tego dogmatycznie. Paradoksalnie nieraz trochę trzeba oszukać, żeby było bardziej realistycznie. Standardowym zabiegiem jest usuwanie niskich częstotliwości z poza pasma akustycznego – ale nawet tego nie stosuję zawsze. Jest jeden wyjątek od tego co mówię - nagrania z Tarutao, które robiłem pod wodą i wymagały sporo cięcia, bo ryby dziobały hydrofon, musiałem usunąć dziesiątki pyknięć, sygnały nagrywane hydrofonem bardziej też szumiały, a to było rażące w stosunku do reszty nagrań więc wymagało zastosowania korekcji.

Selekcja to najbardziej żmudne zajęcie, bo mam słabą pamięć do istotnych szczegółów w nagraniach, a w terenie trudno o dbałość w nazywaniu plików i opatrywanie ich komentarzami. Zwykle po nagraniach usiłuję to zrobić, ale kręcenie gałką w rejestratorze i nazywanie plików literka po literce zwykle mnie szybko zniechęca. Efektem sesji bywają godziny nagrań, mniej lub bardziej udanych - raz kilkadziesiąt plików po kilkadziesiąt sekund - minutę, innym razem pojedyncze długie ujęcia. Nawet te nieudane mogą mieć jakiś ciekawy fragment więc warto wszystkiego uważnie posłuchać, a skupienie się w tym wypadku bywa wyzwaniem. Przy miksowaniu płyt zdarzyło mi się 2-3 razy, że miałem ciekawe kilka sekund, które musiałem dodać do innego nagrania, oczywiście z tej samej lokacji i czasu. Staram się unikać tego typu montażu, ale nieraz mam coś wyjątkowego w postaci takiego skrawka. Z tego co mówię wychodzę trochę na purystę fieldrecordingowego, unikającego edycji etc. ale to tylko metoda, którą sam przyjąłem i nie chce jej faworyzować w szerszym kontekście, tym bardziej komuś narzucać. Tak mi jest łatwiej.

Układając materiał robisz to pod kątem narracji i dramaturgii?

TM. Staram się stworzyć jakąś przekonującą całość, nie będącą tylko obrazem konkretnego miejsca. Źle mi się to kojarzy, bo egzotyczne nagrania łatwo postrzegać wyłącznie jako ładne widokówki. Zależy mi na bardziej uniwersalnym przekazie. Zawsze traktuję płytę jako nadrzędny byt, nie tylko w przypadku fieldrecordingu. Nie jest jednak tak, że mam w głowie jakąś tezę pod którą układam nagrania - one same się układają i wtedy zastanawiam się czy jest to zbieżne z jakimiś moimi obserwacjami, którymi całość mogę obarczyć jako myślą przewodnia. Zwykle układając je mam do dyspozycji bogatszy materiał niż w przypadku muzyki, więc łatwiej mi testować różne warianty, każda z płyt ma inną konstrukcje. Jak wspomniałem mam słabość do płynnych, długich przejść, ale z drugiej strony bardzo mi się podobała zgrzebność i ostre cięcia na płycie Rafała Kołackiego z Cale - dobrze to tam działało. Nie chcę powtarzać tej samej liniowej konstrukcji, gdzie wszystko niespiesznie zdążą do kulminacji. A „Winter Day on Tarutao” jest tu dobrym przykładem - liniowość tego co dzieje się na wyspie jest przecinana tym co pod wodą, wydaje mi się, że to dobrze działa rozbijając całość, ale też dając nowe możliwości do interpretacji. Płyta z Wietnamu to dwie części, których zestawienie niesie ze sobą pytanie o ich relację - czy cywilizacja i natura dźwiękowo tworzą silny kontrast? Obydwie części utrzymują podobny poziom natężenia, ale są utkane z dźwięków, które utrudniają jakąkolwiek odpowiedź... przynajmniej tak ja zakładałem i tak to odbierałem… Wszystkie płyty mają jakąś konstrukcję, nie są chaotycznym workiem dźwięków, ale dramaturgia, narracja to tylko jeden aspekt, chyba najważniejsze jest dla mnie brzmienie…

Planowanie bywa w field recordingu rozczarowujące - atrakcyjne założenia mogą zniweczyć drobiazgi. Coś co wydaje się nam ciekawe brzmieniowo, co sobie jako takie wyobrażamy, w rzeczywistości może być błahe i pozbawione charakteru.

Nagrywając w ustalonej lokalizacji masz gotowy scenariusz, czy idziesz na żywioł, podążając za dźwiękiem?

TM. Większością tego co robię rządzi chaos i przypadek. Planowanie bywa w field recordingu rozczarowujące - atrakcyjne założenia mogą zniweczyć drobiazgi. Coś co wydaje się nam ciekawe brzmieniowo, co sobie jako takie wyobrażamy, w rzeczywistości może być błahe i pozbawione charakteru. Długi czas chciałem zrobić nagrania w okolicach Sai Mun - tajskiej wioski znanej z produkcji gongów - wydawało mi się to ciekawe, ekstremalne w pewnym sensie - piece, huk kutego metalu, potężny dysonans strojonych świątynnych gongów. Same tajskie gongi są ciekawe, bo bliższe tym z indonezyjskiego gamelanu niż popularnym w Europie, chromatycznie strojonym, tam tamom. Niektóre brzmią niesamowicie szlachetnie inne jak pokrywa kosza na śmieci. Kilka dni temu dotarłem do celu, ale nic z tego nie było tak spektakularne. Całość niewiele różniła się od zwykłego zakładu blacharskiego przy ruchliwej drodze - elektryczne szlifierki i huk silników plus pojedyncze uderzenia w gongi. Upiornie wysoka temperatura z początkowym silnym zawodem stępiła mój entuzjazm i spowolniła moje działania. Pewne rzeczy wydają nam się proste, a niekoniecznie takie są. Z innej beczki - zachęcony nagraniami ryb z rafy koralowej i niesamowitymi odgłosami pękającego lodu, które zrobił Chris Watson, kupiłem hydrofon do podwodnych nagrań. Zamawiałem go w przeddzień wyjazdu na Tarutao, więc liczyłem na nagrania pobliskiej rafy. Pierwsze próby jeszcze w Polsce nie nastrajały optymistycznie - lód na Bugu zdawał się być zupełni niemy. Podobnie było ze wspomnianą rafą, kiedy straciłem nadzieję sytuacje uratowało wysychające starorzecze na wyspie - to, że cokolwiek słyszę tak mnie zaskoczyło, że myślałem, że to usterka sprzętu. Wolę więc jechać z pustą głową i być zaskakiwany, dźwięk jest abstrakcyjny, a w naszej głowie szybko nabiera kształtów i znaczeń, spodziewamy się niesamowitych rzeczy. Pojawia się pytanie po co to robimy - jeśli chodzi nam tylko o dokumentacje pewnej sfery, kolekcjonowanie obrazów, bez wartościowania, to trudno o wielkie rozczarowanie, ale jeśli szukamy brzmień, jakiegoś przeżycia, emocji jest zupełnie inaczej. Oczywiście jeśli planujesz jakiś wyjazd pod kontem nagrań, warto się dobrze przygotować, wiedzieć jak najwięcej o miejscu o swoich możliwościach, ale też dobrze przemyśleć wszystko technicznie - problemy z drobiazgami typu baterie, statywy, osłony przeciwwietrzne, mogą udaremnić wiele nagrań. Z drugiej strony, lepiej zabrać tylko to co niezbędne i skupić się na nagraniach. Przed wyjazdem zawsze wydaje się, że coś tam jeszcze się przyda, ale czy będziesz to nosił ze sobą w upale? To co mnie zawsze pociągało w nagraniach to nieprzewidywalność, która zmusza nas do ciągłej koncentracji, przeniesienia akcentu z patrzenia, na słuchanie, zaskoczenie, wytrącenie z codziennych torów.

To co mnie zawsze pociągało w nagraniach to nieprzewidywalność, która zmusza nas do ciągłej koncentracji, przeniesienia akcentu z patrzenia, na słuchanie, zaskoczenie, wytrącenie z codziennych torów.


  

Muzyczność krajobrazu jest bardzo obecna w twoich nagraniach. Czy twoje ekspedycje motywowane są pragnieniem poszukiwania muzyki w naturze?

TM. Nie szukam muzyczność na siłę, choć może tak odbieram dźwięk i jest to silniejsze ode mnie i podświadome. Nie słucham tych nagrań w sposób w jaki słucham muzyki - chyba częściej jest w drugą stronę. Kiedy trochę poważniej zacząłem traktować nagrania terenowe, postanowiłem kupić mikrofon kierunkowy - wydawało mi się, że dzięki temu będę mógł wyizolować to co mnie interesuje. Po zaledwie kilku nagraniach byłem bardzo rozczarowany, dotarło do mnie, że ważna jest dla mnie przestrzeń, otoczenie, interakcja, to jak elementy dźwiękowego krajobrazu się dopełniają - w ogóle krajobraz, a nie pojedyncze jego elementy. Z tego co mówię pewnie wynika potrzeba poszukiwania pewnej kompozycji, może nawet jakiejś harmonii, która wiąże się z muzycznością, ale wolę myśleć o tym jak o pewnej konstrukcji, która zajmuje pewną przestrzeń i trwa określony czas. Podświadomie wyszukuję nieraz powtarzalne elementy, rytm, ale to jest porządek, który można odnieść, tak do muzyki jak i architektury, obrazu - to coś szerszego niż muzyczność. Muzyczność rozumiana jako harmonijność wydaje mi się czymś zamkniętym w jednym, dwóch wymiarach, tymczasem zachwyca mnie mnogość wymiarów tego co słyszę, to, że można to interpretować na wielu poziomach. Jak wspomniałem, zwracam uwagę na brzmienie, tak jak słuchasz instrumentu dla jego brzmienia, nie dla melodii, rytmu który gra, interesuje ciebie wtedy jak brzmi w różnych przestrzeniach, przy różnej artykulacji. Pamiętam dźwięk dzwonka przy przejeździe kolejowym, jakiś kilometr od mojego domu, w nocy, w ciszy było go słychać z długim, pięknym pogłosem, tracił urok z bliska. „Songs & Prayers” może być pozornie w kontrze do tego co mówię, bo w dużym procencie to nagrania muzyki, ale nie jest to poszukiwanie muzyczności, czy field recording rozumiany tak jak nagrania Lomaxa, chodzi mi właśnie o brzmienie, o to wszystko co jest pozamuzyczne i jest swoistym "rezonansem" lub filtrem który muzyka wyzwala i przez który jest modyfikowana. To może być zwykły pogłos, ale i reakcja ludzi. Zakładając saamleng chciałem uciec od aspektu muzycznego field recordingu, uważam, że słuchanie nagrań terenowych tak jak słucha się muzyki nie ma sensu. Może lepiej traktować je jak audiobooki? Wtedy jednak zaczynasz słuchać tak jak słuchasz mowy - szukasz treści. Czy to wszystko jest w ogóle ważne?

Czemu nasłuchujesz głównie na "peryferiach świata", a nie w jego centrum?

TM. Trochę przypadek, Z drugiej strony zawsze intrygowała mnie idea czwartego świata przedstawiona przez Jona Hassella i czuję, że miasta typu Bangkok są jakimś ucieleśnieniem tego - trywializując - masz wrażenie bycia na planie Blade Runnera, miks kultur, tradycji, hi tech i niezwykła zgrzebność. Jadąc pierwszy raz do Azji nie miałem planu. Dzień przed wylotem pomyślałem, że warto zrobić upgrade sprzętu. Na miejscu byłem absolutnie oszołomiony, nie spodziewałem się, że aż tak mnie to wszystko uderzy, właśnie od strony dźwiękowej, skończyło się zakładaniem labelu i wyprzedawanie instrumentów, żeby mieć na kolejny upgrade mikrofonów etc. Teraz już trochę inaczej podchodzę, ale pierwszy raz był kompletnym szokiem, wszystko było wyraźne, intensywne, inne, ciekawe nagrania same się robiły. Czuję już głód czegoś innego, więc Azja, mam nadzieję, jest tylko jednym etapem. Pewnie uda mi się ruszyć w nowym kierunku, ale mówiąc o etapie myślę o zupełnie innych nagraniach, niekoniecznie obarczonych egzotyką i powiązanych z miejscem. Mam też wrażenie, że Azja to centrum, a nie peryferia. Wszystkie miasta typu Bangkok, Kuala Lumpur, Singapur, nawet dość prowincjonalne Hanoi zdają się dawać wgląd w przeszłość i przyszłość na raz.

Co Cię najbardziej dźwiękowo poruszyło w Azji, skąd pochodzi gro twoich nagrań? Upodobałeś sobie to miejsce z jakiegoś szczególnego powodu?


TM. Powód jest dość błahy - Azja jest dość oczywistym kierunkiem stosunkowo łatwej ucieczki poza Europę. Trudno mi usiedzieć dłużej w jednym miejscu, więc odpowiada mi różnorodność i kontrasty Azji. Soundtrack do tego jest równie barwny, nie sposób nie słuchać. Polska jest niezwykle cichym miejscem, mieszkając na przedmieściach nieraz ciszę zakłóca tylko pomruk aut, jednostajny, zrównoważony, niski dron, nieporównywalny z intensywnością południowo wschodniej Azji. Nie czuję się jakimś specem od Azji, nawet jeśli staraliśmy się wybierać miejsca nieoczywiste to zwiedziliśmy ledwie kilka turystycznych państw. Staramy się wchodzić w różne zaułki, boczne uliczki, w miastach zwykle zamiast głównych atrakcji szukamy czegoś nietypowego, zamiast targowisk z tym wszystkim co przyciąga turystów bardziej interesują mnie te dla lokalsów, z tonami badziewia do komórek, albo trybów do nie wiadomo czego. Jak świątynie to bardziej typu Licheń, na przykład w Hat Yai, w Tajlandii stoi spora pagoda wykonana z chromowanych rurek obwieszonych dzwonkami – zupełnie absurdalne przeżycie typu koniec internetu. Niezwykły jest kicz w każdej postaci, cała ta drobna zgnilizna.

Dźwiękowa ekologia jest dla mnie interesująca - robią na mnie wrażenie działania Hemptona, ale też drobiazgi, na które co i rusz się natykam - głosy ptaków są od lat coraz wyższe bo zagłuszają je dźwięki cywilizacji i muszą się przystosować, ptaki które naśladują odgłosy zaczynają naśladować piły motorowe, alarmy.

Starasz się ukryć cywilizację w swoich nagraniach?

TM. Nie, to jest coś czego trochę nie rozumiem, a co się powtarza - wrażenie, że skupiam się na przyrodzie. Może to wyraźniejsze jest, kiedy spojrzysz na nagrania, które udostępniam cyfrowo, ale „Bikes in Hanoi”... jest właśnie o tym jak się ma ludzka audiosfera do tej "naturalnej", tak jak wspominałem. Dźwiękowa ekologia jest dla mnie interesująca - robią na mnie wrażenie działania Hemptona, ale też drobiazgi, na które co i rusz się natykam - głosy ptaków są od lat coraz wyższe bo zagłuszają je dźwięki cywilizacji i muszą się przystosować, ptaki które naśladują odgłosy zaczynają naśladować piły motorowe, alarmy. To jest smutne, ale i niezwykłe. Interesują mnie pola graniczne, coś co jest rodzajem zakłócenia. Nie chcę być zaszufladkowany jako ktoś kto nagrywa ładne rzeczy w Azji - to trochę przypadek, że tam się znalazłem. Pogodziłem się z tym, że mam słabość do estetyzowania wszystkiego. Wracając jeszcze do kwestii cywilizacji - ostatnia płyta saamleng, to głównie cywilizacja - po powrocie z Nepalu, słuchając nagrań stwierdziłem, że najbardziej mnie zainteresowało, jak nowoczesność przenika prostą i tradycyjną muzykę, jak ona istnieje w praktycznie użytkowej formie modlitw, jak jest poddawana amplifikacji, której jakość jest na pograniczu usterki/przesterowania, to jak ta muzyka istnieje w przestrzeni, kontekst reakcji - niemal na samym początku płyty jest nagranie zabawy, coś co zdaje się być jakimś bolywoodzkim muzakiem, przez śpiew i okrzyki ludzi nabiera innego wymiaru. Dalej jest nagranie odległej muzyki zrobione w Katmandu wieczorem - zawsze mnie fascynował dźwięk odległych dyskotek, to jak wieczorem w mieście, pogłos, setki odbić zacierają czytelność dźwięku. To według mnie dotyka najważniejszych dziś aspektów naszej cywilizacji - tego jak nierównomiernie się rozwijają różne jej aspekty, jak tradycja adaptuje nowoczesność jednocześnie z nią walcząc, dosłownie przedwczoraj pod jedną ze świątyń w Bangkoku kupiłem pierwowzór Budda machine - siermiężnie wykonane urządzenie odtwarzające w pętli fragmenty pieśni religijnych, modlitw, miarowy stuk świątynnych bębnów, do tego jest "telewizorek" z przesuwającą się podświetloną kliszą ukazującą różne wizerunki Buddy, taka plastikowa Maryjka na wodę święconą na sterydach. Wspominam o tym bo to jest nasza cywilizacja miksująca wszystko - pragmatyzm, zacofanie i technologię, wzniosłe idee w skarlałym opakowaniu, kicz. Buddyzm czy hinduizm ze swoimi kiczowatymi świątyniami nie ustępuje polskiemu katolicyzmowi, ale ma jeden niesamowitą rzecz, wszystkie młynki, gongi, dzwony, bębny, które pozostają do dyspozycji wiernych. To jest bardzo pociągające dźwiękowo, a za razem nie jest tym czego nieraz oczekujemy. Myślimy o medytacyjnym charakterze jakiś ostojach ciszy w których jedynie powoli wybrzmiewają te instrumenty. Tymczasem to jest, jak to elektryczne pudełeczko - często pełne fałszywych tonów, zgiełku chaotycznego dzwonienia, niemal maszynowego zgrzytu, przy dodatkowym akompaniamencie zarzynanych skuterów - każdy z tych dźwięków ma czysto pragmatyczny cel, by jakiś wyższy byt komuś coś dał. Mamy więc drobne urządzenia służące do poprawy naszego bytu, za sprawą dość abstrakcyjnych wibracji, ruchu, dźwięku - to chyba kwintesencja naszej cywilizacji. Nie mówię tego wszystkiego, żeby wypierać się fascynacji przyrodą, kieruję się nieco innym kluczem. Wszystko co brzmi ciekawie jest dla mnie interesujące.

 
Co jest dla ciebie najciekawsze; proces nagrywania, miks materiału, czy odsłuch nagrań? 

TM. Zdecydowanie nagrywanie, właściwie sam proces słuchania. Kiedy patrzysz przez obiektyw masz zawężony obraz, mikrofon zdaje się działać odwrotnie, potęguje wszystko, ale też powoduje pewną kompresję dynamiki. To jest trochę hipersłuchanie. Mając słuchawki na uszach, podświadomie masz wrażenie izolacji, która zmusza mózg do bardziej analitycznego słuchania.

Miks jest przyjemnym obowiązkiem - to ostatni etap kiedy tych nagrań wnikliwie słucham i odkrywam ukryte drobiazgi, kiedy całość jest gotowa sporadycznie do niej wracam, zwykle w kontekście kolejnych projektów. Słuchanie czegoś nad czym pracuje wiąże się z pewną euforią, potem to mija. Pierwszy odsłuch nagrań bywa ciekawy, ale może być też rozczarowujący, nawet jeśli nagrywasz w skupieniu, wiele potrafi umknąć uwadze, raz to dobrze, bo odkrywasz kolejne ciekawe plany, innym razem niekoniecznie, bo schrzaniłeś nagranie źle ustawiając mikrofony. Jest też wiele zjawisk psycho-akustycznych które okazują się niemożliwe lub bardzo trudne do reprodukcji i coś niesamowitego na żywo odtworzone z głośników blaknie.

Mam tyle czasu co wojenny reporter - spocony rzucam niedopity napój, żeby wydobyć sprzęt chwilę po idealnym ujęciu.

Twoje realizacje brzmią potężnie i bardzo intensywnie, a także niezwykle wręcz klarownie. Jak wygląda u Ciebie etap postprodukcji? W jakim zakresie przy pracy nad rejestracjami wykorzystujesz swoje doświadczenie studyjno-muzyczne?

TM. Doświadczenie studyjno-muzyczne nauczyły mnie dbałości o materiał wyjściowy, to jest trudne zarówno przy improwizacji jak i nagraniach robionych ad hoc. Nie wiem czy w potężnym brzmieniu jest moja wielka zasługa - wybieram zwykle techniki mikrofonowe podkreślające stereofonię i przestrzenność nagrań, ale tak jak wspominałem w studiu unikam szczególnych sztuczek. Kilka lat praktyki doprowadziło mnie do punktu w którym mam swój ulubiony zestaw, który jest dość minimalny, bo to tylko recorder i para dookolnych mikrofonów. Kiedy zaczynałem grać byłem pod dużym wpływem tego co robił Planck, Faust, idei studia jako instrumentu, teraz raczej staram się postprodukcję minimalizować i w nagraniach i w muzyce, to wiele ułatwia. W studiu zwykle unikałem nagrań mikrofonowych jak ognia, bo przy dyskusyjnej akustyce, słabym sprzęcie i umiejętnościach były z tym zawsze problemy. Dziś raczej do studia przenoszę doświadczenia z terenu, ale to cały czas są dwa światy. Być może byłoby trochę inaczej gdybym częściej siedział w głuszy lub nagrywał jakieś statyczne obiekty, mógłbym spędzić wtedy godzinę szukając idealnego ustawienia mikrofonów, tymczasem zwykle mam tyle czasu co wojenny reporter - spocony rzucam niedopity napój, żeby wydobyć sprzęt chwilę po idealnym ujęciu. Jest oczywiście kilka uniwersalnych tricków, które tyczą się każdego nagrania i jeśli wcześniej nie stykałbym się z programami do edycji dźwięku byłoby mi trudniej, sporo czasu zajęła mi nauka nienadużywania korekcji, pewnie bym zrobił sporo głupich rzeczy nie zdając sobie sprawy jak działają kompresory, limitery etc… Chyba większość tych studyjnych doświadczeń ma nieco filozoficzny charakter - mniej to lepiej, ha ha.

Jest coś takiego w procesie rejestracji, czego się unika, bądź się to nie sprawdza w nagraniach?

TM. To chyba zawsze zależy od celu, który chcesz osiągnąć, jest trochę technikaliów, na które lepiej uważać - nie przesterować nagrania i utrzymać je na sensownym poziomie głośności by szumy rejestratora nie były dokuczliwe, ustrzec się przed podmuchami wiatru. Jeśli masz studyjny background warto uświadomić sobie, że otoczenie to nie piec gitarowy i nieraz warto szerzej rozstawić mikrofony, przygotować się na większe skoki dynamiki. Większość osób rozpoczynających przygodę z nagraniami zacznie z prostym rejestratorem z wbudowanymi mikrofonami - warto eksperymentować z ustawieniem ich względem źródła, nie zawsze bliżej znaczy lepiej, ale trudno o ewidentne, jednoznaczne błędy. Warto z dystansem traktować nazwę handheld recorder - trzymanie go w ręku, w bezruchu przez 5-10 minut bywa wyczynem. Trzeba słuchać i znać ograniczenia sprzętu. Lepiej też wszystko sprawdzić samemu, można odkryć coś ciekawego.

Czy istnieje jakieś tabu towarzyszące praktykom nagrań terenowych, czy podczas rejestracji zdarzają się sytuacje, które wywołują dyskomfort u Ciebie, bądź wśród nagrywanych?

TM. Nie wiem czy istnieje jakieś tabu, pewnie w niektórych kręgach sprzętowych fetyszystów nagrywanie w zbyt niskiej rozdzielczości. Nie jest to chyba środowisko typu urban exploration z określonymi zasadami, które można by było złamać. Wystarczy zachować podstawowe zasady przyzwoitości. Jeśli chodzi o dyskomfort to oczywiście co innego, bo kiedy nagrywasz wśród ludzi, sterczysz ze sporym, poważnie wyglądającym mikrofonem w osłonie przeciwwietrznej chciałbyś być niezauważonym obserwatorem, a to niemożliwe, jeszcze gorzej kiedy jesteś obcy i zwracasz uwagę nawet bez mikrofonu. Nie każdy chce być nagrywany, tak jak nie chce być fotografowany. Z drugiej strony pytanie o pozwolenie zawsze kiedy masz nacisnąć record jest absurdem i raczej przeciwskuteczne.

Sam czułbym dyskomfort kiedy nagrania byłyby zestawiane tak by coś zakłamywać lub ewidentnie łamały czyjąś sferę prywatności. Głównie ze względów wygody mój zestaw jest mocno zminimalizowany, używam mikroskopijnych mikrofonów przyczepionych zwykle do rękawów, sam stanowię statyw - można powiedzieć, że ukrywam fakt, że coś nagrywam i to nie jest ok. Każdy jest jednak w stanie powiedzieć, kiedy przekracza granicę.


 
Strzeżemy głównie swojego wizerunku, dźwięk mało kogo obchodzi

Mikrofon wzbudza większe zaufanie niż obiektyw aparatu?

TM.  Mikrofon nie wzbudza zaufania, tak jak obiektyw - oczywiście raz jesteś ignorowany, raz nie, jeśli jest to kłopotliwe to dlatego, że ktoś zaczyna to komentować, żartować, ale to sporadyczne sytuacje, strzeżemy głównie swojego wizerunku, dźwięk mało kogo obchodzi. Zwykle jak nagrywam wśród ludzi jest tak wielki tłum, że nikt na to nie zwraca uwagi. To jest też dość banalna kwestia tego jak wygląda aparat i robienie zdjęć komuś, a jak wygląda mikrofon i nagrywanie.

  
Zgodziłbyś się z tezą, że nagrania terenowe, mające w szczególności zwrócić uwagę na nasze otoczenie dźwiękowe, pobudzają w pierwszej kolejności wyobraźnie wizualną?

TM. W pierwszej kolejności potrzebujemy obrazu, kiedy nasz mózg atakowany jest dźwiękiem w oderwaniu od niego stara się uzupełniać lukę. Nieraz zastanawiam się czy dobrze, że na okładkach saamleng są zdjęcia... mam gdzieś z tylu głowy pomysł na zebranie i zestawienie tak abstrakcyjnych nagrań by bez kontekstu były jak najbardziej mylące. Jest niewiele analogii pomiędzy naszymi zmysłami, tym jak ich używamy jak się adaptują do konkretnej sytuacji. Kiedy coś słyszymy, a nic nie widzimy czujemy niepokój. Wystarczy spojrzeć na zwierzęta, które często bez mrugnięcia znoszą wszelką muzykę a bardzo nerwowo reagują na field recordingi, nie polecam puszczać miułczenia swoim kotom. Sporo prezentacji field recordingów odbywa się w ciemności co jest w sumie zachętą do wizualizowania sobie tego co słyszymy…

Chciałbym jeszcze zapytać o tytuły i didaskalia towarzyszące nagraniom terenowym. W twoich wydawnictwach i w zdecydowanie większej części rejestracji na jakie natrafiłem istotnym punktem było udokumentowanie lokalizacji i czasu zapisu. Czy nagrania z field recordingami pozbawione tego odniesienia do czasu i miejsca tracą coś, np. swoją wiarygodność?

TM. Nie sądzę by nagrania pozbawione punktu odniesienia traciły cokolwiek. Miejsce i czas ułatwiają mi domknąć jakąś całość, ale to tylko tło tego co istotne. Trudno mi wypowiadać się za innych, nie zbliżam się nawet do jakiegoś autorytetu, ale sam pozostawiam ten punkt odniesienia, bo traktuję te płyty trochę reportażowo, ale to są zwykle tylko najogólniejsze sygnały, bez dokładnych dat, lokacji wyznaczanych z GPS. Tytułuję nagrania trochę bezwiednie, często w taki sposób jak je nazywam na własne potrzeby. Bo dla porządku chcę pamiętać, że to był wieczór, a tamto było nagrane w tej a nie innej świątyni. Mam sporo nagrań, których nie nazwałem i nie potrafię określić co to było, na co powinienem zwrócić uwagę, dźwięk jest szalenie abstrakcyjny. A Winter Day on Tarutao Island jest dość konkretnym sprecyzowaniem czasu i miejsca bo takie ujęcie tego materiału wydało mi się uczciwe - byłem tam dwa razy, zawsze w grudniu, nie mam pojęcia, czy dźwięki które wybrałem są reprezentatywne dla czegokolwiek więcej niż ten jeden zimowy dzień. Opakowanie tych dźwięków może robi im krzywdę. Warto słuchać brzmienia, subtelnych wibracji, które sprawiają, że pewne dźwięki w niepowtarzalny sposób istnieją gdziekolwiek i kiedykolwiek, wszędzie i zawsze są wiarygodne, nie miną. Właściwie są jakimś stałym punktem odniesienia. Muzyka, sztuka, zwłaszcza ostatnio, jest opętana aktualnością, pędem do przodu, puki nie pojawi się wyraźnie doskonalsza forma rejestracji i reprodukcji dźwięku te nagrania będą zawsze tak samo wiarygodne, zwłaszcza odarte z didaskaliów.

 
 
O NAGRANIACH TERENOWYCH CZYTAJ RÓWNIEŻ TU

- Film bez obrazu / Rafał Kołacki + Mirt

Foto: Tomek Mirt i Magda Ter

Hub z recenzjami vol.2 (2018) >>> M8N / BRZOSKA + MARCINIAK + MARKIEWICZ / NOËL + PLESZYNSKI + MAZZOLL / SNY PANNY Z WANNY / DREKOTY

0
0


M8N „The ULSSS” / 2018 / Sadki Rec.

Miron Grzegorkiewicz i jego nowy projekt M8N realizowany cyklicznie na przestrzeni ubiegłego roku doczekał się niedawno oficjalnej premiery. W nagraniu wzięło udział wiele znakomitości rodzimej sceny alternatywnej; Karolina Rec, Kamil Pater, Mateusz Franczak, Marek Karolczyk, Jacek Mazurkiewicz, Barbarka Kinga Majewska, Krzysztof Dziubak, Adam Podniesińsk, Irek Wojtczak, czy Pete’a Simonelli, którego możecie kojarzyć z udziału w nagraniach serii Populista (Bôłt Records). Księżycowa muzyka Grzegorkiewicza czerpie jeszcze z repertuaru jego macierzystej, niestety nieistniejącej już formacji How How, nagrywającej osobliwą i mocno eksperymentalną wersję muzyki pop. Chwytliwe piosenkowe i melodyjne motywy wyłaniają się tutaj z rozmytych ambientowych impresji, tworząc oniryczną, nieco kampową aurę. Autor pozwala narracji swobodnie dryfować, rozlewać się w amorficznych zaciekach, co sprawia, że słuchacz niczym tytułowy Odyseusz błądzi w muzyce bez drogowskazu. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że również sam Grzegorkiewicz błądzi zostawiając sobie zbyt wiele kompozycyjnej swobody. Znajdą się tu co prawda fragmenty zjawiskowe jak gościnny wokal artystki wokalnej Barbary Kingi Majewskiej, czy przebojowy „Digging”, ale w przeważającej części „The ULSSS” narusza granicę przekombinowania i nijakości.


  

BRZOSKA / MARCINIAK / MARKIEWICZ „Brodzenie” / 2018 / Fundacja Kaisera Söze

Mariaż poezji i improwizacji (nie mylić z poezją śpiewaną) ma w Polsce bogate tradycje, by wspomnieć te nieco starsze jak Świetliki i Oczi Cziorne; czy nowsze Rafał Gorzycki, Olo Walicki. Ślady wszystkich wymienionych projektów usłyszymy w nagraniach tria Brzoska / Marciniak / Markiewicz. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, bo inspiracje są zacne, jednak poza nimi niewiele znajdziemy na „Brodzeniu” własnej, osobnej inwencji, za pomocą której można by spleść poezję z muzyką. A szansa na to była dość spora, wystarczyło aby autor muzyki Łukasz Marciniak (Makemake) pozostał bardziej konsekwentny w budowaniu swojej gitarowej wypowiedzi i stronił od melodyjnych i piosenkowych aranżacji („Basquiat” „Joan Miró...”, „od pierwszego wejrzenia”, „sztafeta”, „mleko”) . Jego gra jest niezwykle sugestywna w najbardziej ascetycznych i eksperymentalnych momentach, gdzie do głosu dochodzą efekty i sonorystyczne zabiegi („drun drun”, „egzotarium”), bądź tam gdzie akustyczne solo (jak słusznie zauważył Bartek Chaciński) przypomina gitarowe medytacje Raphaela Rogińskiego („(p)atti (s)mith”, „klepsydra”, „jedni i drudzy”). Marciniak jest niekwestionowanym bohaterem tej płyty, czego nie mogę powiedzieć o deklamującym swoje wiersze Wojciechu Brzosce, któremu w moim mniemaniu nie udaje się wykreować przekonującej formy wokalnej ekspresji. Jest za to konsekwentny w powielaniu intonacji wymienionych na wstępie twórców. Co do poezji, to choć bardzo mnie korci to jednak nie powinienem się wypowiadać, bo nie jest to bliska mi dyscyplina. Intuicja podpowiada mi jednak, żeby zachować rezerwę. Przy takim rozstrzale artystycznych postaw, obecność w składzie Marcina Markiewicza staje się niezauważalna. Trębacz dopełnia tę relację subtelnie, jakby mając świadomość że nie pozostało mu już wiele miejsca na zaprezentowanie własnej wizji. Podobnie jak w przypadku Marciniaka, trąbka wypada najciekawiej we fragmentach intymnych i eksperymentalnych. Nie wątpię że dużo dobrych intencji było włożonych w prace nad tą płytą, nie mniej brak spójnej i konsekwentnej wizji nad formą albumu sprawiają że „Brodzenie” trudno mi uznać za płytę udaną.


  

NOËL / PLESZYNSKI / MAZZOLL „Green” / 2017 / Antidepresant Records

Podobnych problemów z ujednoliconą koncepcja nagrań próżno szukać na płycie tria Noël, Pleszynski i Mazzoll, których materiał porusza się w dokładnie tym samym kontekście co wspomniane wyżej „Brodzenie”. Trudno się dziwić, mamy bowiem do czynienia z wyjadaczami. Oś nagrania stanowią dzienniki Ann Noël, mieszkającej w Berlinie awangardowej artystki kojarzonej z ruchem Fluxus. Jej zarejestrowany głos stał się kanwą improwizacji duetu Mazzoll - Pleszynski, który już niejednokrotnie współpracował ze sobą. Role są tu więc naturalnie określone. Pleszynski przy pomocy sparowanej z gumowych węży trąbki eksponuje długie przedęcia i dronujące smugi, do których Mazzoll dogrywa zwiewne i lapidarne klarnetowe ornamentacje. On też napędza dynamikę akompaniamentu, posługując się wydawanymi za pomocą klapek instrumentu rytmicznymi stuknięciami, szkicując grubym tonem chropowatą fakturę, bądź okraszając słowa Noël krótkim, melodyjnym komentarzem. Wymiana dźwięków między Mazzollem a Pleszyńskim jest wobec przytaczanych wspomnień i anegdot Noël przytomnie lapidarna i nadaje im filigranowej, acz kunsztownej ramy.

  
SNY PANNY Z WANNY - OLGA HANOWSKA „Folk botaniczny” / 2018 / samowydanie

Olgę Hanowska możecie kojarzyć ze współpracy z Marcinem Dymiterem na ostatniej płycie jego projektu Niski Szum, nad którym rozpływałem się tu. Solowy materiał skrzypaczki, ma jednak niewiele wspólnego z miejskim folkiem, czy rodzimą wersją alt country słyszalną na płycie „Siedem Pieśni Miejskich”. Jakby w kontrze do miejskich proweniencji Hanowska zatytułowała swój solowy debiut „Folk botaniczny”. Szukając prostego przełożenia ów terminu, możemy odnaleźć go w tytułach kompozycji dedykowanych gatunkom rodzimej flory polnej i leśnej, typowej dla Kaszub skąd pochodzi artystka. Mimo mocnego osadzenia w lokalności, twórczość ludowa pojawia się u Hanowskiej subtelnie i nastrojowo. Clou materiału stanowią melodyjne skrzypcowe kompozycje, oszczędne i malownicze zarazem. Autorka podchodzi do swojego instrumentu w klasyczny sposób nie siląc się na awangardowe dekonstrukcje, sonorystykę, bądź brzmieniowe modyfikacje. Siłą jej muzyki jest prostota i melodyjność. Ta druga swobodnie wpadająca w ucho muzycznymi ilustracjami; niespieszna i nie przegadana, a przy tym zmysłowa jakby muśnięta fluidem melancholii. Smaku muzyce kompozytorki dodają elektroakustyczne przerywniki, fragmenty nagrań terenowych, elektroniczny akompaniament, i akustyczne instrumenty towarzyszące m.in kalimba i piszczałki, cytra, flety i okaryny. Hanowska na swojej płycie operuje subtelnościami, a jej ekspresja nacechowana jest powściągliwością. Równie osobliwe co muzyka artystki jest fizyczne wydanie tej płyty, ale o tym warto przekonać się osobiście.

Sen godzina 13:11 from Olga Hanowska on Vimeo.


DREKOTY „Lub maszyna dzika trawa” / 2018 / Thin Man


Muzyka Drekotów jest kokieteryjna i przewrotna. Flirtuje ze słuchaczem, uwodzi go, a kiedy poczuje się on już bezpiecznie umoszczony w melodyjnym repertuarze, wtedy pokazuje pazury, wierci dziurę w brzuchu i jątrzy. Na płycie „Lub maszyna dzika trawa”, która zasłużenie zbiera zewsząd pochwały i zachwyty, można odnaleźć ogromny przebojowy potencjał kompozycji, który ujawnia się w postaci  wpadających w ucho melodii i ciekawie zaaranżowanej dramaturgii. Ów przebojowość przekornie, ale i z artystycznym wyrafinowaniem hamowana jest przez ociężałość rytmu, którego głównym fundamentem jest zjawiskowy perkusyjny prymitywizm liderki zespołu Oli Rzepki. Ogromny wpływ na tak smakowity i niebanalny całokształt płyty miał z pewnością fakt zrealizowania jej „na setkę” w studiu. Za sprawą takiej koncepcji nagraniowej zjawiskowe melodie nabierają charakteru i zyskują autentyczności. Zamiast zmysłowości i gładkości pojawia się kanciastość brzmienia, chropowatość i intrygujący dyskomfort, obecny także w tekstach. Te, wyśpiewywane łagodnym głosem skrywają wewnątrz tajemnice i plączą się niczym warkocz poetyckich metafor i surrealistycznych kalamburów. Muzyka Drekotów jak trafnie ocenił Jakub Knera w Popupie tli się. Ten pośredni stan między wygaśnięciem, a erupcją wyzwala efekt ciągłego napięcia i wyczekiwania, co pozwala na dłużej przyciągnąć uwagę słuchaczy. Im głębiej w płytę tym robi się coraz bardziej smakowicie, i onirycznie, również za sprawą plejady zaproszonych do nagrania gości.



Kaseta jest szczera - wywiad z Mateuszem Wysockim

0
0


Jakiś czas temu odbyłem z Mateuszem Wysockim z Pawlacza Perskiego luźną rozmowę na messengerze o kasetach magnetofonowych. Szybko jednak dostrzegliśmy wartość tej polemiki i zdecydowaliśmy się jej treść upublicznić w formie wywiadu. Dyskutowaliśmy m.in. o tym jak ów nośnik postrzegany jest przez odbiorców muzyki; o właściwościach fizycznych i dźwiękowych kasety, roli jaką odgrywa w kształtowaniu polskiej sceny muzyki eksperymentalnej. Z odpowiedzi Wysockiego wykluwa się klarowna wizja ukazująca kulturotwórczy potencjał kasetowych wydawnictw.

Jaki jest koszt wydania jednego tytułu na kasecie? I co wchodzi w koszty tego wydania?

Mateusz Wysocki: Koszt zależy od nakładu i kilku innych rzeczy. Trzeba zapłacić za kasety, opakowania, poligrafię. Kalkulator zazwyczaj wskazuje 500 złza 50 sztuk, a do tego trzeba jeszcze doliczyć mastering.

Jednak z początku Pawlacz Perski był netlabelem. Kasety odkryliście dopiero w 2014?

MW: Sprawa z kasetami jest prosta. Mam zajebistą kobietę i ona motywuje mnie do wielu rzeczy. Któregoś dnia powiedziała mi wprost, że Pawlacz – jako netlabel - jest byle jaki i powinniśmy na serio się za niego zabrać. Przegadałem temat z Leszkiem (Lech Nienartowicz współzałożyciel labelu) i tego samego dnia już obczajaliśmy jak się prowadzi kasetowy biznesik, skąd sprowadzać artykuły. Także można uznać, że to Justyna stoi za przejściem na nośnik, choć bezpośrednio nie zasugerowała kasety.

Co z know-how?

MW: Podstawowe info techniczne zgarnąłem od Michała Turowskiego. Większość informacji okazała się zupełnie bezużyteczna, bo Michał wówczas nie zwracał uwagi na jakość i musiałem się sam nauczyć jak porządnie nagrywać kasety. Chcesz otworzyć label?

Nie. Chciałem napisać tekst o scenie kasetowej w Polsce.

MW: Fajnie, tekst o kasetkach to szczytny cel. Im więcej osób zacznie to traktować jako poważne zjawisko, a nie hipsterską modę tym większe szanse na przeżycie mają labele takie jak Pawlacz.

Mateusz Wysocki (Fischerle) - producent muzyczny, współzałożyciel labelu Pawlacz Perski
FOTO: Justyna Kociszewska

„Im więcej osób zacznie to traktować jako poważne zjawisko, a nie hipsterską modę tym większe szanse na przeżycie mają labele takie jak Pawlacz.”


Sugerujesz że Pawlacz nie przeżyje?

MW: My sobie robimy przerwę w Pawlaczu. Mamy jeszcze dwa wydawnictwa, jedno w kwietniu, drugie w czerwcu i do końca roku zawieszamy temat, żeby wymyślić jakieś nowe metody dotarcia z kasetami do ludzi. Najbardziej męczy mnie to, że wszystko się kręci wokół tej samej grupy. Taki zaklęty krąg. Chciałbym, żeby kasety zaczęły trafiać do przypadkowych osób.

A jak to dotarcie kształtowało się przez ostatnie lata?

MW: Różnie. Raz poszedłem na targi i próbowałem handlować, rzutem na taśmę sprzedałem może z 3 sztuki. Bezpośredni kontakt z klientem i pogadanki to coś, do czego zupełnie się nie nadaję. Cała sprzedaż idzie przez Bandcamp, kupuje głównie zagranica i bardzo się z tego cieszę.

Może większość potencjalnych odbiorców w Polsce nie ma magnetofonów?

MW: Ale to jest koszt 300-400 zł za dobrego Akai, to nie są wielkie pieniądze.

W dobie powszechnej cyfryzacji, miniaturyzacji ma sens taka inwestycja?

MW: Według mnie to jest sprzężenie zwrotne. To my sami mamy wpływ na to jaki jest duch czasu. Im więcej będzie się mówić o cyfryzacji, tym więcej osób będzie podawać to jako kluczowy argument. Każdy w życiu ma jakieś dziedziny, w których nieustannie podejmuje wysiłek, więc czemu kaseta, jako przedmiot tego wysiłku, miałaby być czymś wyjątkowym?

Ale o czym tu dyskutować? Postęp technologiczny to fakt.

MW: Wyznaję podejście, według którego wybieram sobie różne technologie, a nie ślepo kieruję się tym, co aktualnie najnowsze. Nigdy nie przerzucę się na Kindla, bo kontakt z papierem i zapach książek do dla mnie podstawa, choć powoli tego typu wypowiedzi zaczynają brzmieć pretensjonalnie. Czy kasety są w stanie zawojować rynek, tego nie wiem. Pytanie czy koniecznie muszą go zawojować – być może emergencja zachodzi przy dużo mniejszej ilości, niż to sobie wyobrażamy. Może wystarczy, że kasetami zacznie się interesować 10 razy więcej osób i to ożywi cały biznes. Szedłbym bardziej w tym kierunku.

Wydaje mi się że zainteresowanie kasetami jest na poziomie zainteresowania analogową fotografią. Zaś jeśli chodzi o książki to też lubię zapach papieru, druku i książkę jako obiekt, jednak wszystkie pozycje (pomijając komiksy i albumy) z mojej biblioteki chętnie wymieniłbym na pliki. Stawiasz sprawę opozycyjnie, z jednej strony gonienie za technologiami, z drugiej zjawisko napędzane sentymentem ja wybieram praktyczność. Kulturotwórczą siłę zjawiska kasetowych labeli upatruję nie w samym nośniku, ale w tym że ten fenomen wydawniczy zwrócił uwagę na istnienie ciekawych zjawisk muzycznych. Samym nośnikiem się nie ekscytuję, żadnym zresztą. Każdy przedmiot to problem, mimo że pięknie wygląda.

MW: Może tak to zabrzmiało, natomiast w praktyce chyba unikam, aż takiej opozycyjności. W studio mam świeży sprzęt, np. moduły, które wyprodukowano 2 lata temu, ale mam też czteroślad tascama z lat osiemdzięsiątych i to działa ze sobą znakomicie. Uważam, że pojęcie praktyczności cały czas ewoluuje i jest cudownym wabikiem. Dziś wszystko musi być praktyczne i funkcjonalne, żeby się sprzedawało. Pamiętam jakim zaskoczeniem była dla mnie Trzecia Fala organizowana przez Łukasza Strzelczyka - robił ją przekornie w Białobrzegach, jakieś 30 km za Warszawą, a jednak ten cykl zazwyczaj cieszyły się dużym zainteresowaniem. Ludzie poświęcali sporo czasu na dojazd, żeby wziąć w tym udział. Powrót również nie należał do najprzyjemniejszych - ostatni autobus odjeżdżał po 23, akurat kiedy odpalałeś trzecie piwko. Patrząc z perspektywy czasu, Trzecia Fala to była impreza-kaseta właśnie. Obserwując rynek muzyczny widzę, że wytwórnie kasetowe, jako jedne z niewielu mają bardzo specyficzne profile, te profile są zakrzywione, nieregularne, to jest niezwykłe. Porównaj A Giant Fern, Tymbal Tapes albo Orange Milk Records z zachowawczymi, homogenicznymi katalogami Prologue albo Stroboscopic Artefacts, w których muzycy produkują w kółko to samo jakby obowiązywała ich jakaś średniowieczna reguła. Albo z ECM, z czymkolwiek.

Z Instant Classic.

MW: No właśnie, Instant to monolit, serial, w którym grają ci sami bohaterowie i doskonale wiesz, co wydarzy się za kilka odcinków. Nie ma tu wewnętrznej dynamiki, choć sama muzyka, wyjęta z kontekstu wytwórni, jest fajna. Praktyczność i przewidywalność są dzisiajsexy, choć kiedyś kojarzyły się z jałowością i brakiem finezji.

„Obserwując rynek muzyczny widzę, że wytwórnie kasetowe, jako jedne z niewielu mają bardzo specyficzne profile, te profile są zakrzywione, nieregularne, to jest niezwykłe”.


Praktyczność to umiejętność radzenia sobie z ograniczeniami. Technologia w tym pomaga. Zamiast rozkminiać gdzie upchnąć kolejne książki, płyty i kasety mogę to wszystko trzymać w chmurze, bądź na dyskach.

MW: Przedmioty zajmują miejsce, to fakt. Ale mi chodzi mi o coś ogólniejszego, o to, że kasetowy nośnik aktualnie wymaga poświęceń i przełamania impasu, ale w nagrodę przywiązuje słuchacza mocniej niż transparentne mp3. To jest kaseta, to żyje, serio. Ciągle dostaję od znajomych płyty CD i oddaję je nierozpakowane innym znajomym. Poza tym, w moim odczuciu, kasety są piękne.

O to to! „Kasety są piękne”. W większości wypowiedzi artystów i wydawców ze sceny kasetowej ten argument pada jako pierwszy. Nie do końca mnie to nie przekonuje. Płyty również są piękne. Nie wydaje mi się, aby kasety były piękniejsze od płyt.

MW:To trochę jak dyskusja o tym, czy ładniejsze są blondynki czy brunetki. Może kasety wydają mi się ładniejsze, bo jest ich mniej w obiegu?

A co z brzmieniem kasety, osobliwością tego brzmienia? To do mnie bardziej przemawia niż argument, że to ładny przedmiot.

MW: To jest podstawa. Taśma interpretuje dźwięk w charakterystyczny sposób, kompresuje go i delikatnie zmienia proporcje między pasmami. Dla mnie kaseta jest naturalnym nośnikiem, bo zawiera szum, a szum to jeden z podstawowych składników mojej muzyki.

Wiesz, w latach 80-00 miałem zatrzęsienie kaset zarówno tych „oryginalnych” jak i przegrywanych. Pamiętam jak niemiłosiernie irytował mnie ten nośnik. Nienawidziłem właśnie tego szumu, który oblepiał całą muzykę. Chciałem wsłuchiwać się w szczegóły, cieszyć brzmieniem i wciąż poszukiwałam takiej kasety, która szumiała by mniej niż inne. Z nikłym skutkiem. Od kiedy trwa u Ciebie fascynacja kasetą, muzyką z kasety, brzmieniem kasety?

MW: Pierwszych nagrań hip-hopowych słuchałem na kasetach. To było około 2000 roku, wtedy wszystko szło na kasetkach. Odsłuchiwaliśmy je po 500 razy.Jechałem w zeszłym tygodniu swoim gratem z jedną kasetą na pokładzie. Przesłuchałem ją kilka razy pod rząd i było miło. Ta kaseta to były duby Xokiego. Świetnie to leży na taśmie.

Jasne, ale gdyby ten hip-hop z  2000 roku były na CD też byś mielił ją wtedy 500 razy.

MW:Niekoniecznie, bo brzmienie CD mnie nie angażuje. CD nie ma brzmienia, kaseta zawsze daje coś od siebie.

Ale dopiero teraz masz tego świadomość.

MW: Wtedy faktycznie nie zastanawiałem się nad tym, bo nie było wyboru wśród nośników, ale ten szum przeniknął we mnie gdzieś głębiej. CD daje złudzenie doskonałości i precyzji, ale te jakości nie istnieją w muzyce. Kaseta jest szczera i niczego nie udaje. To do mnie trafia.

„Brzmienie CD mnie nie angażuje. CD nie ma brzmienia, kaseta zawsze daje coś od siebie.”


A nie uważasz że kaseta utrudnia dostęp postronnym do samej muzyki?

MW: Uważam, że może utrudniać podobnie jak dowolny inny nośnik, nie jest w tym ani lepsza, ani gorsza.

No ale chyba są jakieś proporcje między posiadaczami cd playerów i magnetofonów.

MW: Pewnie są, ale ich nie znam.

Kupuje od czasu do czasu kasety rodzimych wydawców, ale szczerze mówiąc, nie bardzo mam je gdzie odsłuchiwać. Z mojego grona znajomych magnetofon ma może jedna - dwie osoby, CD ma prawie każdy (choćby w komputerze).

MW: Cena jest taka sama, dobry deck kosztuje około 400 zł. Nie rozdrabniajmy się aż tak bardzo, Bartek. Wchodzisz na allegro i wyskakuje 50 magnetofonów Akai lub jakiejś innej dobrej firmy. Mam wrażenie, że podchodzisz do tego zagadnienia od strony utrudnień. Dla zajawkowicza trudności są nieistotne. Zakup decka, zamówienie kaset, cieszenie się muzyką, to wszystko.

To czemu jako wydawca udostępniasz muzykę również w plikach?

MW: Nie jestem na tyle ortodoksyjny. Gdy wyczuję moment, w którym same kasety wystarczą, chętnie zrezygnuję z plików. To mój ideał.

No ale czy nie kłóci się to trochę, z fascynacją brzmieniem, z fascynacją obiektem? Przecież to jest całkiem odmienna etyka słuchania.

MW: Gdyby zainteresowanie kasetami było większe, chętnie zrezygnowałbym z plików. Nie wyślę przecież 30 egzemplarzy danego albumu do recenzentów, bo przesłucha to może z trzech, a reszta przepadnie. To są względy marketingowo-praktyczne.

OK, ale na Bandcampie można kupić same pliki, nie chodzi mi o promocyjne wysyłanie.

MW: 90% sprzedaży w Pawlaczu to kasety w formie fizycznej. Nie narzucam swojej etyki słuchania innym osobom. Znam realia i rozumiem, że niektórzy chcą plików, a jako wydawcy zależy mi na tym, żeby muzyka z Pawlacza dotarła do jak największej ilości kumatych osób, a to że im nie robi różnicy czy dostaną mp3 czy kasetę to już ich osobista sprawa. Daję ludziom wybór, choć tak jak mówiłem, chciałbym sprowadzić wydawanie do samej kasety. Chciałbym, żeby było tylu kasetowych zajawkowiczów, żeby nie trzeba było myśleć o plikach, ale pliki mają się jak najlepiej. Chciałbym, żeby ludzie kupowali kasety w ciemno ufając gustom wydawców i ich „kuratorskiej” robocie. Sam zazwyczaj tak robię.

„Chciałbym, żeby ludzie kupowali kasety w ciemno ufając gustom wydawców i ich „kuratorskiej” robocie. Sam zazwyczaj tak robię.”


Czy to możliwe według Ciebie, i co musiałoby się stać, żeby to zatrybiło choćby na tyle, aby spełnić twoje oczekiwania względem zainteresowania kasetami?

MW: Niewiele. Według mnie nośnik musiałby stać się modny nie tylko wśród wydawców i zajawkowiczów, ale po prostu wśród słuchaczy. Nie oczekuję, że każdy słuchacz będzie na własną rękę rozkminiał o co chodzi z kasetami i dlaczego są takie fajne, dlatego tutaj moda mogłaby przyjść nam z pomocą.

W jaki sposób ten nośnik może się stać modny?

MW: Przez odpowiednie działanie mediów i wydawców - promowanie kasety, mówienie o zaletach tego nośnika, opowiadanie o swoistej otoczce kasetowego odsłuchu, a przede wszystkim – poprzez naturalne pojawianie się kaset w kontekście innych nośników, np. w sklepach muzycznych albo w rocznych podsumowaniach poczytnych magazynów. Zauważ, że opozycja zazwyczaj odwołuje się do jednego argumentu - to jest niepraktyczna hipsterska moda. Jaka kurwa moda?! Dajcie mi tę modę.

Tutaj w pełni się zgadzamy, jak może być modne coś co wydawane jest w kilkudziesięciu sztukach. Mówienie o modzie jest krzywdzące i zwyczajnie nieprawdziwe.

MW: Winyl udało się wypromować - jest artefaktem dj'ów. Kaseta też może nim być. Nad tym mocno pracuje np. Adam Frankiewicz. FOQL jako Tj Głupiec zaczyna grać sety z kaset. Nawet jeśli sami dj'e zaczną się interesować kasetami to automatycznie zwiększy to nakład i zapotrzebowanie.

Co masz na myśli mówiąc o otoczce kasetowego słuchania?

MW: Mam na myśli coś, co przywraca wyjątkowy status muzyki. Pieprzyć skipowanie tracków i chęć poznania wszystkiego (ale po łebkach). Kaseta to pokora wobec dźwięku, ćwiczenia z cierpliwości.

Do czego potrzebne jest to poświęcenie?

MW: Słuchanie i robienie muzyki to dla mnie czynności duchowe. Muzyka jestmoim"językiem" abstrakcji. Pozwala doświadczyć piękna. Zauważ, że jesteśmy zalewani dźwiękiem zewsząd i znieczuliliśmy się na niego. Wszystko już słyszeliśmy, a przynajmniej tak myślimy. Kaseta to ceremonia odsłuchu, w której czas jest nieistotny, a liczy się sam dźwięk. Lepiej tego nie ujmę.

Wszystko o czym mówisz doskonalę rozumiem, jestem z rocznika 80 więc wiem jakich poświęceń wymagał dostęp do kultury. Okres przedinternetowy to moment formowania się mojej wiedzy o kulturze i sztuce. Jednak tamten model w żaden sposób nie przystaje do dzisiejszej rzeczywistości. Czy to o czym mówisz może być docenione, przez dajmy na to millenialsów? Czy kasety to nie jest trochę taki romantyczno-pozytywistyczny wid? Czy może to działać na innych zasadach, niż ciekawostka, moda? Czy można zawrócić przyzwyczajenia narzucone przez bieg czasu i postęp technologiczny?

MW: Kurcze, nie wiem, nie mam pojęcia, mogę tylko spekulować. Wiem, że ludzie są leniwi i lubią iść na skróty. My jesteśmy nauczeni poświęceń, ale mogą nas one blokować. O podobne rzeczy można by zapytać w kontekście mojej muzyki - jest również wymagająca i nie trafia do każdego, ale nadal ją robię. W kulturze hip hopowej funkcjonuje pojęcie zajawki, dla mnie to ośrodek, wokół którego wszystko się kręci. Zajawka nie wymaga żadnego usprawiedliwienia, nie ogląda się na to, czy coś jest przydatne czy nie. Jeśli sprzedaż spadnie mi do 10 sztuk rocznie to i tak będę to robił.

Nie jestem przekonany czy tu chodzi o lenistwo. A nawet jeśli tak to nazwiemy, to chcąc nie chcąc jest to specyfika naszych czasów, może lepiej znaleźć sposób na komunikację z kimś uwikłanym w te nowe nawyki. Przecież priorytetem powinna być sama muzyka nie zaś to na jakim jest nośniku. Ktoś, kto będzie chciał zanurzyć się w muzyce, będzie miał potrzebę obcowania z nią, odczucia jej unikalności, zrobi to bez względu na nośnik.

MW: No jasne, chodzi tylko o jakieś prawdopodobieństwo i aspekt kuratorski. W necie, w formie cyfrowej miesza się wszystko aż do bólu, trzeba umieć przesiewać informacje. Kaseta daje mi większe prawdopodobieństwo, że trafię na coś wartościowego, bo znam kasetowy etos i wiem, co się za nim kryje. Paradoksalnie, kaseta jest odpowiedzią na to, jak bardzo pogubił się rynek fonograficzny i jak bardzo działa on w kategoriach „produktu”.

„Paradoksalnie, kaseta jest odpowiedzią na to, jak bardzo pogubił się rynek fonograficzny i jak bardzo działa on w kategoriach produktu.”


Wspomniałeś o bardzo ważnej rzeczy, o etosie. Co się kryje za etosem kasetowym?

MW: Pokora, ciekawość, otwartość, brak uprzedzeń, spokój i cisza. Usunięcie na daleki plan aspektu finansowego i skrócenie dystansu słuchacz – wydawca/muzyk.

Ale czy nie dotyczy to całego naszego rodzimego tzw. niezalu także tych preferujących inne nośniki?

MW: Podałeś wcześniej za przykład Instant Classic. Widzisz tam otwartość? Ja widzę zachowawczość. Ruchy w stylu Zimpel + Ziołek.

Trafiłeś w punkt.

MW: No właśnie, a jednak wytwórnia ta przewija się w kontekście niezalu. Dla mnie kaseta to również jakieś ryzyko. Zazwyczaj namawiam muzyków, żeby dla Pawlacza zrobili coś nowego, żeby spróbowali czegoś, co mają z tyłu głowy. Uwielbiam takie sytuacje. Chcę być świadkiem błądzenia i rozwoju muzyków w nowych kierunkach. Tak poniekąd rozumiem niezal, ale takie ujęcie mocno zawęża naszą rodzimą scenę. Co do Instant Classic - szanuję to wydawnictwo, uważam, że robią swoje, po prostu nijak nie klei mi się to z etosem niezalu.

Etos niezalu = etos kasetowy?

MW: Na to wygląda. Winyl równa się hajs. CD równa się hajs. Trzeba się kłopotać jak to sprzedać. Nie podpiszę się pod tym, że etos niezalu równa się etos kasetowy, ale coś w tym jest.

Podsumujmy zatem jakie są według Ciebie zalety kasetowego nośnika?

MW: Nie uważam, że kaseta jako taka jest lepszym nośnikiem niż jakikolwiek inny. To, co ujmuje mnie w kasecie to jej brzmienie i to, że nie używa makijażu jak CD. Kaseta interpretuje dźwięk na niej zawarty, co więcej - modyfikuje go nieznacznie przy każdym odsłuchu. Brzmienie muzyki zawartej na kasecie jest ułomne, nietrwałe, ale wolę je od złudnego hiperrealizmu, który i tak ulatnia się podczas konkretyzacji (np. słuchanie Raster-Notona w aucie). Poza tym kaseta dajeszeroką możliwość regulowania nakładu i produkcji w warunkach domowych. Fascynujący jest również sam obiekt - być może chodzi tu o proporcje, po prostu podoba mi się kształt kasety.


Wciągnięta taśma / Rzecz o polskiej scenie kasetowej

0
0


Kaseta magnetofonowa. Przez jednych traktowana pobłażliwie jako hipsterska fanaberia, jeszcze przez innych lekceważona, jako przedmiot niepraktyczny i zjawisko marginalne. Jeśli jednak z perspektywy ostatnich kilku lat spojrzymy na polską muzykę eksperymentalną, to jako element ją formujący, w pierwszej kolejności powinniśmy wskazać aktywność wydawniczą i kuratorską kasetowych labeli, które stały się inkubatorem dla licznych awangardowych zjawisk muzycznych.


Do napisania niniejszego tekstu zainspirował mnie 4 odcinek„Antyfoni”; cyklu realizowanego przez Jacka Staniszewskiego i Andrzeja Załęskiego na antenie TVP Kultura, dokumentującego zjawiska z rodzimej sceny eksperymentalnej. Bohaterami odcinka są Adam Frankiewicz (Grupa Etyka Kurpina / Pionierska Rec.); Emil Macherzyński (Palcolor / Jasień), oraz Kaśka Królikowska i Darek Pietraszewski (Pointless Geometry), którzy opowiadają o fenomenie rodzimej sceny kasetowej. Poniższy wpis jest próbą syntezy tego zjawiska, oraz zagadnień z nim związanych. Co jest unikalnego w kasecie magnetofonowej i dlaczego akurat tę formę nośnika upodobali sobie wydawcy związani ze sceną eksperymentalną? Czy muzyka zyskuje coś będąc wydawana na kasecie? Czy jest jakaś forma muzyczna, która może być wyrażona jedynie za pomocą kasety (taśmy)?  Jak ten archaiczny dziś format odnajduje się w czasach galopującego postępu technologii cyfrowych?  Rozważę kulturotwórczy potencjał tego nośnika, oraz zastanowię się nad etyką słuchania kasety. Niniejszą refleksję opieram jedynie na fenomenie rodzimej sceny, którą staram się śledzić i wnikliwie opisywać od kilku lat.

[Ten akapit możecie pominąć jeśli chcecie od razu przejść do analizy zjawiska. Uważam jednak za wskazane, aby dookreślić moje osobiste doświadczenia z tym nośnikiem. Kaseta od dzieciństwa była jednym z najważniejszych obok piłki do nogi atrybutem mojego życia. Pierwszymi kasetami w mojej kolekcji były „True Blue” Madonny i „Bad” Michaela Jacksona. Od tego czasu zacząłem zbierać kasety i naciągać na nie rodziców. Zajmowały one honorową półkę nad moim łóżkiem, od której dzieliło mnie zaledwie wyciągnięcie ręki. Przed każdym weekendem starałem się mieć w zapasie czyste kasety. Zarywałem noce aby nagrywać ulubione piosenki z list przebojów (LP3, „Top 30 Dance Chart” Bogdana Fabiańskiego (!), notowania Billboardu retransmitowane przez Program 1 Polskiego Radia o godzinie 3 nad ranem (!) w niedzielę. Wszystkie znane mi zestawienia prezentujące w całości, zapowiedziane wcześniej piosenki). Miałem wtedy 7-8 lat, a magnetofon taszczyłem ze sobą nawet do łazienki. No właśnie, magnetofony! Było ich kilka; pierwszy który pamiętam to Unitra Automatic Ic Kapral. Następnie Manuela, dwukasetowy jamnik Unitry, zabierany do podstawówki w celu puszczania muzyki na przerwach w korytarzach (dziś pewnie byłby to głośnik bluetooth). Wreszcie wymarzona dwukasetowa wieża Aiva z odtwarzaczem CD. Jednak oryginalne płyty CD w połowie lat 90. były luksusem więc pożytek z CD playera miałem niewielki. Dodatkowo walkmany zabierane wszędzie. Niestety nie nadawały się do swojego głównego przeznaczenia, czyli chodzenia i słuchania (nagrania falowały, baterie się szybko rozładowywały). Kasety grały u mnie mniej więcej do czasu pierwszego peceta z nagrywarką i podłączenia Neostrady ok. 2002. Ostatnimi tytułami z mojej kolekcji były kasety To Rococo Rot i Ovala wydawane przez Gusstaff i Sound Improvement. Kiedy bez żalu likwidowałem swoją kolekcję łącznie z wieżą, w której w pierwszej kolejności padły właśnie oba kasetowe decki, nawet nie śmiałem przypuszczać, że kiedykolwiek ten nośnik się odrodzi. A jednak kasety wróciły i odmienił krajobraz polskiej muzyki eksperymentalnej.]

Kiedy bez żalu likwidowałem swoją kolekcję łącznie z wieżą, w której w pierwszej kolejności padły właśnie oba kasetowe decki, nawet nie śmiałem przypuszczać, że kiedykolwiek ten nośnik się odrodzi. A jednak kasety wróciły i odmienił krajobraz polskiej muzyki eksperymentalnej.




HISTORIA

Rolę pośredniczącą między czasami łączącymi „pierwotny“ obieg kaset, i obieg „revivalowy” odegrały, prowadzona do dziś przez Janusza Muchę oficyna Gusstaff Records, oraz wrocławska Antena Krzyku. Przeniosły one ten nośnik przez pierwszą dekadę XXI wieku. Nie brały jednak udziału w ponownym formowaniu się zjawiska po 2010. Wydawanie muzyki na kasetach przez oba wspomniane labele było naturalną konsekwencją, wynikającą z dopasowywania nośnika do aktualnie popularnego na rynku. Zarówno Gusstaff, jak i Antena mają na tyle długą tradycję wydawniczą, że ich działalność pokrywa się z ewolucją nośników muzycznych. Warto jednak jeszcze na wstępie wspomnieć o wydawnictwie Triangle, prowadzonym od 2005 w Warszawie przez Sergeja Hannolainena (MAAAA), które zaczęło od 2007 publikować swój noizowy repertuar także na kasetach. Kroczy ono jednak swoją autonomiczną niszą i pozostaje poniekąd z boku fenomenu „nowych” kasetowych wydawnictw, o których chcę napisać. Nie wspominam natomiast ze względów repertuarowych na scenę hip-hopową, gdzie na początku lat 00. kaseta była najpopularniejszym nośnikiem.

W niniejszym tekście interesuje mnie polska muzyka eksperymentalna wydawana na kasetach. Dla opisu zjawiska wyznaczyłem sobie cezurę czasową rozpoczynającą się od powstania labelu Sangoplasmo założonego w 2011 przez Lubomira Grzelaka. Było to pierwsze stricte kasetowe wydawnictwo w Polsce. W jego katalogu znalazło się wielu artystów zarówno z Polski, jak i z zagranicy, którzy odgrywają dziś ważną rolę na międzynarodowej scenie eksperymentalnej, by wymienić choćby Lutto Lento, Ensemble Economique, czy Félicię Atkinson. Sango zapoczątkowało kiełkowanie kolejnych kasetowych oficyn. Od 2012 na kasetach zaczęły się ukazywać nagrania z katalogu Oficyny Biedoty Michała Turowskiego (począwszy od splitu Arkona / Kolektyw Ebola, m.in. The Kurws, kIRk, Krojc, Pustostany). W 2013 dołączyło Wounded Knife prowadzone przez Janka Ufnala i Paulinę Oknińską. Pojedyncze kasety do repertuaru dołożył Instant Classic (The Dead Goats, Belzebong, The Stubs) i Few Quiet People, protoplasta Latarni, odpowiedzialny za debiut Starej Rzeki „Cień chmury nad ukrytym polem”, który w pierwszej kolejności ukazał się na taśmie. W 2014 pierwsze kasety pojawiły się w katalogu Pawlacza Perskiego. Narodziły się Jasień i Super, a działalność zakończyło Sangoplasmo. W kolejnych latach dołączyły Pointless Geometry (2015), Magia (2015), Złe Litery (2015), Czaszka (2016), Plaża Zachodnia (2016), DYM Records (2016), outlines (2016) oraz w ubiegłym roku (2017) Szara Reneta. Najmłodszym wydawnictwem na krajowej scenie jest Mondoj stworzony jako następca zamkniętego w 2016 Wounded Knife. W międzyczasie wydawnictwa na taśmach magnetofonowych okazjonalnie pojawiały się w różnych rodzimych labelach (m.in. w Latarni, czy Monotype Rec.).


OBIEKT

„Kaseta cieszy oko” - tłumaczy Emil Macherzyński w wywiadzie dla Estrady i Studio. Tezie tej wtóruje Janek Ufnal (Wounded Knife, Mondoj) w wywiadzie z 2014 - „Jest to format bardzo wdzięczny, pozostawia dużo możliwości w kwestii rozwiązań graficznych i opakowaniowych. Mamy w domu kilkaset kaset, wiele z nich to po prostu bardzo ładne przedmioty”. Wizualna osobliwości nośnika stanowi pewien swoisty paradoks związany ze sceną kasetową. Niemal w każdej wypowiedzi na jaką trafiłem, bądź w rozmowach jakie przeprowadziłem z wydawcami i twórcami muzyki wydawanej na kasetach, argument odnoszący się do wizualności tego dźwiękowego nośnika padał w pierwszej kolejności.

Unikatowe artefakty jakimi są wydawane dziś kasety powinny cieszyć się powodzeniem wśród miłośników dobrego projektowania. Ogromną uwagę labele poświęcają na wizualną reprezentację, która poszerzałaby oddziaływanie estetyczne poza recepcję słuchową. Na okładkach kaset często pojawiają się surrealistyczne kolaże i odręczne rysunki, dołączane są nawet stare fotografie (Szara Reneta). Każda z oficyn ma swoją rozpoznawalną linię graficzną, za którą odpowiedzialni są współpracujący z labelami artyści. Tak jest choćby w Pawlaczu Perskim, gdzie o spójność szaty graficznej dba Laura Kudlińska i Gosia Słomska; w Wounded Knife / Mondoj (Paulina Oknińska - współzałożycielka labelu), czy w outlines (Iwona Jarosz). Same kasety przybierają najróżniejsze odcienie tęczy; bądź też w formie nadruku, lub naklejki nawiązują bezpośrednio do motywu z okładki.Także opakowania poza standardowymi plastikami (także wielobarwnymi) bywają popisem projektowania, jak w przypadku specjalnie zaprojektowanych ochronnych kieszeni z wydawnictwa Złe Litery. Poręczność kasety odgrywa dużą rolę w postrzeganiu jej jako użytkowy obiekt. Nic dziwnego, że przedmioty te stają się obiektem fetyszyzacji, a obcowanie z nimi może stać się przeżyciem wręcz cielesnym.

Wizualny fenomen kasety wnikliwie zgłębia Dariusz Brzostek w publikacji dla Glissanda; „Cechą która w sposób niewątpliwy określa kulturowy charakter kasety magnetofonowej i determinuje jej funkcjonalność jest jej materialność. Zwykle marginalizowana lub ignorowana jako nazbyt oczywista, ożywa dopiero w konfrontacji z amatorskimi, dyletanckimi twórczymi praktykami codzienności, owocując wówczas pięknem zdumiewającym i nieoczekiwanym, którego doświadczył każdy, kto choć raz zetknął się z kasetowymi wydawnictwami nieoficjalnych twórców. Psychodeliczne kolory, kolażowe okładki, surowa, punkowa produkcja w duchu „zrób to sam”. Dawno zapomniana dziś sztuka zdobienia i opisywania kaset, znaczenia pudełek i zabezpieczania nagranego materiału przed przypadkowym zmazaniem, technika klejenia, rozplątywania i wygładzania taśmy, a nawet ekwilibrystyczna umiejętność przewijania kasety za pomocą ołówka.” Słowa Brzostka nie powinny dziwić nikogo kto z pasją kaligrafował tytuły własnoręcznie skomponowanych mikstejpów, wzmacniał opakowania tekturą, zdobił rysunkami, bądź adaptował ilustracje z gazet pod klimat muzyki.


MODA

Moda, to jeden z częstych zarzutów i form umniejszania znaczenia z jakimi spotyka się zjawisko wydawnictw kasetowych. Tymczasem trudno mówić o modzie, kiedy przeciętny nakład jednego kasetowego tytułu wynosi około kilkudziesięciu sztuk, które często rozchodzą się środowisku wiernych fanów. „Najbardziej męczy mnie to, że wszystko się kręci wokół tej samej grupy ludzi. Taki zaklęty krąg. Chciałbym, żeby kasety trafiały do przypadkowych osób” — szczerze punktuje Mateusz Wysocki z Pawlacza Perskiego, dodając pragmatycznie; „Może wystarczy, że zacznie się nimi interesować 10 razy więcej osób i to ożywi cały biznes”. Autentyczna moda na kasety, bezpośrednio przełożyłaby się nie tylko na samą sprzedaż, ale i na zainteresowanie niszowymi zjawiskami muzycznymi, a co za tym idzie poprawiła frekwencję na koncertach, na których występują artyści związani z kasetowymi wydawnictwami. Póki co pozostaje to jednak zaklinaniem rzeczywistości. 


EKONOMIA

Jedną z motywacji przyświecającą publikowaniu muzyki w formacie kasetowym jest fakt, że kaseta jest najtańszym nośnikiem zarówno w procesie wydawniczym, jak i w duplikacji. „Tanie przy zakupie, są też stosunkowo niedrogie w produkcji” — stwierdza w rozmowie z Emilią Stachowską Michał Fundowicz prowadzący w Edynburgu wydawnictwo Czaszka Rec. 

Za nakład 50 sztuk jednego tytułu, trzeba zapłacić średnio 500 złotych. W tej kwocie mieści się nośnik fizyczny, czyli przycięta do określonej długości taśma sprowadzana z zagranicy (wraz z opakowaniem), tantiem dla grafika, a także wydruk okładki (chyba że jest tworzony chałupniczymi metodami). Koszty znacząco podnosi mastering, jednak często wydawcy robią go po znajomości, lub samodzielnie wykorzystując studyjną wiedzę i umiejętności nabyte podczas nagrywania autorskich projektów. Należy doliczyć również jednorazowy, wydatek na duplikator taśm. Zwyczajowo zamiast honorarium autor nagrania otrzymuje część nakładu, którym może dysponować wedle uznania. Analizując bilans wydatków i potencjalnych zysków, (cena kasety waha się od kilkunastu do 30 PLN) nietrudno dostrzec, że prowadzenie labelu bywa przede wszystkim połączeniem hobby i mecenatu. „W Pawlaczu finanse wyglądają tak, że jak dobrze pójdzie, to po sprzedaży jednego tytułu, po dwóch miesiącach mamy na produkcję kolejnego. I tak w kółko” — zdradza Wysocki. Paradoksalnie jednak cena kasety nie odbiega znacząco od CD wydanego w digipacku, przez rodzimy label. Dlatego z perspektywy kupującego koszt nie odgrywa głównej roli przy decyzji o zakupie kasety. Z kolei bilans zysków i strat jaki ponosi wydawca pozwala mu na w miarę regularne publikowanie, oraz ułatwia podejmowanie odważnych decyzji repertuarowych (czytaj: REPERTUAR).


NOSTALGIA / SENTYMENT

Lata świetności kasety magnetofonowej przypadły na lata 80. ubiegłego wieku. Dekadę, która jak bodaj żadna inna cieszy się do dziś nieustającym revivalem. Zgodnie z tym nostalgicznym nurtem ze  szczególnym sentymentem we współczesnej popkulturze traktowane są nośniki analogowe; klisza fotograficzna i papier, polaroid, kaseta vhs i oczywiście kaseta magnetofonowa. Wśród założycieli rodzimych oficyn oferujących muzykę na tym nośniku, większość urodziła się właśnie w latach 80 i podobnie jak Ja wychowała się w epoce magnetofonów. Wnioskuję zatem, że również sentyment za nośnikiem z dzieciństwa, związany z pierwszymi muzycznymi odkryciami, tworzeniem własnych kolekcji i kompilacji, a wreszcie celebracją odsłuchu z materialnego, analogowego nośnika mogą mieć istotny wpływ na chęć wydawania muzyki na taśmie. W „kasetowym” odcinku „Antyfonii” zwraca na to uwagę Kaśka Królikowska z Pointless Geometry.

„Sentyment za nośnikiem z dzieciństwa, związany z pierwszymi muzycznymi odkryciami, tworzeniem własnych kolekcji i kompilacji, a wreszcie celebracja odsłuchu z materialnego, analogowego nośnika mogą mieć istotny wpływ na chęć wydawania muzyki na taśmie”.




IDEA

Jakikolwiek sentyment niknie jednak wobec idei przyświecającej inicjatywom związanym z kasetowymi labelami. Mowa o etosie DIY, utożsamianym z promowaniem sztuki bez oglądania się na zysk, wzajemnym wsparciem w obrębie sceny, czy osobistym zaangażowaniem na wszystkich etapach wydawania muzyki. Anty konsumpcyjnemu obiegowi kultury towarzyszy jak twierdzi Mateusz Wysocki; „Pokora, ciekawość, otwartość, brak uprzedzeń, spokój i cisza. Usunięcie na daleki plan aspektu finansowego i skrócenie dystansu słuchacz - wydawca /muzyk”. Premiera wydawnicza jest często zaledwie inicjacją szerokiego kulturotwórczego procesu, w skład którego wchodzi wiele towarzyszących multidyscyplinarnych działań (wykłady, warsztaty, występy, giełdy) mających konsolidować środowisko twórców i odbiorców.

W ciekawy sposób etos DIY zapośrednicza Paweł Dunajko z footworkowej oficyny outlines, której działalność nawiązuje koncepcyjnie do źródłowych praktyk chicagowskiego undergroundu tanecznego — „taśma uwypukla pewien fakt z historii footworka — mówi Dunajko. „Chciałem w luźny sposób odwołać się do tradycji z początku lat 90. i czasu, kiedy najważniejsi DJ’e ghetto house’owi (protoplaści mającego się pojawić kilka lat później footworka) sprzedawali miksy ze swoimi (ale nie tylko) numerami na kolorowych kasetach. W zasadzie, poza imprezami i audycjami w radiu, tylko za sprawą tego nośnika można było usłyszeć swoich ulubionych producentów i ich najnowsze numery.”


DOBRE MANIERY / WOLNE SŁUCHANIE

Dobrym standardom wydawniczym powinny towarzyszyć dobre maniery słuchania, do których skłania funkcjonalność kasetowego nośnika. Joanna Świderska, współzałożycielka labelu Jasień w rozmowie z Filipem Kalinowskim przekonuje, że; „kaseta jest nośnikiem narzucającym jeszcze trochę skupienia, dyscypliny przy słuchaniu. Trzeba zmienić stronę, trzeba posłuchać całego albumu w tej, a nie innej kolejności. To taki ostatni nośnik z dobrymi manierami”. Wtóruje jej Mateusz Wysocki z Pawlacza, który twierdzi, że kaseta przywraca wyjątkowy status muzyce — „Pieprzyć skipowanie tracków i chęć poznania wszystkiego (ale po łebkach). Kaseta to pokora wobec dźwięku, ćwiczenia z cierpliwości.” Na fizyczne obcowanie z materialnym nośnikiem zwracają uwagę również Kaśka Królikowska i Darek Pietraszewski z Pointless Geometry, wspominając w „Antyfoniach” o etyce słuchania kaset, tak nie przystającej do nawyków jakie wywołują praktyki streamingowe.


BRZMIENIE

Kaseta nie tylko posiada swoje brzmienie w postaci ciepłego, jednostajnego, analogowego szumu, ale również określoną charakterystykę przenoszenia częstotliwości. „Pasuje mi to charakterystyczne brzmienie – proporcja między szumem a sygnałem, to że ścięte jest górne pasmo ale i dół też, więc wszystko bardzo się zmiękcza. W ten sposób zapamiętałem brzmienie muzyki z dzieciństwa i to brzmienie jest dla mnie punktem wyjścia” - tłumaczył Wysocki Filipowi Kalinowskiemu w wywiadzie dla Estrady i Studia. Zarejestrowany cyfrowo materiał zostaje zatem przetransferowany na taśmę, oraz zmultiplikowany z myślą o dynamice brzmieniowej analogowego nośnika. „Jest bardzo wiele wytwórni, które starają się nagrywać swoje kasety na naprawdę dobrym sprzęcie. Jeśli będziemy odtwarzać te taśmy na sprzęcie podobnej jakości, to nie ma powodu, dla którego nie miałyby one dobrze brzmieć (...) Do tego dochodzi jeszcze cała masa innych rzeczy, jak kompresja, która w przypadku taśmy jest bardzo specyficzna i na przykład nagrywanie niskich częstotliwości z użyciem regulacji prądu podkładu BIAS daje ciekawe możliwości operowania temperaturą brzmienia. - tłumaczył na łamach EiS Adam Frankiewicz z Pionierskiej Rec.

Same właściwości brzmieniowe kasety mogą mieć niebagatelny wpływ na percepcję materiału nagranego na nią. Świadomie użyte przez twórcę, bądź wydawcę stają się istotnym artystycznym gestem. Tak było w przypadku kasety Calineczki „Wydatek neutronów...”, która ukazała się w oficynie Szara Reneta. Założyciel labelu Maciej Wirmański tak opisuje ów doświadczenie; „Postawiłem się przed nie lada wyzwaniem i kłopotem, bo było to jak dotychczas najbardziej wymagające pod względem produkcji wydawnictwo. Jednolitego szumu kasety w duplikacji naturalnie się nie pozbyłem, niemniej po odsłuchach kontrolnych stwierdziłem, że materiał ten jest nieco różny od materiału wyjściowego przesłanego mi przez Calineczkę. Nośnik, ze swą niezmienną naturą i niezmiennym szumem, dodaje to coś od siebie do "Wydatku neutronów...". To coś zdaje się być niedookreślone, niewypowiedziane. W digitalu muzyka ta wybrzmiewa z cyfrowej ciszy; na kasecie wyłania się niepostrzeżenie z właściwości szumowych nośnika.”

Jeszcze innym osobliwym aspektem brzmienia taśmy jest jej starzenie się. Z biegiem czasu i pod wpływem użytkowania, taśma rozciąga się, ściera, bądź ulega procesowi rozmagnesowania. Powolna degradacja nośnika zmienia jego brzmienie w stosunku do materiału pierwotnego. To istotny w moim mniemaniu przykład, że mamy do czynienia z nośnikiem żywym. Nagrana na nim muzyka nigdy nie jest dziełem skończonym. Przeciwnie, ulega ciągłemu procesowi formowania, zwieńczonemu dopiero w momencie całkowitego zniszczenia obiektu. To autonomiczny akt twórczy, pozbawiony autorskiej ingerencji, oddany na pastwę czasu i przypadku. Tę właściwość nośnika szczególnie ceni sobie Maciej Wirmański; „kasetę lubię nie tyle z uwagi na jej zalety, co wady. Wszystkie szumowo-nojzowe rzeczy zawsze mi były bliskie, a kaseta wydaje się być odpowiednia dla muzyki, która nie dość że sama jest śmieciowa to jeszcze na nośniku, a tym bardziej na nośniku używanym, prędzej eroduje”.

„Kasetę lubię nie tyle z uwagi na jej zalety, co wady. Wszystkiego szumowo-nojzowe rzeczy zawsze mi były bliskie, a kaseta wydaje się być odpowiednia dla muzyki, która nie dość że sama jest śmieciowa to jeszcze na nośniku, a tym bardziej na nośniku używanym, prędzej eroduje” - Maciej Wirmański








REPERTUAR

Głównym czynnikiem wpływającym na repertuar prezentowany na kasetach wydaje się być ekonomia. Wykluczenie z działalności labeli modelu biznesowego i zawężenie jej do roli hobbystycznej zajawki daje swobodę w podejmowaniu wydawniczych decyzji i ogranicza ryzyko finansowe. Jedyne ryzyko jakie pozostaje,dotyczy wartości artystycznej prezentowanej muzyki. Kasetowi wydawcy ręczą za nią swoją wiarygodnością kuratorską, której utrata w środowisku DIY byłaby nie do zaakceptowania. Kredyt zaufania jaki swoimi decyzjami repertuarowymi budują szefowie kasetowych labeli sprawia, że częstym modelem jest kupowanie kolejnych tytułów przez słuchaczy i kolekcjonerów w ciemno. Niewielkie ryzyko finansowe, oraz lojalność na linii muzyk - label - słuchacz sprawia, że oficyny nie boją się poszukiwać i stawiać na formy eksperymentalne, nierzadko radykalne.

Pojawienie się na przestrzeni kilku lat wydawnictw takich jak Pointless Geometry, Pawlacz Perski, Pionierska, Wounded Knife, Plaża Zachodnia, Super czy Jasień, dostarczyło rodzimej scenie nieprawdopodobny zastrzyk świeżej krwi. Kaseta okazała się być akceleratorem wielu awangardowych zjawisk w polskiej muzyce eksperymentalnej i improwizowanej. Odegrała ważną rolę w odrodzeniu się formy słuchowiskowej („Droga do Tarszisz”„I wtedy ukazało się, że umarłem”, „Wsie”„Robot Czarek”), plądrofonii (Grupa Etyka Kurpina, Micromelancolie, Lutto Lento), ambientu (Sangoplasmo) elektroakustyki (Bouchons d’oreilles, Łukasz Kacperczyk, Lech Nienartowicz), drone music (Calineczka, DMNSZ), improwizacji (Paper Cuts, Bachorze, Cukier), field recordingu (Szara RenetaSuper), eksperymentów gitarowych (Jasień, Złe Litery), post-klubowych (outlines, Pointless Geometry) i pozagatunkowych (Super Label). Nośnik kasetowy przypomniał również o instytucji bootlegu (Lounge Ryszards, sumpf, ADPC) Warta wspomnienia jest różnorodność gatunkowa będąca domeną wielu kasetowych labeli. Niszowa muzyka zyskała równie niszowy nośnik.


TWORZYWO

Scena kasetowa i jej otwartość na eksperyment kumuluje wokół siebie twórców, którzy nie dość że związani są z nośnikiem jako artyści, czy wydawcy, to eksperymentują z nim i jego fizycznymi właściwościami. Do antenatów taśmowych preparacji należy zaliczyć plądrofoniczny duet sultan hagavik tworzony przez kompozytorów muzyki współczesnej; „Wszystko zaczęło się od Philipsa AQ5150. Jego działanie jest bardzo proste. Po pierwsze można odtwarzać kasetę dociskając przycisk „play” w różnym stopniu. Po drugie – można to połączyć z pauzą przyciśnięta w różny sposób. Po trzecie – z przewijaniem do przodu i do tyłu, też w różnym stopniu. Zmienia się i prędkość odtwarzania i barwa dźwięku (w zależności od tego w jaki sposób odczytuje go głowica). To daje już całkiem duży zestaw możliwości, który akurat w tym magnetofonie jest mniejszy niż w pozostałych” — opisywał swoja pracę z magnetofonami Mikołaj Laskowski w wywiadzie udzielonym Michałowi Fundowiczowi.

Manualne modyfikacje przeprowadzane bezpośrednio na magnetofonowej taśmie odświeżają na rodzimym gruncie praktyki tożsame z działalnością Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Do tego fenomenu wielokrotnie nawiązywał Lubomir Grzelak jako Lutto Lento. Na łamach M/I Magazynu (3/2015) tak tłumaczył Małgorzacie Halber działanie swojego warsztatu; „W niektórych utworach nagrywam partie i robię z nich loopy, potem wyciągam taśmy, kroję, rozciągam, zdzieram ich fragmenty i sprawdzam jak brzmią po takim zabiegu… rozbieram kasetę i wycinam 20 cm. Nie wiem co jest na tej taśmie. Sklejam, składam i słucham” — kontynuując wywód muzyk zwraca uwagę na istotny element improwizacji — „Robiąc pętlę taśmową, w żaden sposób nie mogę przewidzieć, co z tego będzie”

Improwizacja i plądrofonia patronują również twórczości Grupy Etyka Kurpina projektu Adama Frankiewicza z Pionierskiej. Jego metody twórcze wydają się niezwykle dopracowane; „najbardziej jara mnie technika cięcia i zbitek, mushupu, glitchu (głównie tape hiss-u [szumu własnego taśmy]), mam masę loopów (przypadkowo pocięte taśmy) z których grałem niegdyś w projekcie Ojun i ZXSinclair to są sample które przez granie w klubach zostały już tak dojechane, że ich brzmienie to już unikatowa sprawa. Pamiętam jak po soundchecku na Unsoundzie siedziałem w hotelu i ratowałem niektóre pętelki, bo były już tak zużyte, że trzeba było je skracać i przekładać do innych pudełek, ale zawsze byłem przygotowany. Bez zestawu do cięcia i sklejania taśmy nie wyjeżdżałem w trasę. Uwielbiam taśmy z oprogramowaniem w różnych systemach i tak zwane tape marki, oczywiście w całej tej zabawie najważniejsze są magnetofony. Niektóre są czyste z systemami DOLBY, dbx i tu ładuję sample które mają być sterylne i punktowo zagrane. Inne magnetofony te które brumią i brudzą z wbudowanych transformatorów mają podpięte kostki efektowe z fuzzem, żeby to dodatkowo wyciągnąć, albo grać już tylko na tym. Gdy gram impro to właściwie korzystam z dwóch magnetofonów Philipsa, które łączę w pętle i gram na sprzężeniach pomiędzy nimi. Podłączam to do pieca lampowego i mam gotowy ciekawie brzmiący zestaw do hałasowania. Najważniejsze są różne mechanizmy zwalniające przesuw taśmy, a przytrzymywanie palcem silnika, żeby robić cuty i inne efekty, no to zawsze wychodzi i zawsze brzmi przedobrze. Na koncertach zawsze lecę na żywioł, mam kilka swoich ulubionych kaset około 12 (oryginalnych, nie modyfikowanych w całości), 6 kaset na których nagrane są improwizację (różnie od syntezatorów na których miałem przyjemność grać czyli Aelita, Poly po systemy modularne) i 3 kasety gotowe Grupy („Bedlam”, „VHS”, „Revolutionnnaire”), no i w zależności od koncertu nagrywam sobie coś nowego, przygotowuje jakiś kolaż, żeby sprawdzić jak działa na sali… lubię przesuwać sobie granicę tego co tam wklejam. Wielu kaset nawet nie przewijam po prostu reaguję na to co na nich jest. Wszystkie koncerty nagrywam, potem słucham i zdarza się, że w ten sposób z tych bootlegów powstają nowe utwory które potem słychać na wydawanych przeze mnie kasetach” — wyjawia tajemnice swojego warsztatu Frankiewicz, który także miksuje muzykę z taśm jako (Tape Jockey) Tj Dolby. (Fragment kasetowego performansu Grupy Etyka Kurpina możecie obejrzeć pod tym linkiem)

W przypadku nagrań realizowanych przez wydawnictwo Szara Reneta mamy z kolei do czynienia z formą palimpsestu. Taśmy, na których rejestrowany jest materiał zostały znalezione przez Macieja Wirmańskiego i poddane twórczemu recyklingowi. Na pierwszej stronie kasety „Burza i gradobicie” znajduje się nagranie terenowe. Na drugiej pozostał pierwotnie zarejestrowany audiobook „Kapitan i Wróg”. Mamy zatem do czynienia z gestem zaczerpniętym wprost z koncepcji ready made; zagospodarowaniem gotowego artefaktu w nowy kontekst, w którym możliwe jest śledzenie wzajemnego oddziaływania na siebie obu nagrań i dramaturgii.

„Pamiętam jak po soundchecku na Unsoundzie siedziałem w hotelu i ratowałem niektóre pętelki, bo były już tak zużyte, że trzeba było je skracać i przekładać do innych pudełek, ale zawsze byłem przygotowany. Bez zestawu do cięcia i sklejania taśmy nie wyjeżdżałem w trasę” - Adam Frankiewicz





RÉSUMÉ

Jaka przyszłość czeka rodzimą sceną kasetową? Statystyki przeprowadzane za granicą donoszą o rosnącym zainteresowaniu tym nośnikiem, graniczącym wręcz z wydawniczą nadpodażą. W 2017 na Bandcampie lądowało 50 kaset dziennie. Nie natknąłem się niestety na żadne statystyki z Polski, ale wśród rodzimych wydawców zdania są podzielone co do koniunktury tego nośnika.

Główny problem w popularyzacji kasetowego nośnika upatruję w zupełnie nieadekwatnym mechanizmie percepcji kasety do dzisiejszych nawyków konsumowania kultury. Kultura słuchania, o której przypominają kasetowi wydawcy i którą sama kaseta implikuje, jest podobnie jak sam nośnik przeniesiona jeszcze sprzed internetowej epoki. W XXI wieku uczestnictwo w kulturze muzycznej jest bezpośrednio związane z popularnością serwisów streamingowych. Klęska fonograficznego urodzaju, łatwość w dostępie do cyfrowej muzyki, jej dystrybucji i tworzenia sprawia, że na tym tle kaseta funkcjonuje głównie w kontekście sentymentalnym i kolekcjonerskim, czyli w kontekście osobistym. Jednak ludzie związani ze sceną kasetową twardo stąpają po ziemi. Cieszą zatem inicjatywy świadczące o świadomości wychodzenia z nośnikiem poza barierę sentymentu w obieg codziennej praktyki (choćby próba wprowadzenia kasety w kontekst dj'ski i klubowy przez Adama Frankiewicza i Justynę Banaszczyk). Tymczasem próby poszerzenia terytorium odbioru, o co zabiegają kasetowi wydawcy, często kończą się niezrozumieniem, wzruszeniem ramionami, bądź zarzutami; od hipsterskiej fanaberii rozpoczynając, na snobizmie i sekciarstwie kończąc. To jednak co niektórzy określają mianem snobizmu, w moim mniemaniu jest w rzeczywistości idealistycznym zrywem, jednym z tych o jakich przestaliśmy pamiętać w tych odbiegających od ideału czasach.

Jakkolwiek sporo szumu wywołują kasety w mediach społecznościowych, tak ich regularna obecność w mediach głównego nurtu bywa marginalna. Tymczasem mamy do czynienia z istotnym fenomenem kulturowym jaki objawił się w rodzimym dyskursie muzycznym na przestrzeni ostatnich lat. Składają się na niego; setki kasetowych premier, dziesiątki wydarzeń, kooperacji, giełd fonograficznych, stylistyk i zjawisk dźwiękowych, a także budowanie (a właściwie to odbudowywanie) więzi i relacji miedzy wydawcami, autorami i słuchaczami. Reasumując zawdzięczamy temu zjawisku wymierny wkład w rozwój wielowątkowej muzyki eksperymentalnej w naszym kraju. Wszystko za sprawą zaledwie kilku labeli, za którymi stoi niespełna kilkanaście osób. Kuratorów i artystów nienastawionych na zysk, którzy bez żadnego instytucjonalnego wsparcia zaangażowani są w propagowanie i wspieranie oddolnych inicjatyw twórczych, robiąc to w przerwie od obowiązków zawodowych, rodzinnych; poświęcając na to własny czas i pieniądze.

O ile wiele argumentów przemawiają za opinią, że kaseta jest medium niepraktycznym, to jednak warto zdać sobie sprawę, że w pokonywaniu przeszkód hartuje się postawa słuchacza, a nie konsumenta. Obcowanie z kasetą, wymaga zaangażowania, przypomina, o tym że kultura to nie jest to samo co rozrywka i wymaga własnego wkładu w interakcję. Kultura i higiena słuchania muzyki z kaset jest oczywista dla każdego kto zakosztował powolnego słuchania. Jest ona obarczona pewną fetyszyzacją, ale stoi za tym także jeszcze jedna okoliczność. Owo słuchanie jawi się czynnością niezwykle intymną. Otacza nią nimb eteryczności, spokoju, kontemplacji. I choć odsłuchuję, póki co ,swojego skromnego zbioru jedynie na starym kaseciaku Thomsona,  to stwierdzam że dawno z taką przyjemnością i swobodą nie słuchałem muzyki. Możliwe, że od lat 90 kiedy każdą złotówkę kieszonkowego wydawałem na kasety, aby później przesłuchiwać je tyle razy ile nigdy nie przesłuchałem muzyki zassanej z sieci.

Wieczni naturszczycy / ZŁOTA JESIEŃ „W tobie nie jestem sobą”

0
0
Dezynwoltura, niezależność, sztubacki rozmach, intuicja? Niewątpliwie musiała zajść jakaś koincydencja miedzy tymi atrybutami, która pozwoliła Złotej Jesieni postawić znak równości miedzy prymitywizmem, a wyrafinowaniem, co swoją drogą często drzemie w naturze wszelkich naturszczyków, outsiderów i samouków.

Dostaliście kiedyś na Gwiazdkę niechciany prezent? Wełniane skarpety, szalik, sweter? Zestaw filatelistyczny? (Hipsterzy zaraz stwierdzą, że zbieranie znaczków pocztowych to świetna zajawka). Mam wrażenie, że dla członków Złotej Jesieni takim niechcianym podarkiem było instrumentarium rockowej kapeli. Zawsze marzyli aby założyć band (twierdził tak przynajmniej Kuba Bożek) postanowili zatem spożytkować ten zestaw w taki sposób, aby nikt nie próbował kojarzyć ich z rockiem. Prawdopodobnie większość takich muzycznych epizodów wiedzie do chałupniczego / garażowego robienia hałasu, według schematu wiosło, piec, sprzężenia, przestery. Wyobraźnia członków Złotej Jesieni pozwoliła sięgnąć jednak dalej niż sztampowy gitarowy zgiełk.

Warszawski zespół mimo wydania drugiej płyty wciąż pozostaje nieskrępowany jakimikolwiek estetycznymi regułami. Celniej byłoby napisać, że żadnych reguł nie uznaje. Dramaturgia, narracja, kompozycja; wszystkie składowe muzyki ZJ trudne są do przewidzenia; nie rządzi nimi logika, schemat, czy jego kontestacja. To własny język oparty na brudnym jazgocie gitar, widmowych wokalizach, pełzających dronach. Zastanawia mnie na ile utwory Złotej Jesieni są wyimprowizowane; na ile zespół jest w stanie odtworzyć je np. w warunkach koncertowych. Nieliczne są tu bowiem zamknięte formy. Powtórzenia również należą do rzadkości. Cała narracja, z balastem brzmieniowego ciężaru i gęstością ścieżek przepoczwarza się niczym hybryda gitarowych estetyk. Wznosi się i pikuje między pełnym wigoru zgiełkiem, a apatycznymi zawiechami, nasuwając na myśl cykl powracających depresyjnych epizodów. W nagraniach Złotej Jesieni zniesieniu ulega element czasu i dynamiki. Kolejne zdarzenia pojawiają się i znikają niezapowiedzianie. Gubienie dopiero co napoczętych tropów to charakterystyczna cecha tego bandu.

Spróbujmy rozłożyć nieco na czynniki pierwsze „W tobie nie jestem sobą” i wytłumaczyć sobie co tu się właściwie się odjesieniło. Kulminację albumu mamy załatwioną już w pierwszych kilku minutach otwierającego płytę „Dwie osoby patrzą na ten sam neon”. Następnie dopada Złotą Jesień syndrom uśpienia; maligna zewów, toczących się ociężale przesterowanych basów i zaklinania szumów. Ta posępna kontemplacja trwa, aż do „Piekła”, piosenki rozpoczynającej się od basowego solo odbijającego się czkawką po grunge'u. W „Krainie dni” ponownie mamy erupcję wigoru, która w wersji koncertowej musi być przeżyciem spektakularnym i krawędziowym zarazem. Tej euforii wystarcza jeszcze na fragment „Naklejek z liskami”. Potem następuje głęboki zjazd w krainę stuporu, smużących dronów, kwaśnej elektroniki, akuzmatycznych odgłosów, i powracających gitarowych spiętrzeń „Rzeka płynie dookoła”. Finalnie czeka na słuchacza widmowy lot „Logicznej postaci”, psychodeliczna otchłań, zwieńczona wyciągnięciem z kontaktu przewodu z zasilaniem.

Mimo wyraziście hałaśliwego charakteru, muzyka Złotej Jesieni zdaje się egzystować w widmowym stanie skupienia. Owa widmowość ujawnia się w zamierzonej niedoskonałości przekazu; narracji, brzmieniu, wokalach, języku, czy dramaturgi. Owa inercja, która jest programową właściwością zespołu, a którą Filip Szałasek przy okazji poprzedniej płyty („Girl Nothing”) wytykał zespołowi, zdaje się być postawą pozwalającą zakwestionować, ujarzmić lub choćby podjąć grę z figurą rockandrollowca i rockowej kapeli. Muzycy Złotej Jesieni wypierają ze swej gry kunszt i wszelką profesjonalizację. Pozostają odporni na estetyki, a ich repertuar jest przy tym pozbawiony ducha kontestacji. Działają niczym artyści nieprofesjonalni, outsiderzy, ale ich muzyka nie przestaje zaskakiwać świeżością. To czy ich ekspresja jest szczera / naiwna, czy pozostaje wystudiowaną kreacją nie ma wpływu na odbiór nagrań.

Kiedy Miłosz Cirocki zaproponował mi recenzję tego materiału odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie czuję się zbyt kompetentny „w gitary”. Cirocki odpowiedział, że on właściwie też już „gitar” nie słucha. I może to jest właśnie klucz do tego by przy ich pomocy wyczarować coś co brawurowo wymyka się próbom racjonalizacji. Bagaż historyczny, muzykologiczny i czysto logiczny w przypadku obcowania „W tobie nie jestem sobą” jest ładunkiem zbędnym.

Dodatkowo cieszy fakt, że płyta zespołu ukazuje się w ostatnio geriatrycznym (z punktu widzenia inspiracji) katalogu Lado ABC (ChopinBurroughsWodeckiprzedwojenne orkiestryJohn CagePiotr z Grudziądza). Wejdzie tam jednak do znamienitego panteonu osobliwości wraz z innymi noizowymi straceńcami / szmanami z Dużego Jacka, czy Eda Wooda.


ZŁOTA JESIEŃ „W tobie nie jestem sobą”
2018, Lado ABC

Efekt oswojenia / SYNY „Sen”

0
0
Debiut Synów był kamieniem węgielnym formułującym tożsamość duetu Piernikowski - 1988. Mitem założycielskim mającym dwóch wyrazistych bohaterów, unikalną poetykę, konflikt wewnętrzny, scenografię. Stworzenie tak mocnej i wyrazistej figury artystycznej zjednało Synom wyznawców, prawdziwych fanatyków „Orientu”. Ogromne wyzwanie czekało zatem przed 1988 i Piernikowskim; jak odnieść się do doprowadzonej do perfekcji formuły. Jak kontynuować ten udany koncept, a jednocześnie nie powtarzać się.

Nie pamiętam, aby w ostatnich latach ktokolwiek wywodzący się z kultury niezależnej stworzył tak wyrazisty i przekonujący koncept artystyczny jak 88 i Piernikowski. Figurę świadomego blokersa, który swą głęboką wrażliwość świata, doświadczenie życiowe i bystrą obserwację rzeczywistości ubiera z dezynwolturą w osiedlowy żargon, zjawiskowo łącząc prymitywizm słowa i artykulacji z przenikliwą, wyrafinowaną i wielopoziomową refleksją. Zaszokowani krytycy i recenzenci długo nie potrafili poradzić sobie z „Orientem” i synoską (pisownia oryginalna zapożyczona od zespołu) mitologią, deliberując nad autentycznością ekspresji duetu. Beka? Ironia? Żart? Stylizacja? Dorosłe chłopy, bawią się w blokersów? Tymczasem mit tężał wśród oczarowanej publiczności, dodatkowo potęgowany zapadającymi w pamięć występami na żywo, oraz doskonale zdyskontowany solowymi albumami 88 i Piernika. Nomenklatura synoska zdążyła przeniknąć w obieg wyznawców „Orientu”, co stało się ukoronowaniem mitu. „Sen”, ten mit subtelnie utrwala, uzupełnia jego szczeliny i wprowadza kilka nowych elementów, choć w skutek oswojenia z synoską estetyką jest też silniej wystawiony na twórczą erozję i powolne ulatnianie się esencji.

Mitotwórczy „Orient” określał wyraźnie tożsamość swoich bohaterów. Stąd warstwa literacka dotykała ukonstytuowania Synów w świecie; określenia terytorium („Orientuj się”), wskazania życiowych priorytetów („Babcia”, „Heavy”, „WSR”), wrogów („Wkurw”, „Stoję”) i kodów komunikacji („hitykamienie”, „włanczaj”, „orientuj się”). Reasumując, opowiadała na pytania; kim są Syny („Orientuj się”, „Złe Znaki”) i w co wierzą („Hitykamienie”). We „Śnie” teksty Piernikowskiego w większości nadal pozostają znakomite („Nag Champa”, „Synoskie sny”, „Bluzy Kangury”, „Wiersze”, „S.O.S.”) jednak ich waga jest chwilami błaha, mniej fundamentalna dla synoskiej tożsamości. Tym razem Syny nawijają m.in. o kupowaniu wytwornicy dymu, bluzach z kapturem, pisaniu wierszy, a także o miłości, zaś do szerszego obiegu za ich sprawą powróci zapewne określenie „białasy”. Na nowej płycie nadal roi się od synoskich, perlistych punchów i bon motów („ponoć białasom odbierają tlen / Ja się pytam jaki tlen / my od lat bez tlenu całą noc cały dzień”, „białas chce być suchy marzą mu się dobre ciuchy”; „bluzy kangury, daszki, kaptury / chuj nas obchodzi co leci z góry”, „białasie! ja się w domu bawię ciszą, kiedy na ścianie chuje dla mnie wersy piszą”, „jak moknąć to kurwa ze stylem”, „... kupuję całą ryzę pachnącej różami papeterii / teraz siedzę piszę wiersze / o miłości wiersze / a Ty jeb się”, „mamy w chuj, w chuj dużo miłości w chuj, dużo miłości w chuj”) - w ogóle „Bluzy kangury”, czy poetyckie „Wiersze” i „S.O.S.” to jeden wielki błyskotliwy bon mot. Natomiast sam przekaz i jego wyrazistość, tak mocna na debiucie, nieco się utlenia. Tematy i ich dramaturgia nie są tak przeszywające jak na „Świnoujściu”, „Babci”, czy „WSR”, zagęszczenie słów rzadsze, a niektóre strofy sprawiają wrażenie odpuszczonych, dopisanych od niechcenia („Kiedyś byliśmy królami”, „Nie testuj Białasa”, „Mój Ruch”). Na nowej płycie Syny częściej bywają refleksyjni i puszczają oko w kierunku publiczności. Ich wizerunek ubranych na czarno skąpanych w kłębach dymu Antari M-10 ziomali, trzymających dystans do otoczenia wyrażony na „Oriencie” postawą „Stoję, a wszystkie chuje dookoła biegną”, we „Śnie” jest z humorem poluzowany. Od pierwszego numeru (znakomity „Nag Champa”) „Sen”jest po prostu często zabawna i dzieje się to w sposób nieironiczny, co jest zupełnie odmienne w porównaniu z recepcją „Orientu”, gdzie ironia funkcjonowała głównie w interpretacjach niektórych dziennikarzy muzycznych.

Warstwa muzyczna nowej płyty również zdaje się być bardziej refleksyjna, niż agresywna; zaciągnięta pasmem melancholii. Jednak podobnie jak w przypadku „Grudy” 1988, to absolutne arcydzieło, które w przypadku „Snu” udanie odciąga słuchacza od tych słabszych tekstowych momentów („Kiedyś byliśmy królami”, „Nie testuj Białasa”). Analogowe rozmyte brzmienia, oldskulowe, przysadziste perkusjonalia, gęste basy, zaszumiała akustyka, pulsująca, bardzo plastyczna dynamika rytmów, unikalny smak kwaśnych, rezonujących klawisz i znakomite żeńskie podkładki wokalne. Inspiracji można by doszukiwać się zarówno wśród kosmicznych, syntezatorowych pejzaży Vangelisa, serialowych tematów Jana Hammera, jak i w kalifornijskim g-funku. Abstrakcyjny finał „BSJ”, który dla Bartka Chacińskiego okazał się niepotrzebny, to wisienka na torcie „Snu”; wyjątkowy popis beatmakerskich umiejętności i abstrakcyjnej wyobraźni dźwiękowej 1988.

Dla kogo są zatem Syny? To pytanie pozostaje aktualne właściwie od premiery „Orientu”. Syny to rap dla tych, którym ulewa się przy słuchaniu szowinistycznych nawijek i gangsterskich przechwałek Oskara z Pro8l3mu, czy salonowych, powierzchownych wersów Taco Hemingwaya. Syny co prawda meandrują między galerią, a ulicą, ale jednocześnie ich twórczość wciąż pozostaje bliższa blokowiskom, niż modnym przestrzeniom klubowym, które zawłaszczył sobie współczesny hip-hop, oferujący muzykę i rap dla nowej bananowej młodzieży; karmiący słuchaczy aspiracjami wychodzącymi poza możliwości przeciętnego osiedlowego słuchacza („białasa”). Tak jak polski rap wstydzi się dziś osiedla, aspirując do splendoru klubów, domów, zagranicznych wojaży i dobrych samochodów, tak Syny pozostają na straży undergroundu. Jednak za sprawą przywiązania do rapowych korzeni, oraz ze względu na korzenie swojej twórczości na ośce raczej pozostaną awangardą. To część tragiczna ich mitu, syndrom wiecznego niedopasowania do środowiska, którego czują się (są) częścią, i z drugiej strony fanatycznego uwielbienia w środowiskach niezależnych i artystycznych.

Choć uważam, że potencjał mitotwórczy wcale nie został dostatecznie wyczerpany, Syny kończą powoli ze stroszeniem piór i stawaniem okoniem. Puszczają oko i wrzucają na luz, skłaniając się ku wrażliwości, poezji, miłości. Czy następnym krokiem będzie wzięcie w nawias „białasów”, burzenie mitu? Wyzwanie kolejnego albumu z pewnością wydaje się jeszcze większe.

SYNY „Sen”
2018, Latarnia Rec.

Hub z recenzjami vol.3 (2018) - Rites of Fall / Kompozyt / Janusz Jurga / Patryk Cannon

0
0

Zgiełk z cmentarza, dub z Londynu, techno z lasu i zięć na parkiecie.


RITES OF FALL „Truthsayer¨ / 2017 / wydanie własne / kaseta + digital

Rites of Fall to jednoosobowy projekt Bartka Kuszewskiego, który płytą „Truthsayer” inauguruje swoją solową działalność. Wcześniej nabierał muzycznych doświadczeń w zespołach So I Scream / Fiasko, czy Onedaytemple, w których mało wyszukane ciężkie gitarowe riffy współegzystowały z mało wyszukaną warstwą elektroniki. Na szczęście Kuszewski nie przenosi wiele z tamtych fascynacji na pole nowych działań, w przeciwnym razie mógłyby zbierać zachwyty jedynie na łamach takich periodyków jak Teraz Rock. ROF wybrał inną drogę na połączenie gitar z syntezatorami i sequencerami. I choć jest to droga niezbyt oryginalna i dość mocno przetarta już kilka lat temu, to jednak realizacja nagrań, brzmienie i potężny klimat „Truthsayer” sprawiły, że odnotowałem sobie to wydawnictwo jako godne zapamiętania.

Wspomniane brzmienie jest niewątpliwie największą z zalet debiutanckiej epki. Przestronne, mięsiste, potężne i selektywne zarazem. Gotycka przestrzeń wykreowana za sprawą powszechnie wykorzystywanych pogłosów i zewów posiada w swoich fundamentach solidne basowe oparcie. Pozwala również wyeksponować soczyste blasty, i pełne detali górne pasma. Przede wszystkim jednak umożliwia użytym w nagraniu akustycznym instrumentom (fujara, klarnet, kontrabas) ukazać swój temperament. Jak w „Corpus Resonanticum”, gdzie dronujący klarnet Michała Wiśniewskiego, wespół z kontrabasem Jana Wierzbickiego przeszywają głośniki potężną muskulaturą dźwięku. Doświadczenie brzmieniowe na „Truthsayer” jest wyjątkowo intensywne, co z pewnością jest dużą zasługą samego Rafaela Antona Irisarriego, artysty wyspecjalizowanego w łączeniu instrumentów akustycznych i elektronicznych, odpowiedzialnego tutaj za mastering.

ROF podąża tropem brutalizmu magicznego łączącego estetykę sludge z inspiracja folkową i funeralną atmosferą. Twórczość The Haxan Cloack wydaje się być tutaj najlepszym drogowskazem dla słuchaczy. „Truthsayer” to muzyka pełna mocy, o znakomicie zakomponowanych planach brzmieniowych, wciągającym klimacie, a także wspaniale wyeksponowanymi w tej potężnej formie detalami. Warto pozwolić sobie na tę estetyczną przyjemność, bo mimo, że ROF Ameryki nie odkrywa, to znaną już konwencję realizuje w porywający sposób.

Macie dziś okazję usłyszeć Rites of Fall w koncertowym wydaniu (w ramach supportu Father Murphy) udając się do poznańskiego Pawilonu. (LINK)



***


KOMPOZYT „Synchronicity” / 2018 / Trees Will Remain Recordings / cd + digital

Kompozyt to duet stworzony przez zamieszkałych w Londynie braci Michała i Piotra Żuralskich. Do nagrania debiutanckiej płyty „Synchronicity” zaproszony został również gościnnie trębacz Olgierd Dokalski, który dopełnił zanurzony w dubie repertuar zespołu, zawiesistymi smugami dęciaka.

Sposób w jaki bracia Żuralscy poruszają się w dubowej stylistyce przywodzi mi na myśl dokonania zespołu Blimp, którego wydaną 18 lat temu płytę „Superpolen” niedawno wspominałem na fanpejdżu 1uchem/1okiem. Siłą napędzającą oba oddalone w czasie albumy jest analogowe instrumentarium ewokujące głębokie, przestrzenne, a jednocześnie bardzo plastyczne, brzmienie, zwłaszcza perkusjonaliów i elementów rytmicznych, które stanowią szkielet kompozycji na „Synchronicity”. Ta zwiewna motoryka odbiera gęstej estetyce tak tożsamego z nią ciężaru, pozwalając nagraniom dryfować swobodnie w powietrzu. Przestronne sekwencje są przez muzyków dopełniane smużącymi melodiami, bądź migotliwymi pasmami dronów, zarysowanych przez delikatne syntezatory. Bardziej wyraziste ślady pozostawiają w utworach linie basu, niejednokrotnie wijące się kwaśnymi akordami. Na „Synchronicity” dominują długie, transowe kompozycje; utkane repetycjami wyzwalają, z nagrań duetu mocno psychodeliczny potencjał. Olgierd Dokalski towarzyszący Kompozytowi w niektórych nagraniach, dobrze odczytuje kontemplacyjny i natchniony charakter muzyki duetu, udanie adaptując do niego ilustracyjne wersy swojej trąbki.

Debiutancki materiał ukazał się we własnym labelu braci Żuralskich Trees Will Remain Recordings. Jego nakładem już niebawem ukaże się singiel Kompozytu zrealizowany z gościnnym udziałem samego Lee Scratch Perry’ego, papieża dubu.



***

JANUSZ JURGA „Duchy Rogowca” / 2018 / samowydanie / cd + digital

Janusz Jurga ma dar do bajania tajemniczych historii z rodzinnych stron. Niczym stara szeptucha opowiadał Emilii Stachowskiej o duchach i zjawach, tworzących zaświatową mitologię Rogowca, z którego artysta pochodzi. Nagrał też o nich płytę, szczęśliwie mniej lejąc wodę niż we wspomnianym wywiadzie. Muzyka debiutanckiego solowego albumu Jurgi, członka duetu Vysoké Čelo, doskonale poradziłaby sobie bez tej całej zaświatowej nadbudowy, a zwłaszcza bez patetycznej inwokacji rozpoczynającej płytę. Tym bardziej, że inspirowaną lokalnymi tradycjami nadprzyrodzoną atmosferę Jurga potrafi sugestywnie przytoczyć samymi środkami muzycznymi. Sięga zatem po liczne szumy, zewy, pogłosy, folkowe melodie i zaśpiewy, odgłosy przyrody, subtelne dzwonki, za sprawą których klimat albumu tężeje, emanując tajemnicą leśnych przypowieści (tutaj ukazuje się również podobieństwo Jurgi do projektu Docetism, którego autor Maciej Banasik z rozmiłowaniem zapuszcza się na długie wędrówki w leśne ostępy, i z nabożnością stara się oddać ich nastrój w natchnionej dubem muzyce). Swą fascynację uroczyskami, odludnymi domostwami, rozstajami dróg Jurga wtłacza w tryby regularnej, motorycznej rytmiki, inspirowanej techno. I kiedy tak warstwa po warstwie komponuje kolejne pętle, małymi krokami spiętrza dramaturgię, zmierzając prosto do kulminacji, brzmi chwilami jak The Field w folkowym anturażu; gęsto, hipnotycznie i transowo. Jedyne czego można żałować, to to że autor nagrań nie zechciał na przykładzie właśnie The Field, z rozmachem wydłużyć swoich sugestywnych dźwiękowych opowieści. Kończą się one mało fortunnie w momencie kiedy dopiero co nabierają pożądanego transowego wigoru; kiedy powtarzająca się pętla pęcznieje od kolejnych warstw szumów i chce aby kontemplować ją w nieskończoność. W tych momentach można było spokojnie wydłużyć napięcie, nie martwiąc się o znużenie słuchacza. Z dwojga złego lepsze wrażenie robi lekki niedosyt towarzyszący „Duchom Rogowca”, niż przesyt, który mógłby zdominować tę płytę, gdyby Jurga był równie wylewny jako muzyk co gawędziarz.



***

PATRYK CANNON „Family Movies Waves And Friends” / 2018 / Father And Son Records And Tapes / cd + digital

Elegancki, opanowany, elokwentny, prostolinijny, pozbawiony mrocznych sekretów i niepokojących natręctw. Bynajmniej nie nudny, ale też raczej powściągliwy jeśli chodzi o przebojowość i podbijanie świata. Każdy ojciec marzyłby o zięciu, który byłby personifikacją muzyki Patryka Cannona zarejestrowanej na płycie „Family Movies Waves And Friends”. Ten wydany nakładem Father And Son And Tapes materiał charakteryzuje senna dynamika, smakowite brzmienie i kompozycyjna elegancja. To dobrze poukładana elektronika, która najlepiej sprawdzi się w roli imprezowego otwieracza, stopniowo nakręcając atmosferę przed kulminacją wieczoru. Groove jest tutaj, owszem solidny, mechanizm perfekcyjnie nastrojony, a tłoki nasmarowane, tempo jednak kontemplacyjne i spacerowe. Wszystkie składowe muzyki Cannona są transparentnie skomponowane. Muzyki nie muszą tuszować szmery i hałasy, bo została ona dopieszczona brzmieniowo do najmniejszego detalu, za co słowa pochwały należą się także odpowiedzialnemu za mastering Pawłowi Bartnikowi. Do każdego cykającego hi-hata, do prężących się pluszowym brzmieniem basowych profili, sięgniemy bez wytężania ucha i przedzierania się przez warstwy szumu. W tym schludnym anturażu eterycznej mocy nabierają wpadające w ucho, nostalgiczne melodie, a wisząca w powietrzu melancholia zostaje spowita barwą zachodzącego słońca (golden hour). Ten album nie daje słuchaczowi granicznych przeżyć, ale nie takie jest jego założenie. To subtelna, kunsztowna konstrukcja, spójna brzmieniowo i aranżacyjnie, ale również eklektyczna jeśli chodzi o inspiracje. Przewijają się tu echa downtempo, house, fascynacje burialowym brzmieniem, starym kinem, a przy tym to płyta doskonale wpisująca się w profil wydawniczy FASRAT, wytwórni poszukującej, niebanalnej muzyki klubowej, która oddziaływała by mocniej na wyobraźnię słuchacza niż na jego ciało.

genialna muzyczka do słuchania sb / zwariowane nutki (czyli; młoda polska elektronika) :3

0
0

Paszka, Julek Płoski, ehh hahah, młody łucznik. W ostatnich tygodniach mogliśmy odnotować w Polsce wysyp zjawiskowych wydawnictw (w tym kilku debiutów), będących powiewem świeżości w rodzimej elektronice. Gdyby rozszerzyć cezurę czasową o kilka miesięcy wstecz to do grona wymienionych należałoby dodać jeszcze m.in. KXLT, muzę do fury, nadzieja.. To co łączy wszystkich wymienionych, to oryginalne i wyraziste podejście do elektroniki pozwalające dostrzec w twórcach nową jakość w polskiej muzyce niezależnej, a także kluczowy z perspektywy tego tekstu fakt, że żaden z nich nie skończył jeszcze 25 roku życia.

Perspektywa kronikarska kusi, aby bohaterom niniejszego wpisu przypiąć metkę sceny, fali, czy pokolenia. Postaram się jednak wystrzegać tak stereotypowej generalizacji, bowiem poza wieloma wspólnymi kulturowymi czynnikami dla których punktem wyjścia jest metryka, w kontekście czysto muzycznym każdy z wywołanych wykonawców jasno wyznacza indywidualne granice swojej ekspresji, odbiegające od twórczości pozostałych na tyle, że trudno objąć je jedną stylistyczną ramą.

Nie znajduję zazwyczaj potrzeby, aby grzebać ludziom w metrykach, ale w przypadku tych artystów ich młody wiek ma ogromne znaczenie. Wskazuje bowiem na nowy kontekst, który dopiero rodzi się w szerszym dyskursie kulturowo-społecznym. W obieg muzyczny / artystyczny (multidyscyplinarny) wchodzą właśnie ambasadorzy generacji urodzonej w latach milenijnego przełomu (po 1995 roku), którzy dorastali w erze powszechnego dostępu do szerokopasmowego internetu (tym samym do dóbr kultury), i dla których naturalna jest koegzystencja świata realnego i sieci. Z perspektywy historycznej, to również pierwsze polskie pokolenie nie dojrzewające w cieniu konfliktu, przełomu kulturowego, komunikacyjnego, czy społecznego. Towarzysząca ich wchodzeniu w dorosłość rzeczywistość to świat internetu; memów (ehh hahah jeden z bohaterów wpisu jest ich uznanym autorem), fake newsów post-prawdy i post-ironii. Nic dziwnego, że takie kulturowe uwarunkowania wytworzyły nowe swoiste formy komunikacji, sztuki, oraz wykreowały nowe normy estetyczne, tak wyraźne w multidyscyplinarnej twórczości bohaterów tekstu.

Brak zakorzenienia w latach 80. i częściowo w 90. pozbawił ekspresję omawianych producentów ciężaru nostalgii, melancholii, czy retromanii, która w znacznym stopniu zdominowała dyskurs muzyki rozrywkowej w ostatnich dekadach. Wychowując się w czasach dominacji kultury mash upu, dowolnego mieszania wszystkiego ze wszystkim, obcą pozostaje dla nich zarówno jako słuchaczy, jak i producentów spójność gatunkowa. Jako twórcy reprezentują ekspresję hybrydyczną, post gatunkową, unikającą identyfikacji z klasycznymi gatunkami muzycznymi. Jednak co ciekawe, pomimo że funkcjonują w świecie memów, fake newsów i post ironii, mając do nich nieukrywaną słabość (nazwy projektów, okładki, identyfikacja graficzna, tytuły utworów, działalność poboczna), ich muzyka sama w sobie pozostaje wyrazem autentycznej ekspresji, nietkniętej post ironicznym wirusem. Potwierdza to Radosław Sirko (Audile Snow) wydawca nagrań ehh hahah i KXLT – „Są to twórcy bardzo świadomi, nie muszący niczego udowadniać, są bardzo dobrze rozeznani i sprawnie balansują pomiędzy tym co ironiczne, a tym co poważne, zarówno we własnych produkcjach, remiksach, jak i w graniu setów”. Świadomość artystyczna tych utalentowanych młodych muzyków jest zresztą jednym z fundamentów formujących ich tożsamość jako artystów. Takiego zdania jest Mikołaj Tkacz (Magia) wydawca m. in. ehh hahah, Młodego Łuczniczka, KXLT – „Mam wrażenie, że nieco prędzej nabierają świadomości tworzenia niż moje pokolenie i przez to mimo młodego wieku ich rzeczy brzmią bardzo dojrzale.”

„Są to twórcy bardzo świadomi, nie muszący niczego udowadniać, są bardzo dobrze rozeznani i sprawnie balansują pomiędzy tym, co ironiczne, a tym, co poważne”


Jak celnie zauważa Jarosław Szczęsny w recenzji, wydawnictwa „Dreambank” młodego łucznika, urodzony w 2000 roku twórca ”nigdy nie słyszał jak brzmiał internet w latach 90.”. Dorastał jednak tak jak jego rówieśnicy w dobie wielkiej ekspansji nowych technologii, w związku z czym dziś stanowią one dla niego (ich) naturalne środowisko. Łatwość poruszania się w świecie nowych mediów ma z pewnością wpływ na biegłość w opanowywaniu technicznych aspektów tworzenia muzyki, oraz ułatwia możliwości komunikacyjne co zauważa Radek Sirko – „Szybciej opanowują programy muzyczne, graficzne, do obróbki wideo i 3d. Szybciej znajdują się nawzajem i kolaborują ze sobą; tworzą sobie nawzajem remiksy, reworki, klipy, featy, bity itp.”. Biegłość w przyswajaniu nowinek technologicznych nie zawsze jest jednak zbieżna z posługiwaniem się zaawansowanym oprogramowaniem do tworzenia i rejestracji muzyki. Nagrywający swój debiutancki album „Tesco” (BAS Kolektyw) Julek Płoski (1998 r.) korzystał z nagrań terenowych i sampli zarejestrowanych za pomocą aplikacji w smartfonie, kompozycje zaś kleił i montował na ledwo działających, pożyczonych laptopach z wgranym oprogramowaniem DAW (wirtualne domowe studio), podłączonych do małej klawiatury midi. Nie przeszkodziło mu to jednak w uzyskaniu znakomitych efektów.

Debiutancki album Julka Płoskiego„Tesco” (BAS Kolektyw) powstawał od pierwszej do trzeciej klasy liceum. Zanim jednak ujrzał światło dzienne, jego autor zdołał rozpocząć studia w Warszawskiej Szkole Filmowej. "Tesco" to hybrydyczna forma elektroniki kompozycyjnie przypominająca produkcje współczesnego, eksperymentalnego cloud r'n'b, z którego Płoski czerpie głównie rytmiczne podziały i wolne tempa. Temperamentu nagraniom dodają liczne hałaśliwe spiętrzenia szumów, cyfrowe przestery, które zdradzają fascynację autora estetyką lo-fi i noisem. W momentach, w których autor buduje nastrój pojawiają się z kolei hipnotyczne echa poetyki vaporwave. Paleta dźwięków meandruje miedzy radykalnym zgiełkiem i przesterem, a łagodną suitą, której wyrazistość potęgują liczne katedralne pogłosy, oraz melodyjne frazy przypominające barwą i tonacją średniowieczne organy. „Większość sampli, które można tu usłyszeć zrobiłem sam, albo pochodzi z jakichś moich archiwalnych nagrań. Na telefonie mam zawsze zainstalowaną apkę "dyktafon" i to ona w sumie jest odpowiedzialna za mnóstwo dźwięków na tym albumie” – wyjaśnia autor.

Materiał ujawnia talenty dekonstrukcyjne Płoskiego, który wykuwa subtelne melodie i rytmiczne formy z amorficznego śmietniska szumów, pogłosów i glitchów. Dramaturgia „Tesco” jest kreowana stopniowo, bez pośpiechu, w finale zaś doprowadza do spektakularnej, wielowątkowej kulminacji. Złożoność aranżacji, ciekawe zaadaptowanie planów, sięganie do rezerwuaru niecodziennych (inspiracji muzyką dawną w „Laurze konsumenta”) sprawia, że na tle nagrań Paszki i ehh hahah, muzyka Julka Płoskiego zdaje się być bardziej wykoncypowana niż emocjonalna. Warta podziwu jest tutaj powściągliwość kompozycyjna i dramaturgiczna, twórcy godna doświadczonego producenta. „Tesco” jest mętne brzmieniowo, przelewa się niczym gęsta smolista maź, niesie jednak w sobie odświeżający szept o lirycznym uroku. Hybrydyczna muzyka Płoskiego zawierająca w swoim DNA skrawki elektronicznych gatunków i estetyk idealnie wpisałby się w repertuar duńskiego labelu Posh Isolation.

„Tesco” jest mętne brzmieniowo, zrodzone z szumu i w rozmywającego wszystkie dźwięki pogłosu. Przelewa się niczym gęsta smolista maź, niesie jednak w sobie odświeżający szept lirycznego uroku.




Płoski współtworzy również eksperymentalny duet lo -fi domen omen, oraz jest odpowiedzialny za ujawnienie światu kolejnego uzdolnionego młodziana Paszki (1995 r.). „Do debiutu doszło głównie dzięki Julianowi Płoskiemu, który puścił Paszkę ludziom z enjoy life, spodobała im się i byli tak mili, że zgodzili się na wydanie” – wspomina Szymon Spalski ukrywający się pod pseudonimem, który Jakub Adamek prowadzący blog Weird Temple uznał za „najgenialniejszy od czasów Ścianki”. „Rytmy, cykle i czas" imponują, swobodą w łączeniu elektronicznych środków wyrazu, dynamiką zmian i zadziornym charakterem.

Nagranie inauguruje melodyjna mozaika, ale w większości kompozycji dominują partie rytmiczne; ultra szybkie, niezborne, nawarstwione i szatkujące kompozycje na mikro opiłki. Zrytmizowane struktury zostają zbilansowane basowymi tąpnięciami i cyfrowymi przesterami, a puentylistyczna muzyka mimo spiętrzenia warstw brzmi czysto i potężnie. „Rytmy, cykle i czas” sprawiają chwilami wrażenie jakby noisowiec próbował interpretować nagrania z katalogu raster - noton. Intensywna dynamika cyfrowych perkusjonaliów, o industrialnych proweniencjach, estetyzacja hałasu, brutalność brzmieniowa, a także doskonała jakość dźwięków, przy hałaśliwym repertuarze, idealnie wpisuje się również w klimat muzycznych dokonań rodzimego kolektywu Intruder Alert. W przypadku tego twórcy warto również poszperać w sieci, aby trafić na jego kanał YT, w którym prezentuje swoje znakomite multidyscyplinarne ekspresje; wypadkowe video artu, memicznej poezji i muzyki, podlane rzecz jasna, lekką dawką ironii i autoironii.

„Rytmy, cykle i czas" imponują, swobodą w łączeniu elektronicznych środków wyrazu, dynamiką zmian i zadziornym charakterem. 




Obok Młodego Łucznika najmłodszym w gronie prezentowanych artystów (choć paradoksalnie najbardziej doświadczonym) jest ehh hahah (2000 r.), pragnący zachować anonimowość licealista z Krakowa, który przed trzema laty laty zadebiutował w Magii, otwierając kompilację „Tytan” zaś w 2016 wydał tamże udaną „Kasetę” (wydaną swoją drogą na pendrivie) będącą flirtem eksperymentalnej elektroniki z popową wrażliwością. „Muzykę zacząłem nagrywać jak miałem 13 lat, tak jakoś od zawsze mnie do tego ciągnęło. Chodziłem do szkoły muzycznej na perkusję, gdzie oprócz perkusji grałem na marimbie, która mnie totalnie oczarowała, do dzisiaj tęsknie za tym instrumentem” – wspomina ehh hahah, na którego najnowszej płycie „Netia genialna rozmowa z klientem” (Audile Snow) bez trudu można odnaleźć dźwiękowe fascynacje afrykańskim idiofonem. 

„Netia...” tytułem nawiązuje do kultowego nagrania rozmowy konsultanta Netii z klientem i jest doskonałym przykładem popkulturowego remiksu. Inspiracją muzyczną jest przebojowy singiel  „On Hold” pochodzący z ostatniej płyty The XX. Cytaty pochodzące z tej piosenki (melodia i wokal) stały się podwaliną zupełnie nowej, niezwykle intrygującej impresji. W warstwie dźwiękowej producent nieszablonowo łączy rożne struktury elektroniczne (szumy, tekstury), odgłosy terenowe, urokliwe melodie syntetycznej marimby, ekstremalnie spowolnione wokale i rozmywające całość pogłosy, oraz sęga po awangardowe praktyki kompozycyjne (plądrofonia, deformacja). Tak brzmi remiks popkulturowego przesytu, bezkompromisowo skrzywiony narracyjnie i brzmieniowo, ale i absolutnie majestatyczny formalnie. „Rozmowa z klientem” to dźwiękowa dystopia, odbijająca echem elektroniczny shoegaze Christiana Fennesza z czasów „Endless Summer” i antyestetykę vaporwave (paulstretch - technika wydłużania ścieżek, bez utraty jakości dźwięku). „Rozmowa z klientem” skrzy całym wachlarzem emocji od rozkoszy, po zgorszenie. Jest niczym muzyczna odyseja, w której słuchacz co chwila gubi się w dźwiękowym tyglu i kuszony jest pięknymi melodiami, oraz onirycznymi wokalizami. Dźwięki odbijają się w pogłosach i zakrzywiają, niczym zdeformowany obraz w gabinecie luster, tworząc fascynujący, ale i chwilami przerażająco ciężki trip. Bonusowy utwór staje się kwintesencja tego wykrzywienia. Wierci dziurę w mózgu; meczy i przyciąga, odstręcza i fascynuje. (Jak dotąd jest to mój tegoroczny faworyt w kategorii ulubiona płyta 2018)

Tak brzmi remiks popkulturowego przesytu, bezkompromisowo skrzywiony, ale i absolutnie majestatyczny formalnie. „Rozmowa z klientem” to dźwiękowa dystopia, odbijająca echem cyfrowy shoegaze Christiana Fennesza z czasów „Endless Summer” i antyestetykę vaporwave  




Wśród młodych wiekiem producentów poruszających się własnymi ścieżkami w kontekście nowej elektroniki, trzeba wymienić także młodego łucznika (Wojtek Filipowicz, 2000 r.), który dopiero co wydał swój mini album w Magii. „DREAMBANK” w porównaniu z wyżej wymienionymi nagraniami to album zdecydowanie bardziej zrównoważony, harmonijny i łagodny. Kompozycje łucznika są eleganckie i melodyjne, stronią od szumów, zgiełku i przede wszystkim od gatunkowej dekonstrukcji. Lawirują gdzieś między downtempo, housem, a breakbeatem, czyli gatunkami modnymi jeszcze przed pojawieniem się na świecie tego twórcy. Taki jest też koncept artystyczny tego przedsięwzięcia wyeksplikowany, nie bez dozy humoru, w didaskaliach na bandcampie; „młody łucznik nagrał album o wyobrażaniu sobie czasu spoza swojego czasu. Jest w tym dużo więcej nostalgii i świeżości niż mogłoby być w muzyce osoby znającej dobrze tamte czasy. Widocznie wyobrażenia o czymś mogą przynieść dużo więcej, niż doświadczenie tego naprawdę, a doświadczanie wyobrażeń to już w ogóle”.


Kolejnym twórcą młodym wiekiem, choć niekoniecznie doświadczeniem, (swoimi dokonaniami dał się już bowiem poznać słuchaczom) jest Kacper Leszczyński nagrywający jako KXLT, którego ubiegłoroczne wydawnictwo z satysfakcją odnotowałem na blogu pisząc; „Kompozycje KXLT są wyrazem praktycznego minimalizmu, (...) Perfect Creature” jawi się z pozoru jako eklektyczny galimatias, tymczasem ów zbiór inspiracji jest utrzymany w ryzach przez nienaglący, czy wręcz chill-out'owy charakter nagrania. W muzyce Leszczyńskiego nie czuć ani grama młodzieńczej brawury, czy pretensji. Wszystko zostaje podane bez sięgania po ekstremum i bez kokietowania słuchacza”.


Miłosz Cirocki ze Złotej Jesieni podsuwa jeszcze postać Filipa Grzeszczuka, odpowiedzialnego za cieszącą się uznaniem głębokiego undergroundu„muzę do fury mixtape”– „ziomek który za tym stoi to przyszła główna postać polskiej elektroniki (jeśli będzie mu się chciało). Zachciało mu się zrobić album inspirowany filmami z youtube testującymi bas w samochodach. Rezultaty są takie że chce się skakać po pokoju z ekscytacji że coś takiego w ogóle istnieje” – zachwyca się Cirocki.  „muza do fury mixtape” to postgatunkowy remix, sięgający od raveowej wiksy, po popularny trap. Dominuje tu całkowita kompozycyjna anarchia, oraz brzmieniowa destrukcja pełna przesterów i słabej rozdzielczości dźwięków. Jeśli zaś jesteśmy już przy labelu enjoy life, który odważnie stawia na tak bezkompromisową ekspresję, to w kontekście młodych twórców nie wypada nie wspomnieć choćby o nadzieju., który w ubiegłym roku zwrócił uwagę diggerów niezalu abstrakcyjną swoją wizją elektroniki. Wydawnictwo„nie lubię myśleć o niemiłych sprawach gdy nie jestem w stanie” zaskakuje użyciem radykalnych hałaśliwych brzmień, potęgujących efekt dźwiękowy pogłosów, i intrygujących zrytmizowanych struktur. Zadziorny charakter i brzmieniowy chłód nadzieja. pokrewne są eksperymentom Paszki, z tą różnicą, że ten pierwszy wykazuje większe zainteresowanie noisowymi strukturami, podczas gdy tego drugiego bardziej pochłania dynamika nagrań i ich nieregularne zrytmizowanie. Jest jeszcze oczywiście w Młody Kotek bezczelnie łączący trapową produkcję i rap z permanentnym przesterem i elektronicznym lo-fi.



Jeśli wziąć pod uwagę jedynie muzykę bohaterów tego tekstu, to wydawnictwa Paszki, Płoskiego, ehh hahah i innych przesiąknięte są genetyczną świadomością elektronicznych estetyk. Muzycy nie posługują się jednak nimi wprost do tworzenia gatunkowych kolaży. To raczej muzyczny rdzeń (muzyczne DNA), który ujawnia się podświadomie w ich muzyce, i na którego gruncie powstają unikalne post gatunkowe hybrydy. To zaś co łączy ich muzykę, to jedynie elementy składowe; upodobanie do pogłosów, przesterów, deformacji dźwięku (paulstretch), eksperymentów z jakością cyfrowych formatów, łączenia brzmień hi-tech z estetyką lo-fi, a także słabość do posługiwania się popkulturowymi cytatami i ich twórczego przerabiania. Jednak pomimo tak wielu wspólnych praktyk producenckich, w przypadku wymienionych wyżej artystów mamy do czynienia z indywidualnymi kierunkami rozwijania muzycznej ekspresji. Mimo że czerpią z podobnych źródeł to jednak trudno byłoby ich muzykę ometkować w jakiś konkretny nurt. Co innego jeśli spojrzeć na kulturowy i socjologiczny background ich twórczości i zastanowić się co w tym kontekście łączy tych młodych uzdolnionych artystów, którzy właśnie brawurowo wchodzą w dyskurs polskiej muzyki alternatywnej?

Ów fenomen przytomnie ujmuje Kuba Malinowski (Anatol / Złota Jesień) założyciel labelu enjoy life; „Myślę że trzeba być świadomym tego, że jest grupa młodych, dla których klasykiem jest bala club, czy spaceghostpurrp, którzy nie myślą o nośniku, czy wydawaniu płyty (bo np. nie myślą w sposób płytowo-branżowo-konceptualny), ale bądź co bądź nagrywają tzw.>>pierwszy w polsce rap<< czyli rzeczy bardzo świeże. I dodatkowo też bardzo osobiste, surowe, otwarte, eksperymentujące niekiedy tak samo ze sobą jak z muzyką. Ich kanały youtubowo-soundcloudowe (tzw. 'czeluście') przypominać mogą formę pamiętnika, gdzie te poważniejsze rzeczy robione po nocy, mieszają się ze śmiesznymi mp3 z ziomkami i prywatnymi linkami. I to jest super, i trzyma tę muzykę w surowości, ale jako że „ogar” soundclouda w Polsce promotorskiej jest raczej średni, a własnych pamiętników nie chce się po czasie czytać, istotne jest wydawanie płytek jako takiej bardziej skupionej formy”.

„Myślę że trzeba być świadomym tego, że jest grupa młodych, którzy nie myślą o nośniku, czy wydawaniu płyty (bo np. nie myślą w sposób płytowo-branżowo-konceptualny), ale bądź co bądź nagrywają rzeczy bardzo świeże”


Młodzi ludzie coraz śmielej wkraczają w obieg kulturowy (multidyscyplinarny, nie tylko muzyczny), nie zaprzątając sobie tym nawet głowy. Ich twórczość jest absolutnie spontaniczną formą, gdzie zabawa, czy hobbystyczne podejście do ekspresji sąsiaduje jak wskazują Sirko, Malinowski i Tkacz z tym świadomym i absolutnie serio. Dowodem na to niech będzie upodobanie twórców do złego smaku, post ironii, czy memów (nazwy projektów, tytuły, opisy, okładki, nomenklatura), które jednak, co istotne, nie wychodzi poza obręb inspiracji i koncept wizualno-nazewniczy, kończąc się tam gdzie zaczyna się muzyka. Trudno wymienione wyżej nagrania posądzać o jednoznaczne jajcarstwo, bekę, czy ironię. Na tym poziomie mamy już do czynienia z niezwykłą świadomością artystyczną, widoczną w spójności koncepcyjnej albumów, w budowaniu narracji, operowaniu dramaturgią, a przede wszystkim w producenckich umiejętnościach (skilach). Pod grubą warstwą ironii (będącej notabene częścią aktu twórczego), dekoncentrującą i pozostawiającą na jej powierzchni pobieżnego obserwatora, kryje się esencja, w omawianym przypadku głównie muzyczna.

Obcując w sposób świadomy z wytworami, omawianych tu artystów, możemy zaobserwować jak hartuje się nowa zmiana elektronicznych producentów, pozbawionych balastu przeszłości, wychowanych w czeluściach internetu, dla których codziennością jest post ironia, a którzy rzeczywistość postrzegają przez pryzmat memów. Oderwani od sztampy zunifikowanych gatunków, a także od ciężaru przeintelektualizowanej i przekonceptualizowanej awangardy tworzą wymykające się opisowi estetyczne hybrydy i nowe, bezpretensjonalne dźwiękowe narracje. Zakrzywiają rzeczywistość posługując się wielopiętrowymi deformacjami i scalają ją z wirtualnym wymiarem, uzyskując płynną hybrydyczną całość. To sztuka przystająca do swoich czasów, nie imitowana, mówiąca aktualnym językiem młodych ludzi. Najwyższy czas zdać sobie sprawę, że to nie Kuba Ziołek, Wacław Zimpel, czy Stefan Wesołowski kształtują przyszłość rodzimej muzyki i kultury. Przyszłość jest zupełnie gdzie indziej. Jest dużo młodsza, bardziej spontaniczna i o wiele ciekawsza. Chowam nadzieję, że pozostanie taka gdy dojrzeje i nieco okrzepnie.

Płosik, Paszka, ehh hahah, młody łucznik, nadziej., czy KXLT to znakomite przykłady żywotności muzyki, tworzonej tu i teraz, próbującej doścignąć czas. Im szybciej zechcemy sobie uzmysłowić, że do nich i ich rówieśników należy przyszłość muzyki i sztuki, i że dzieje się ona tu i teraz, tym szybciej będziemy mogli zakosztować i cieszyć się tą muzyczna ewolucją dokonującą się póki co na marginesie dyskursu muzycznego w Polsce. Jej bohaterowie, dokonując tego małego (niewidocznego z wysokiej perspektywy) przewrotu w rodzimej muzyce, nie są tego absolutnie świadomi i nie spędza im to snu z powiek, bo przede wszystkim dobrze się tą całą muzyczką bawią. Co szczerze szanuję, gorąco polecając ich dokonania!


Paszkę, Płoskiego, ehh hahah, nadzieja., Zaumne, w towarzystwie Fischerle, Wilhelma Brassa, boy kot, Auride, Arkadiusza Entropii, oraz ædm będziecie mogli usłyszeć na żywo w ramach urodzin Audile Snow w warszawskiej Przychodni już 27.04. (link)
---------------------------------------------------------------------

Podziękowania za konsultacje i wsparcie dla: Julka Płoskiego, Paszki, ehh hahah, Kuby Malinowskiego (enjoy life), Radka Sirko (Audile Snow) i Mikołaja Tkacza (Magia).





Wpatrzeni w gwiazdy, wsłuchani w siebie / kIRk „Ich dzikie serca”

0
0
Nowa płyta kIRk pozostawia w zamyśleniu i zasłuchaniu. Pasjonuje subtelnością użytych środków, bogactwem detali, frapuje odrealnionym, retrofuturologicznym klimatem.

kIRk na krążku „Ich dzikie serca” to monolit; zespół w pełnym tego słowa znaczeniu. Mimo nagromadzenia w składzie wyrazistych artystycznych osobowości; świetnych instrumentalistów i producentów, podstawą jest kolektyw. Tu nikt nie wyróżnia się ponad resztę. Albo inaczej, wszyscy wyróżniają się na równym, znakomitym poziomie. Paweł Bartnik aranżacją smakowitej elektroniki, o wspaniałym, głębokim brzmieniu, którego źródeł możemy doszukiwać się na ubiegłorocznym, solowym albumie „Przeciwciała”. Filip Kalinowski (były już członek zespołu) doborem intrygujących, egzotycznych sampli, efektami brzmieniowymi, czy subtelnymi scratchami. Olgierd Dokalski swą lakoniczną, ale do głębi przejmującą trąbką, która często ukrywa się w tłach, nie zaburzając kolektywnej harmonii. Eteryczna Antonina Nowacka magnetyzującą uwagę słuchacza swoją widmową wokalizą. Mimo, że w didaskaliach czytamy, że jest to „płyta o głodzie poznania, przekraczaniu granic i szaleńczej wręcz odwadze...”, żadnych granic muzycy kIRk nie forsują, a odwaga objawia się raczej w praktycznej powściągliwości. Stonowane artykulacje muzyków splatają się w niezwykle plastyczną, działającą na wyobraźnię opowieść, emanującą osobliwym, odrealnionym nastrojem.

Sugestywne, retrofuturologiczne klipy, grafika okładkowa, tytuły i tekst o kosmicznych podróżach w nieznane i spotkaniach z obcymi, to pozamuzyczny fundament fabuły płyty „Ich dzikie serca”. Choć długo broniłem się przed narzuceniem sobie tej narracji, w końcu uległem urzeczony sugestywnością muzycznej ilustracji. Wszystko co kryje się pod kliszami „kosmiczne pejzaże”, „kosmiczne brzmienia” zostaje tu podane bez banału i blagi. Intrygują szczególnie lapidarne linie melodyczne, utrwalane analogowymi barwami klawiszy. Zaskakują efekty dźwiękowe rodem z kina si-fi, dziwaczne, nieokreślone odgłosy pobudzająco oddziałujące na wyobraźnię. Wreszcie artykulacja Nowackiej, której inkantacje jawią się tutaj niczym obcy, pozaziemski dialekt. Za sprawą wokalistki i trębacza Olgierda Dokalskiego narzucony w opisie płyty motyw kosmiczny, zyskuje zaskakujący w tym kontekście poboczny wątek folkowy. Artykulacje Nowackiej postrzegam bowiem jako omni-folk; pozbawiony granic i kulturowego przywiązania do terytorium, absorbujący liczne tradycje, epoki i języki, aby na ich kanwie odnaleźć uniwersalną ekspresję; nowe esperanto. Wątki ludowe zostają tu przeszczepione również wprost z natchnionego bliskim wschodem wspaniałego albumu„Mirza Tarak”  Dokalskiego. Przykładem może być kompozycja „Nie jesteśmy tu sami” Niemal w pełni akustyczny (trąbka i wokal) szkic, zdaje się być wręcz cytatem zaczerpniętym z udźwiękowionej historii Jakuba Murzy Buczackiego. Z kolei w tytułowej kompozycji „Ich dzikie serca” zestawienie ze sobą fletu i sążnistych elektronicznych uderzeń na początku utworu, pozwala doszukać się motywów muzycznych tożsamych z tradycją Indian Ameryki Południowej. To zaś prowokuje do przeniesienia akcji fabularnej z kosmicznych otchłani do amazońskiej dżungli forsowanej przez konkwistadorów. Wyobrażenie to potęgują dodatkowo pojawiające się w utworze „Bez powrotu” odgłosy przypominające okrzyki małp. Z resztą na całej płycie roi się wręcz od dźwięków niezbornych i nieoczekiwanych.

„Ich dzikie serca” kryją w swoich wnętrzach jakąś tajemnicę, do której nie potrafię dotrzeć. Płytę odsłuchałem kilkadziesiąt razy przyciągany jej zjawiskowym powabem, nadal jednak wymyka mi się ona przed dookreśleniem słowami. Wciąż nie czuję się usatysfakcjonowany, próbując zwerbalizować to co mnie w tej płycie tak bardzo intryguje i urzeka. Pozwolę sobie zatem postrzegać ów muzyczne doświadczenie jakie zaserwował nam kIRk, jako odpowiednik Monolitu z „2001: Odysei kosmicznej” (w alegorycznym i natchnionym mistyką ujęciu Stanleya Kubricka). Zagadkowego obiektu mocy, nieokreślonego, pociągającego, otwierającego szerokie pole do interpretacyjnych projekcji.


 

kIRk „Ich dzikie serca”
2018, Fundacja Kaisera Söze


Dyskretny urok konwencji / ate „Secondary Drowning”

0
0
Są chwile, w których znajduję ukojenie w prostocie i konwencji. Im bardziej znajomo tym bezpieczniej.


Przewidywalna, zupełnie niezaskakująca, a także osłuchana w dziesiątkach innych wcieleń jest bardzo udana płyta Petara Petkova, podpisującego swą muzykę monikerem ate. Petkov jest absolwentem Akademii Muzycznej w Gdańsku. Tam też mieszka i tworzy, snując przy pomocy gitary intymne, dronowe suity. Obarczając nagrania ate mianem przewidywalnych i konwencjonalnych nie mam na myśli ich wartości estetycznej, jedynie ich wymiar formalny i silne osadzenie w tradycji gitarowego ambientu, w której strunowy instrument zakamuflowany serią efektów, pojedyncze muśnięcia w struny zamienia w nieskończone dźwiękowe wstęgi. Nie napiszę, że w estetykę tą autor wchodzi z oryginalnymi pomysłami, czy to kompozycyjnymi, czy brzmieniowymi. Siłą jego drugiej płyty, która ukazała się właśnie w bułgarskiej oficynie Amek Collective jest przede wszystkim świadomość konwencji; jej linearnej, warstwowej anatomii, oraz elegancka realizacja, która nadaje muzyce Petkova poetyckiej wręcz ulotności.

Na „Secondary Drowning”, podobnie jak na dziesiątkach bliźniaczych albumów, zawiesiste dronowe smugi z wolna przepoczwarzają się, eksponując swoją brzmieniową masę i koloryt. Dźwięk rozciąga się dając ułudę nieskończonego, zatrzymanego w czasie. Miejsce dramaturgi zajmuje kontemplacja. Kolejne pasma przybywają i znikają, aby wibrować w statycznym dronowym trwaniu. Choć przepis jest banalnie prosty, to dobranie odpowiedniej, palety dźwięków i ich odcieni waży o powodzeniu realizacji. Petkow preferuje dźwięki świetliste i ulotne, pozbawione mrocznego balastu. Podaje je z wyczuciem harmonii godnym absolwenta konserwatorium. Gdzieś w głębokich planach przemyca zarysy melodii, które z pasją wychwytuje wyczulone na zmianę ucho. Za pomocą przemyślanych i delikatnych ingerencji udaje się ten kameralny bezruch natchnąć liryczną, nastrojową głębią, którą słuchacz może z zapamiętaniem kontemplować, bądź bezwstydnie pławić się w dźwiękowej zadumie. Zasłuchanie przechodzi tu często w zamyślenie, to ostatnie zaś w śnienie na jawie. Głębokie zanurzanie się w dźwiękach, wydobywa z nagrań ate słodko-gorzką aurę melancholii, uwodząc nasz wewnętrzny smutek. 

Lektura „Secondary Drowning” magnetyzuje jak wpatrywanie się w wodne masy niesione wolnym nurtem rzeki. Statyczne brzmienia, wyciszona dramaturgia, oszczędna konstrukcja dają ujmujące efekty. Płyta Petkova, zachwyca umiarem, harmonią i kompozycyjną elegancją. To zaskakujące w jaki sposób ta nienachalna muzyka tła, potrafi zaabsorbować uwagę słuchacza, współbrzmieć z jego wnętrzem, kojąco wpływać na nastrój i oczarowywać podskórnie ukrytą liryką.

Płytę udanie wieńczy malownicza, mieniąca się snopami dźwięków, trzyminutowa miniatura, do złudzenia przypominająca brzmieniem i aurą fragmenty płyty „Astral Disaster” Coila. Stanowi to dla mnie dodatkowy atut płyty Petkova, bowiem z racji mojej nieskończonej słabości do twórczości Brytyjczyków z upodobaniem poszukuję śladów ich muzyki w nagraniach innych wykonawców.   

ate „Secondary Drowning”
2018, Amek Collective

Refleksje końcowe

0
0
Klamka zapadła. Po prawie sześciu latach prowadzenia raz uchem / raz okiem, podjąłem decyzję o zakończeniu działalności blogowej. Niektórzy wiedzą, że nosiłem się z tym już od jakiegoś czasu.

To był świetny etap, który przyniósł mi wiele radości i satysfakcji. Otworzył nowe możliwości, dał szansę sprawdzenia się w miejscach, o których nawet bym nie marzył, pozwolił poznać wspaniałych ludzi z pasją jeszcze większą od mojej, a przede wszystkim umożliwił dotarcie do ekscytującej muzyki.

Mimo tego, że cały czas przybywa tak wiele nagrań o których chciałbym napisać, czuję, że z formatu recenzji, który tu uprawiałem nie jestem w stanie wykrzesać już nic więcej, a kontynuacja odbiła by się ze szkodą dla jakości, którą starałem się na 1/u/1/o utrzymywać. Niestety pasja i chęć dzielenia się swoimi muzycznymi przeżyciami została z czasem zastąpiona poczuciem obowiązku, a także presją bycia na bieżąco. Mimo to mam nadzieję, że moje teksty o muzyce (a może nie tylko) będą nadal okazjonalnie ukazywać się to tu, to tam, jednak na pewno już poza tym blogiem.

Poświęcając temu przedsięwzięciu 6 lat życia, zaniedbałem wiele innych istotnych dla mnie spraw, do których zdążyłem już zatęsknić. Kończę zatem ten etap, z nadzieją, że pozwoli mi to rozpocząć nowe równie ciekawe.

Dziękuje Wam wszystkim za wsparcie, naukę, dobre słowa i dźwięki.
Powodzenia w wytyczaniu własnych muzycznych ścieżek.

Article 0